Uświadomiłem sobie, że w maju na blogu mało było biegania w bieganiu. Dotykałem tematy okołobiegowe ale tzw. „biegowego mięsa” było niewiele. Taki jest czas teraz u mnie. Można powiedzieć, że biegam w tej chwili wyłącznie dla przyjemności i aby utrzymać dobre zdrowie i samopoczucie. Wcześniej rytm treningów wyznaczały przygotowania do kolejnych zawodów a obecnie w ogóle tego nie czuję. Nowa rzeczywistość pocovidowa odcisnęła swoje piętno także na mnie. Przyzwyczaiłem się do biegania bez konkretnych przygotowań do startów i dobrze mi z tym. Jestem co prawda pozapisywany na kilka biegów w najbliższym czasie i pewnie gdzieś tam wystartuję, ale nie powiem, żebym czuł wielkie podniecenie z tym związane.
Może potrzebuję przerwy?
Mówiąc całkowicie szczerze to czekam z utęsknieniem tylko za konkretnymi zawodami na asfalcie, na przykład na atestowaną „dychę” lub „piątkę”. Wszystkie inne biegi „wokół komina” (mimo, że mam ogromny szacunek dla organizatorów) trochę mi się przejadły. Uwielbiam trenować w lesie, w parkach, na polnych drogach i na stadionie, ale mimo to uważam się za typowego „ulicznika”. W biegach organizowanych na asfalcie czuję się najlepiej.
W maju biegało mi się dobrze. Żeby być precyzyjnym muszę dodać – biegało mi się dobrze na niskich prędkościach. Szybsze biegi sprawiały mi pewne trudności. Wchodząc w mocne tempo w granicach 3:40 – 3:35/km pojawiały się problemy i nie byłem w stanie utrzymać prędkości na dłuższym odcinku. Miedzy innymi dlatego postanowiłem dać sobie trochę „oddechu” w najbliższych tygodniach. Co to konkretnie oznacza?
Wybór jest oczywisty – przesiadka na rower. Zawsze tak robiłem w przeszłości, kiedy nie mogłem biegać i dobrze mi się to sprawdzało. Chodzi przede wszystkim o odciążenie aparatu ruchu oraz aktywność na niskim tętnie, w porównaniu do biegania. Rower pod tym względem jest idealny. Poczyniłem nawet inwestycję, nabywając drogą kupna kask rowerowy w Decathlonie 😊. Nigdy bym siebie nie podejrzewał, że będę jeździł na rowerze w kasku, szczególnie, gdy przypomnę sobie moje młodzieńcze wyczyny rowerowe. Czasy jednak się zmieniają 😊. Nie oznacza to, że porzucam bieganie. Będę przeplatał treningi biegowe z jazdą na rowerze, na którym także można się trochę „upodlić” 😊.
Maj to piękny miesiąc do biegania a pogoda jest wręcz idealna do aktywności na świeżym powietrzu. Tak było zazwyczaj w przeszłości. Tegoroczny maj, tak jak niemal każdy miesiąc w ostatnim roku, nie wpisał się w trend. A może już nic będzie takie jak wcześniej? Kolejny raz narzekam na zimno w tym roku….. Ale całkowicie serio – naprawdę było mi zimno a czapka i rękawiczki często gościły na mojej głowie i dłoniach. Czyżby w czerwcu miało od razu przywalić z grubej rury i będzie 30 stopni?
W podsumowaniu kwietnia napisałem, że był to miesiąc z niezbyt imponującą ilością przebiegniętych kilometrów. Zastanawiam jak zgrabnie ująć w słowa mój majowy kilometraż (286 km) 😊. Hmmm, przyjmijmy, że był to miesiąc regeneracyjny i nie zastanawiajmy się nad tym, po czym musiałem odpoczywać…. Najlepszym podsumowaniem moich majowych „wyczynów” był ostatni tydzień miesiąca, kiedy miałem 6 dniową przerwę pomiędzy treningami biegowymi. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek wcześniej zrobił sobie tak długie „wagary biegowe” (poza okresem roztrenowania). Na swoje usprawiedliwienie muszę wspomnieć, że nie było to spowodowane lenistwem czy niechęcią do aktywności. Po prostu jedną nockę miałem zarwaną z powodu wirusa, za dwa dni kolejna noc nieprzespana (finał Ligi Europy na stadionie). Do tego doszło sporo pracy w pracy i nie miałem siły na wieczorne bieganie. Znając swój organizm wolałem trochę odpuścić niż na siłę żyłować bieganie na mega zmęczeniu. Jeszcze dwa lata temu pewnie bym cisnął za wszelką cenę, ale wielokrotnie przekonywałem się, że to nie ma sensu. Więc wrzuciłem na luz 😊.
Treningowo nie robiłem w maju specyficznej pracy pod konkretne zawody albo dystans. Jak miałem ochotę to wykonywałem akcent, ale nie częściej niż raz w tygodniu. Może w czerwcu będzie mi się chciało mocniej potrenować…Zobaczymy.


