Długo nic nie napisałem na blogu, chociaż tematów nie brakuje. Powody milczenia były zgoła inne. Główny to brak czasu. Tak, wiem, że to głupie i wyświechtane usprawiedliwienie, ale to prawda. Mam teraz tak intensywny okres w pracy, że w trakcie 8 godzin ledwo zdążę zjeść w przelocie. Po całym dniu mam tak zlasowany mózg, że marzę tylko o szybkim treningu i pójściu spać. Prawdziwą przyczyną blogowej ciszy był jednak słaby nastrój po półmaratonie w Iławie. Nie owijając w bawełnę: miało być dobrze a była „dupa”. Mógłbym rozpisywać się tutaj na temat powodów takiego stanu i szukać wytłumaczeń typu: do połowy biegło się super a potem było za ciepło, za zimno, za wietrznie ble ble ble… Nie zrobię tego, po prostu byłem tego dnia za słaby w stosunku do wymagań, które sobie postawiłem. Tragedii co prawda nie było (wynik 01:23:50), ale nie o takie bieganie mi chodzi. Tyle w temacie.
Musiałem też zastanowić się co dalej i byłem bliski podjęcia decyzji o zakończeniu tegorocznego sezonu startowego i rozpoczęciu długiego roztrenowania. Po namyśle postanowiłem dać sobie szansę na krótszych dystansach. Tak czy siak, porachunki z półmaratonem dalej mam niewyrównane. I choć ja bardzo lubię i szanuję ten dystans – on nie odwzajemnia uczucia😊. Stare biegowe przysłowie mówi, że aby szybko biegać – trzeba szybko biegać. U mnie z tym szybkim bieganiem ostatnio różnie bywa, wolę sobie pohasać po lesie „w tlenie”. A potem się dziwię, że zawodach brakuje pary w nogach😊. Takimi heheszkami próbuję trochę zaczarować rzeczywistość, choć wiem, że chcąc zrobić biegowy postęp, sporo muszę zmienić w swoim bieganiu.
Podsumowując: wnioski zostały wyciągnięte i decyzja podjęta. Jestem dzisiaj w przededniu dość poważnych zmian w podejściu do procesu treningowego. Czuję, że to może być trudny czas, ale pora wyjść ze strefy komfortu. Szczegółów nie będę na razie zdradzał, bo to za wczesna faza, ale mam plan na wyjście z impasu. Jeśli uda się zrealizować zamierzenia, będzie o czym pisać na blogu😊.
Czasami sam na siebie się wkurzam, że bieganie zajmuje tak ważną część mojego życia. Zdrowe jedzenie, unikanie alkoholu (really😊?), wysypianie się itp. itd. Czy ten „związek” z bieganiem jest zdrowy? Mówiąc językiem biznesu: czy zapewnia odpowiednią stopę zwrotu? Przecież doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że za wyjątkiem mojej żony, mamy, siostry i kilku znajomych, tak naprawdę nikogo nie obchodzi czy Grzesiu będzie 5 czy 15 w Biegu o Mistrzostwo Powiatu XYZ. To dotyczy wszystkich – nie wyłączając elity biegaczy, czy patrząc szerzej – sportowców. A może zupełnie nie o to chodzi? Może realizowanie pasji jest pozbawione jakichkolwiek rozumowych argumentów i trzeba zdać się na intuicję?
Decyzja o kontynuowaniu sezonu nie była chyba zła. W ubiegłą sobotę wystartowałem w Biegu Cysterskim w Pelplinie na dystansie 5 km. Bardzo lubię starty w sobotnie przedpołudnie, więc pelpliński bieg był dla mnie tych z gatunku nie do przegapienia. Swoją drogą, tyle jest imprez w okolicy we wrześniu, że żal nie startować. Pelplińskie Centrum Sportu jako organizator gwarantował dobrą zabawę. Nie da rady być wszędzie a na coś trzeba się zdecydować, więc wygrało kryterium: szybka 5-tka w sobotę rano i cały weekend do dyspozycji. Zdając sobie sprawę, że moja forma nie powala na kolana, postanowiłem przebiec dystans mocno, ale bez „żyłowania”. Na dość łatwej asfaltowej trasie (dużo z górki….huraaaa) zająłem 5 miejsce open a 1 w kategorii wiekowej M40. Średnie tempo z dystansu to 3:39/km, co potwierdza, że jest nad czym pracować😊.
Na niedzielę tradycyjnie zaplanowałem dłuższe bieganie w lesie. Coś mnie jednak tknęło i w sobotę wieczorem sprawdziłem czy w okolicy nie ma jakiegoś leśnego crossu, gdzie mógłbym połączyć spokojne wybieganie z elementem rywalizacji w postaci szybkiego biegania w zawodach. Okazało się, że w Szpęgawsku jest organizowana impreza: Biegam bo Lubię Lasy. Szybki kontakt z organizatorem – sprawdziłem, czy można zapisać się na bieg w dniu startu i cyk – jest plan na aktywną niedzielę. To była dobra decyzja. Poza zrealizowaną mocną jednostką treningową, wziąłem udział w bardzo sympatycznej imprezie, przygotowanej przez lokalnych pasjonatów biegania (brawo Starogardzki Klub Lekkoatletyczny Filippides). Przy okazji udało mi się wywalczyć 2 miejsce w kategorii, a w klasyfikacji ogólnej zająłem 7 miejsce na dystansie około 4,8 km. Po biegu rozmawiałem z kolegami, którzy tak jak ja byli pierwszy raz na tym biegu. Wszyscy chwalili organizatorów i byli zaskoczeni gościnnością a także wysokością nagród (potwierdzam 😊). Po raz kolejny potwierdziło się, że najlepsze imprezy biegowe są organizowane przez biegaczy dla biegaczy.
Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało zbyt buńczucznie, ale miejsca na pudle w kategorii wiekowej w lokalnych biegach, to nie jest szczyt moich marzeń. Czas zrobić krok naprzód. Wierzę w to. Na koniec kilka fotek z weekendu.
![]() |
| Fot: Roman Hudzik – mistrz :) |
![]() |
| Fot: Roman Hudzik – mistrz :) |
![]() |
| Fot. Karolina Stachowicz |
![]() |
| Fot. Karolina Stachowicz |







