Od kilku dni zbieram się do napisania podsumowania biegu w Toruniu (Nocna Dycha Kopernika 10 km), który pobiegłem 12 września. Może dobrze, że minęło już kilka dni od tego biegu, bo będę w stanie ocenić go „na chłodno”. Nie ukrywam, że nie jestem zadowolony z występu. „Klapy” nie było, ale sądziłem, że przebiegnę ten dystans w lepszym czasie niż uzyskałem ( oficjalnie 37:19, śr tempo 3:42/km, dystans z zegarka 10,09 km).
Największym atutem tego biegu był jego atest, dlatego w głównej mierze zdecydowałem się jechać do Torunia. Chciałem rozprawić z się życiówką na 10 km i uważałem, że jestem w na tyle dobrej formie, że bez problemów uda mi się urwać parę sekund z PB a przy „dobrych wiatrach” zakręcę się w okolicach 36:15. Poza tym moje dziewczyny jak usłyszały, że jest szansa na weekendowy wyjazd do Torunia – powiedziały, że nie opcji aby nie jechać 😊. Tak więc decyzja został podjęta. Postanowiłem, że przy okazji jak już będziemy w Toruniu, to zostaniemy na noc i pozwiedzamy trochę w niedzielę.
Treningi w ostatnich tygodniach wskazywały na to, że forma jest. Wystarczy tylko ją potwierdzić w zawodach. We wtorek przed sobotnim biegiem wieczornym (start o 20:20) zrobiłem ostatni mocny akcent – 9 km bieg tempowy na bieżni, śr. tempo 3:40/km. Aktualnie jest to moja prędkość na 10 km. Plan na ten trening był taki, aby pobiec go wolniej o ok 10 sekund na kilometr (bliżej tempa półmaratońskiego), ale biegło się tak dobrze na stadionie, że nogi same niosły. Prawdopodobnie miało to negatywny wpływ na wynik sobotniego wyścigu – błąd.
W pracy cały tydzień miałem dość ciężki i generalnie czułem się trochę zmęczony ale po „mocnym” wtorku w planie były już tylko 2 spokojne biegi + wolny piątek i połowa soboty, więc myślałem, że spokojnie dojdę do siebie. I pewnie by tak się stało, gdyby nie zarwana noc z piątku na sobotę (Ania bardzo źle się czuła i noc była „na czuwaniu”). Rano byłem niewyspany i niepewny czy pojedziemy do Torunia. Ostatecznie pojechaliśmy, chociaż po tej nocy chętniej zostalibyśmy w domu. Czułem się „średnio na jeża”, głównie z powodu niewyspania.
Do Torunia dotarliśmy ok. 15,
pakiet odebrany sprawnie i można było jechać do hotelu odpoczywać przed biegiem. Próbowałem się zdrzemnąć ale bezskutecznie. Jeśli chodzi o sam bieg to warunki były idealne: ciepło, około 19 stopni, bezwietrznie. Trasa to 2 pętle po 5 km, nie jakaś super szybka (asfalt + ścieżka rowerowa) ale spokojnie na życiówkę. Pierwszą pętlę przebiegłem w 18:19, czyli zgodnie z planem, no może ciut za wolno. W drugiej części dystansu trochę jednak zabrakło mocy w nogach aby utrzymać to tempo. Pobiegłem w startówkach Adidasa, po biegu żałowałem, że nie założyłem Nike Zoom Fly. Czułem napięcie w łydkach i odczuwalny ból pod koniec biegu a zoomy mają mega amortyzację. W pierwszej części dystansu złapała mnie też kolka, co już dawno mi się nie zdarzyło.
Jak widać popełniłem jeden poważny błąd (trening wtorkowy), poza tym miałem niefart przed biegiem i tak to się potoczyło…. Czyli „nie pykło”. Niedziela za to była bardzo udana. Spędziliśmy z Anią i Laurą super dzień w Toruniu: połaziliśmy po Starym Mieście, pojedliśmy i wróciliśmy do domu.
Trenuję dalej, następny cel do Półmaraton Gdańsk a po drodze przetarcie – cross 10 km w Lubiszewie w ramach MP Masters (oj będzie mocna paka na starcie!).


