Jestem w trakcie kolejnego tygodniowego urlopu, oczywiście spowodowanego lockdownem. A to oznacza, że mam dużo czasu na trening. Mimo, że trenuję bardzo solidnie i regularnie, to staram się nie przemęczać za bardzo. Poprzednie lata ( a najbardziej ubiegły rok) dały mi na tyle wiele doświadczenia, że wydaje mi się, że trenuję optymalnie.
Przede wszystkim nie spinam się zanadto i cały czas sobie powtarzam, że nie ma co się spieszyć z budowaniem formy na wiosnę. Szacuję, że jakieś poważne zawody mogą pojawić się najwcześniej pod koniec kwietnia lub w maju. Oceniam swoje obciążenia treningowe w tym momencie tak „na oko” na 75-80% możliwości. To znaczy, że spokojnie mógłbym zrobić 20-25% więcej i mocniej. Mam jednak duże obawy, że byłoby to potencjalnie szkodliwe w dłuższym okresie (lato i jesień zapowiadają się startowo o wiele ciekawej niż wiosna).
Każdy kolejny rok z bieganiem uświadamia mi, że w przeszłości trenowałem zbyt wiele i zbyt mocno, nie dając sobie czasu na adaptację. Czytałem niedawno, że taka postawa to pokłosie pewnego etosu pracy, a także słabości psychicznej. Człowiek dopiero wtedy czuje się mocny, gdy trenuje tak wściekle, że wieczorem nie jest w stanie ruszyć nogą. Jest to strategia bardzo ryzykowna i prawie zawsze nieskuteczna. Z przykrością muszę stwierdzić, że odzwierciedla ona także mój stosunek do treningu. Początek nowego roku daje jednak nadzieję na to, że nie wszystko stracone. Trudne warunki na zewnątrz (dużo śniegu i mróz) skutecznie mnie powstrzymują przed „szarżowaniem” w styczniu.


