Zazwyczaj, ale nie zawsze. Na przykład kilka dni temu, gdy położyłem się na łóżku i powieki zaczęły mi szybko opadać, przemknęła mi taka myśl, aby nie wychodzić na trening. Za oknem deszcz, wiatr i temperatura nie przekraczająca 10 stopni. W domu ciepło, przytulnie i dużo jedzenia 😊. Jednym słowem – nie chciało mi się ruszyć tyłka z domu. Dość typowa sytuacja.
Z 15 minutowej drzemki zrobiła się 30 minutowa i jakoś chęć do opuszczenia bezpiecznego schronienia nie zwiększyła się. Co więc robić? Odpuścić? Przecież wiadomo, że nic się złego nie stanie, kiedy odpuścimy kilka treningów. Świat się na pewno nie zawali.
Ja mam jeden patent na takie dni z brakiem energii. Zawsze zadaję sobie wtedy pytanie – po co to robię? W jakim celu poświęcam czas i energię na bieganie, które nie jest moją pracą i nie przynosi mi profitów a wręcz przeciwnie – drenuje moją kieszeń? Czy wieczorem, przed pójściem spać będę z siebie dumny, że dobrze wykorzystałem ten dzień? Wystarczy, że zadam sobie te pytania i od razu wskakuję w buty biegowe.
Każdy z nas pewnie ma swoje rytuały motywacyjne, na mnie działa zawsze motywacja wewnętrzna, odniesienie się do podstaw, punktu wyjścia. Wiele osób z kolei inspiruje się różnego rodzaju hasłami typu: „z każdym dniem staję się lepszą wersją samego siebie”, czy coś w tym stylu. Na mnie to nie działa a czasami rozbawia do łez 😊.
PS. Trening zrobiłem, nic specjalnego – rozbieganie + przebieżki. Endorfin szczęścia nie zaznałem, ale najważniejsze, że nie uległem chochlikowi lenistwa 😊.

