Temat, który chcę poruszyć w tym wpisie, chodził mi po głowie już od pewnego czasu. Nie wiedziałem jednak jak go „ugryźć”. W końcu jednak mnie olśniło – do tego, co chcesz przekazać musisz wykorzystać Dominikę – pomyślałem 😊. O niej jednak później.
Traktuję to trochę jako swoją małą misję i będę starał się przemycać od czasu do czasu mój punkt widzenia, mając nadzieję, że „co zasiejesz to i zbierać będziesz”. Jeśli uda się przekonać do tej idei choć jedną osobę – będę zadowolony. Głęboko wierzę w to, że bieg na dystansie 5 km jest najważniejszą konkurencją biegową, zarówno dla wyczynowca, jak i dla amatora startującego w zawodach długodystansowych (do maratonu włącznie). Oczywiście powyższa teza dotyczy tylko i wyłącznie osób, które planują rozwijać swoje umiejętności biegowe, czyli około 98 % z nas. Mylę się?
W moim wpisie skupię się na bieganiu amatorskim. Większość osób z mojego środowiska jest mniej więcej w wieku 30-50 lat. Największym marzeniem wielu jest oczywiście przebiegnięcie maratonu. Wyczynowcem nie byłem, wielokrotnie czytałem jednak zdania wypowiadane przez najlepszych zawodników na temat dystansu 5 km. Każdy zawodowiec darzy ten dystans ogromnym szacunkiem, a wielu czołowych maratończyków wie, że nie przekroczy pewnej bariery wynikowej, bo brakuje im zapasu szybkości. Dlaczego? Bo na początku swojej kariery nie przywiązywali odpowiedniej uwagi do krótkich dystansów.
Wielu amatorów „gardzi” biegiem na 5 km uważając, go za „śmieszny” bieg dla początkujących. Tutaj muszę się zgodzić. Po 5-tce nie ma fejmu, no bo cóż to za wyczyn przebiec nędzne 5 kilometrów. Co innego marszobiegiem pokonać 70. Fiu, fiu….lajki lecą jak szalone 😊. To jest główny powód dla którego mało kto zawraca sobie głowę „piątką”. Kolejny powód to ból. Zgadza się, mocny bieg na 5 km boli, niezależnie od tempa i poziomu zawodnika. Jest to bieg na bardzo wysokiej intensywności, prawie od początku do końca poza strefą komfortu i mało przyjemny. Trzeba zaangażować „głowę” do pracy, bo to od niej zależy czy zwolnimy czy utrzymamy tempo od połowy dystansu.
Dla wielu biegaczy przygotowywanie się do zawodów na 5 km, w świecie, gdzie ciągle słychać o wielkich maratonach, może wydawać się bezsensowne. Spotykam się czasami z takim podejściem: szkoda czasu na szlifowanie formy na 5 czy 10 km. Przecież trenując do maratonu czy ultra ogólna kondycja też rośnie i życiówki na krótszych dystansach w końcu same przyjdą. Uważam, że to błędne podejście. Jestem przekonany, że o wiele bezpieczniejsze dla zdrowia jest uzyskanie zapasu szybkości na krótszych dystansach a w późniejszej perspektywie przygotowanie do maratonu. Zdaję sobie sprawę, że takie podejście nie jest popularne. Praca nad poprawą formy na krótkich dystansach jest niestety żmudna i dość monotonna.
Ci, którzy mnie znają (a zakładam, że poza moimi znajomymi nikt tego nie czyta 😊), wiedzą, że Dominika Nowakowska jest moją siostrą. Była wyczynową zawodniczką przez wiele lat. Jej życiówka na 5 km to 15 min 51 sek. (średnie tempo 3:10/km). Stadionowe 5000 m jest jeszcze o pół minuty lepsze. Wyniki nieosiągalne dla większości mężczyzn 😊. Pamiętam jak opowiadała, że czasami „wkurzała się” na ludzi, którzy w rozmowach pytali ją jaką ma życiówkę w maratonie. Gdy odpowiadała, że jeszcze nie biegała maratonu i dla kontrastu podawała swoje wyniki na 5 km, 10 km i w półmaratonie – spotykała się ze z pobłażliwym uśmiechem niezrozumienia. No tak, maraton definiuje biegacza 😊. Później, gdy jedyny raz zdecydowała się na królewski dystans, po krótkich przygotowaniach pobiegła 2h 39 min. W bieganiu nie ma przypadków a cuda – tak jak w życiu – zdarzają się niezwykle rzadko.


