Wykonałem dzisiaj ciekawy trening, o którym wspominałem już wczoraj. Nazwałem go „obiad”, bo składał się z: przystawki, dania głównego i deseru.
Trochę się obawiałem tego biegu. Nogi jakieś takie w ostatnich dniach mam niemrawe, dodatkowo w piątek był bal Biegającego Tczewa, więc noc zarwana. A że nie jestem już młodzieniaszkiem, to organizm odczuwa każde odchylenie od normy…. Co zrobić…
Trening rozpoczął się przystawką w postaci 10 km biegu w spokojnym tempie. Potraktowałem to zadanie poważnie i starałem się biec wolniej niż moje zwyczajowe tempo BS. Średnio wyszło 4:44/km. Cały czas miałem w głowie danie główne dzisiejszego biegu, czyli 8 km fartlek w terenie crossowym. Ustawiłem w zegarku 18 x 1 min w tempie wyścigu na 10 km (ok: 3:40-35/km) przeplatane 1 minutową przerwą na spokojny bieg. Muszę powiedzieć, ze przed rozpoczęciem fartleka miałem obawy czy uda mi się zrealizować cały plan, bo te pierwsze 10 kilometrów nie było specjalnie luźne. Nogi jakieś takie „drewniane”. Okazało się, że mój niepokój był niepotrzebny. Już od pierwszego powtórzenia noga zaczęła ładnie kręcić i każdą minutówkę biegałem na luzie, bez dużej zadyszki.
Po skończonym daniu głównym przebiegłem 1 km spokojnie i zabrałem się za deser, czyli 3 km „męczącego biegu”. Kolejne kilometry w tempie: 4:09, 4:03, 4:06 – szybciej niż docelowe tempo maratońskie. Całość 22,6 km, z czego sporo pracy na dużej intensywności. Podsumowując – spodobał mi się ten trening, wcześniej nie łączyłem długiego wybiegania z fartlekiem a okazało się to bardzo ciekawym rozwiązaniem. Dzięki temu, że tempo treningowe było zmienne, czas mijał szybciej niż normalnie. Czuję, że ten trening pozwoli mi zrobić kolejny mały krok naprzód. Był to dość trudny bieg ale nie wyczerpujący. Po południu, tradycyjnie w niedzielę, w ramach regeneracji skorzystałem z sauny i jest git.
Gotowy na następne wyzwania J.


