Biegowy taniec przez życie 25.08.2021

 

Nie lubię długich treningów.

Zazwyczaj zaczynam się nudzić po upływie mniej więcej półtorej godziny biegu. Dlatego najczęściej, w trakcie spokojnych treningów, słucham muzyki albo podcastów. Podcasty są super. Jeśli trafi się interesująca rozmowa – czas płynie jakby szybciej. Osobom zainteresowanym szerszym spojrzeniem na temat wydarzeń na świecie polecam podcast „Raport o stanie świata Dariusza Rosiaka”. Warto posłuchać mądrych ludzi, chociaż momentami trzeba się mocno skupić😊. Konieczność wykonania długiego biegu ma też swoje zalety. Na przykład można w spokoju przemyśleć i przeanalizować różne ważne zagadnienia. Często zdarza mi się w trakcie biegu podejmować decyzje dotyczące spraw, które przed nim wydawały się bardzo skomplikowane.

Sierpniowe niedzielne długie wybiegania nastroiły mnie sentymentalnie. Powód ku temu jest nie byle jaki. Za kilka dni minie 20 lat, odkąd z Anią „stanęliśmy na ślubnym kobiercu”, jak to się eufemistycznie określa😊. Przemierzając leśne ścieżki w spokojnym tempie, wspominałem czas, który razem przeżyliśmy i obmyślałem plan tego wpisu, który będzie długi i dość emocjonalny….

Na początku jednak chciałbym podzielić się kilkoma refleksjami na temat zakończonych już kilka tygodni temu igrzysk. W poprzednim wpisie (czytaj tutaj) przedstawiłem kila pytań i poglądów na temat przebiegu rywalizacji w konkurencjach lekkoatletycznych. Większość moich przewidywań się sprawdziła, ale nie wszystkie. Niewątpliwie lekkoatleci uratowali całą Polską reprezentację, startującą w zmaganiach olimpijskich. Widać, że PZLA postawił na właściwe „konie”, które przyniosły worek medali. Występ maratończyków przeszedł praktycznie bez echa. I nic dziwnego, fajerwerków nie było. Zaimponowała Karolina Nadolska, która wykorzystała swoje doświadczenie, umiejętnie biegnąc taktyką „negative split”.  W tej sytuacji 14 miejsce jest bardzo przyzwoite.

Parę słów na temat Marcina Lewandowskiego. Według mnie nałożył na siebie zbyt dużą presję, powtarzając od kilku lat, że interesuje go tylko i wyłącznie medal olimpijski. Jasne, kontuzja to kontuzja – tutaj nie ma mocnych i takiej sytuacji nie można przewidzieć. Cenię jego ogromne osiągnięcia sportowe, ale jakoś nigdy nie imponował mi jego publiczny wizerunek i treści, które przekazywał za pośrednictwem mediów społecznościowych. Śmieszyły mnie jego motywacyjne filmiki, pełne pasji i bojowej narracji. Odniosłem wrażenie, że w trakcie swoich biegów w Tokio, bardzo ważne były dla Marcina dobre występy na bieżni, jak i demonstrowanie swoich imponujących tatuaży na klatce piersiowej i plecach😊. Jeśli kogoś rajcują takie klimaty – super. Z dwójki naszych utytułowanych średniodystansowców: Lewandowski/Kszczot, zawsze bliżej mi było do tego drugiego (szacunek za honorową rezygnację z igrzysk w tym roku, pomimo posiadanej kwalifikacji). Naszła mnie taka refleksja: czy to przypadek, że najlepsze wyniki osiągnęli sportowcy, którzy nie brylują na instagramach?

Wracając do meritum…. Związek Ani i mójto klasyczna szkolna miłość, zwieńczona ślubem. Dwoje małolatów bez żadnej przeszłości, za to mający przed sobą całą przyszłość. Tak było😊. Oboje pochodzimy z rodzin wyznających podobne wartości. Określiłbym je jako tradycyjne lub inaczej mówiąc dosyć konserwatywne. Nasi rodzice ciężko pracowali, aby zapewnić swoim dzieciom dobry start w dorosłe życie. Oczywiście, tak jak wielu ludzi, dotknęły ich negatywne skutki przemian gospodarczych przełomu lat 80 i 90-tych ubiegłego wieku. To były czasy naszego dorastania i wkraczania w pełnoletność.

U mnie w domu „generałem” zawsze była mama. To ona podejmowała kluczowe decyzje dotyczące życia rodzinnego. To były rządy twardej ręki, coś na kształt Margaret Thatcher😊. Pamiętam, że była wulkanem energii…😊. Zadrzeć z mamą to nie była „bułka z masłem”. Myślę, że moje siostry mogą coś na ten temat powiedzieć… 😊. Ja z mamą także mieliśmy w pewnym okresie swoje wojenki. Jednak gdy potrzebowałem wsparcia, albo miałem jakiś kłopot, w pierwszej kolejności szedłem po radę do mamy. Imponowało mi, że zawsze wiedziała co należy zrobić, albo jak się  zachować w danej sytuacji. Rodzice zapewnili mi spokojne dzieciństwo i czas dorastania. Gdy myślę o tym z perspektywy czasu, mam pewność, że wychowanie w pełnej rodzinie, gdzie mama i tata byli codziennie obecni, to największa wartość, jaką otrzymałem. Trudno mi to dokładnie zwerbalizować, ale jest to jakaś wewnętrzna siła, moc, wiara we własne możliwości. Świadomość, że co by się nie działo – zawsze znajdę oparcie w rodzicach i rodzeństwie.

Pamiętam ile czasu poświęcał tata na zabawy z nami. Prawie codziennie wypatrywaliśmy go, kiedy wróci z pracy. Od razu „braliśmy go w obroty” i męczyliśmy o różne atrakcje. Dbał o nas bardzo, no i przywoził ze sobą różne smakołyki😊. Ten, kto żył w latach 80-tych, to pamięta, co można było wtedy kupić w sklepach😊. Wiadomo, że czasy swojego dzieciństwa wspomina się najczęściej jako czas beztroski i zabawy. Wydaje mi się, że dzisiaj dzieci mają trudniej pod tym względem.

Nigdy nie miałem specjalnie wygórowanych oczekiwań, jeśli chodzi o moje dorosłe losy. Na pewno ma to związek z wychowaniem w domu. Zawsze wiedziałem, że priorytetem będzie dla mnie rodzina, którą stworzę. Za nic w świecie nie przedłożyłbym kariery zawodowej nad rodzinnym szczęściem. Muszę też uczciwie przyznać, że do tej pory spotykałem na swojej drodze wielu dobrych ludzi, którzy wielokrotnie pomogli mi w różnych sytuacjach. Czasami odnoszę wrażenie, że mam więcej szczęścia niż rozumu😊.

Pierwsze trzy lata po ślubie to był cudowny czas. Mogliśmy spędzać ze sobą praktycznie 24 godziny na dobę i przygotować się tak naprawdę do dorosłego życia. Pojawienie się dzieci zmienia wszystko😊. Pamiętam czas oczekiwania na narodziny Filipa i ten, nie boję się użyć tego określenia, najwspanialszy dzień w moim życiu, kiedy nasz pierworodny syn pojawił się na tym świecie😊. Uczucie wszechogarniającego szczęścia powodowało, że przez parę dni jakbym unosił się nad ziemią. Możliwość uczestniczenia w porodach swoich dzieci to przeżycia, których nie zamieniłbym na żadne inne. Miały one w sobie jakiś mistyczny wymiar, pomimo swojego bardzo namacalnego i fizycznego charakteru. Ten syn, który tak niedawno uczył się wiązać sznurówki, już niedługo wyfrunie z rodzinnego gniazda… Często rozmawiamy o tym z Anią, starając się jak najlepiej mentalnie przygotować do chwili, kiedy dzieci pójdą swoją drogą. Pamiętam jak kilka lat temu mama przyznała, że moment, kiedy wyprowadziłem się z domu, był dla niej trudny do zaakceptowania.

Całe szczęście jest Laurunia, która może się nami zaopiekuje na stare lata ha ha😊. Do momentu, kiedy urodziła się Laura, nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak cudownie jest być ojcem córki. Moja córeczka owinęła sobie mnie wokół palca i kręci mną we wszystkie strony😊. Mam tego świadomość i jest git 😊. Chciałbym być dla niej, może nie wzorem, ale na pewno kimś ważnym. Ania mówiła mi, że podświadomie szukała we mnie cech swojego taty. Widocznie je znalazła, skoro zgodziła się zostać moją żoną😊.

Byłbym zapomniał… Ten blog ma charakter biegowy, warto byłoby napisać w końcu coś na temat😊, tym bardziej, że to będzie jedyny wpis w tym miesiącu. Sierpniowe bieganie upłynęło mi generalnie na przygotowaniach do półmaratonu, który mam zaplanowany na początek września. Forma na razie nie powala na kolana, ale w tym momencie mnie to nie martwi. Plan jest realizowany, a efekty przyjdą w stosownym momencie. Z pozytywów – udało mi się w końcu umówić na wizytę u fizjoterapeuty Kuby. Diagnoza po wizycie – pozytywna. Stary diesel jeszcze trochę pojeździ/potruchta😊. Wziąłem też udział w dwóch biegach: 10 km w Śliwicach i 15 km w Skórczu. Na temat tego pierwszego startu nie za wiele mam do powiedzenia. Kolejny bieg z serii – sprawdzian formy. Przyjechałem, pobiegłem i szybki powrót do domu.

Bieg Czterech Jezior w Skórczu na dystansie 15 km bardziej oddawał warunki z którymi zmierzę się na trasie półmaratonu, dlatego potraktowałem go bardzo poważnie. W tym biegu brałem już udział kilka razy w ubiegłych latach i muszę stwierdzić,że trasa jest jedną z moich ulubionych. Wiedzie ona w około 70% asfaltową szosą, w otoczeniu lasu. Biegnie się naprawdę przyjemnie, chociaż leśny odcinek, najeżony wystającymi korzeniami, mocno daje się we znaki. Praktycznie cały dystans przebiegłem samotnie, co nie pomagało utrzymywać dobrego, równego tempa. Końcowe kilometry mocno mnie wymęczyły i widzę, że jest jeszcze dużo do poprawy przed półmaratonem. Cieszy za to wywalczone pudło w kategorii wiekowej 😊.

Pogaduszki przed startem :)

Fot: Karolina Stachowicz

Fot: Karolina Stachowicz

Dość długo zastanawiałem się w jaki sposób zakończyć ten wpis. Na pewno nie chciałbym, aby miał on wydźwięk słodko – pierdzący. 20 lat wspólnego życia to niemałe osiągnięcie. Czy zawsze było kolorowo? Oczywiście, że nie, trudne momenty także nas dotknęły. Kłopoty zawsze jednak cementowały nasz związek. Po tych wspólnych latach nie potrzebujemy wielu słów, aby bezbłędnie się dogadywać i rozumieć.Jeśli ktoś wierzy w baśnie, ten wie, czy spotkał w życiu swoją „połówkę pomarańczy”. Ja miałem to szczęście 😊. Co będzie dalej? Mam nadzieję, że pięknie się razem zestarzejemy i za kolejne 20 -30 lat będziemy dalej szli razem za ręce. Byłoby wspaniale móc, wzorem naszych rodziców i teściów, w ósmej dekadzie życia cieszyć się obecnością najbliższych.To wielki dar, za który codziennie dziękuję Bogu. Póki co trzeba wycisnąć z tej cytryny o nazwie życie tyle, ile się da, pomimo, że niektóre pociągi odjechały już bezpowrotnie…

Dziękuję Ci Aniu, że jesteś moją żoną. Życie z Tobą jest jak bajka 😊.

 

Tak wyglądaliśmy 20 lat temu…
Były tańce na weselu