Minęło już kilka dni lutego, jest czwartek wieczorem, można więc powiedzieć, że rozpoczął się czas odpoczynku treningowego, który potrwa do soboty rana J.
Ogólnie określiłbym te ostatnie dni jako „treningową orkę”. Nic szczególnego tylko: praca, praca, praca i to w każdym możliwym znaczeniu tego słowa. We wtorek zrobiłem dość ciężką jednostkę wytrzymałości specyficznej: 3 x 1600 m w tempie wyścigu na 5 km ( ok 3:37-3:38/km) na przerwie 2 min 10 sek. i trening ten wdał mi się we znaki. W środę ciężko się biegało, dzisiaj było już lepiej.
W ogóle czwartkowe treningi są dla mnie zazwyczaj najbardziej – jakby to określić – mało przyjemne z całego tygodnia, chociaż przeważnie są to lekkie jednostki. Ciało (głównie nogi ale nie tylko), oczekuje już wolnego dnia – piątku. Nie ma się czemu dziwić – czwartek jest najczęściej w moim schemacie szóstym pod rząd dniem treningowym.
Dodatkowo trochę zaczyna mi doskwierać ciemność, w jakiej muszę wykonywać wieczorne treningi w tygodniu (wtorek, środa, czwartek). Jeszcze 2 tygodnie temu w trakcie urlopu była bajka – biegałem rano, jak było jasno i było to dla mnie duże ułatwienie. Nic na to jednak nie poradzę, muszę jeszcze kilka tygodni pomęczyć się klepiąc asfalt i chodniki po ciemku… Jeszcze miesiąc i o 18 będzie już widniej.

