Kilka dni temu została opublikowana trasa tegorocznego maratonu w Gdańsku. Z tego co piszą moi znajomi, trasa różni się trochę od tej z lat poprzednich. Zupełnie mnie ten temat na razie nie interesuje i w tej chwili nie zamierzam zaprzątać sobie głowy analizą trasy kilometr po kilometrze. Na to przyjdzie jeszcze czas…. J. Ale to
tylko tak na marginesie.
Dzisiaj chciałem napisać parę słów na temat biegania na tzw. „ tętno”, czyli posiłkowanie się w treningu wcześniej wyznaczonymi procentowymi strefami tętna maksymalnego. Nie jestem wielkim orędownikiem takiego podejścia do treningu i sam rzadko stosuję tę metodę. Nie znaczy to, że nie zwracam uwagi na tętno, bliższe jednak jest mi podejście do biegania na samopoczucie. Jestem już na tyle doświadczonym biegaczem, że potrafię dość dobrze oszacować częstość skurczów serca przy konkretnej prędkości oraz dostosować tempo biegu do zadania, które mam wykonać. Jeśli chodzi o tętno spoczynkowe to także wyczuwam każde niewielkie wahania, szczególnie jak jest ono podwyższone. Jeśli mam infekcję albo zrobiłem kilka mocnych treningów pod rząd bez należytej regeneracji, organizm od razu mi to komunikuje. Staram się być wyczulony na te sygnały i reagować spokojniejszymi kilkoma treningami. Nie zawsze się udaje i czasem popełniam ten głupi błąd, trenując na siłę, na swoją szkodę. Taka sytuacja jest pewnie powszechna wśród biegaczy.
Wielokrotnie zastanawiałem się czy nie zmienić swojego podejścia i zacząć trenować w ściśle wyznaczonych strefach tętna. Za każdym razem dochodziłem jednak do wniosku, że kłóci się to z moim podejściem do uprawiania prostego sportu, jakim jest bieganie. Zawsze dążyłem do tego, aby moje bieganie było jak najmniej skomplikowane. Kiedyś usłyszałem takie fajne stwierdzenie, już nie pamiętam kto powiedział: „Czy biegnąć co sił w zawodach będziesz sprawdzał jakie masz tętno i co zrobisz, jeśli ono będzie zbliżać się twojego maksymalnego? Zwolnisz czy postarasz się jak najdłużej utrzymać dane tempo biegu?” Uważam, że bieganie na tzw. tętno bardzo osłabia psychikę biegacza, który w trakcie wyścigu musi nieraz przez wiele kilometrów pracować „głową”. Każdy zawodnik i tak czuje to, czy będzie w stanie długo utrzymać aktualne tempo swojego biegu, czy będzie musiał zwolnić. Komunikat z zegarka w niczym nie pomoże a pewnie w większości przypadków (na pewno w moim) byłby przysłowiowym „ gwoździem do trumny”.
Żeby nie było, że jestem tak całkiem na nie, to uczciwie muszę dodać, że są sytuacje, kiedy trening na tętno ma głęboki sens. Na pewno młodzi, niedoświadczeni biegacze dużo mogą się nauczyć o swoim organizmie patrząc na tętno. Czyli dla nabrania wprawy – jak najbardziej tak. Jest też pewnie wielu innych zawodników – jak ich czasami roboczo nazywam – „napalonych”, którzy mają skłonności do szybkiego biegania na każdym treningu. Dla nich jest to na pewno skuteczny „hamulec”, który chroni przed przetrenowaniem. Pewnie są jeszcze inne zalety i zwolennicy biegania na tętno chętnie weszli by ze mną w polemikę. Mam nadzieję, że kiedyś będzie okazja J.

