Pora zabrać się za analizę minionego sezonu.
Nie powiem żeby to było fascynujące zajęcie, bo nie bardzo lubię wracać do tego, co już się wydarzyło. Trzeba jednak sporządzić swój wewnętrzny rachunek sumienia, aby wyciągnąć konstruktywne wnioski i zamykając pewien etap – pójść dalej. Byłoby dobrze, aby w kolejnym sezonie nie popełniać tych samych błędów. Chciałbym, aby było to możliwe😊.
Ten wpis jest jednym z ważniejszych w tym roku. Jak zwykle postaram się, aby był szczery, rzetelny i ciekawy. Nie ukrywam, że poświęciłem dużo czasu, aby przelać myśli na wirtualny papier😊. Gdybym to podsumowanie pisał pod koniec września, wydźwięk byłby dość ponury. Październik wiele jednak odmienił.
Ale zacznijmy od początku. Pewnie wielu z Was pamięta, że w ubiegłym roku o tej porze byliśmy w covidowej czarnej d…ie. Lockdowny i te sprawy, nie ma sensu do tego wracać. W każdym razie sytuacja była nie najciekawsza i tegoroczne wiosenne zawody stały po dużym znakiem zapytania. Finalnie złe rokowania się sprawdziły i imprez na wiosnę nie było prawie wcale. Biegać jednak nikt nie zabraniał i ja należałem do grupy, która realizowała codzienny proces treningowy, w oczekiwaniu na powrót do normalności i rywalizacji w zawodach sportowych. W tym czasie wziąłem udział w 2 imprezach biegowych #RUNGDN, rozgrywanych w modnej ostatnio formule – bezdotykowej😊. Tak minęło pierwsze półrocze 2021.
Możliwość organizowania imprez sportowych powróciła mniej więcej w czerwcu i pojawiły się pierwsze biegi, gdzie rywalizacja odbywała się standardowej formie. Korzystałem z możliwości startów, wybierając zawody, które gwarantowały dobry poziom sportowy i organizacyjny. Jesienią, a szczególnie we wrześniu, nastąpił wysyp imprez. Każdego weekendu można było podejmować salomonową decyzję odnośnie biegu, w którym chciało się pobiec. Oj, było w czym wybierać. Wrzesień to także decyzja odnośnie podjęcia współpracy z trenerem, do której dojrzewałem bardzo długo. W październiku zebrałem owoce całorocznej pracy, poprawiając rekordy życiowe na 10 km i w półmaratonie.
O wszystkich wspomnianych wyżej historiach, można poczytać mniej lub bardziej szczegółowo na blogu.
Listopad – ramię w ramię z Andrzejem
Chronologicznie, aby podsumowanie było pełne, muszę odnotować wydarzenia listopadowe. Jak co roku, wziąłem udział w Biegu Sambora, który jest jednym z najstarszych biegów w Polsce. W tym roku odbyła się jego trzydziesta edycja, z moim udziałem po raz siódmy z rzędu. Bardzo lubię ten bieg (podobnie jak wszystkie organizowane w Tczewie), ale nie lubię jego trasy. Najgorsze fragmenty to odcinki, które prowadzą po Czyżykowie (nawierzchnia i zakręty) i podbiegi na koniec😊. Za to stawka na starcie jest zawsze silna i jest się z kim ścigać. W tym roku nie było inaczej. Uzyskany czas poniżej 37 minut na tej trasie uważam za bardzo przyzwoity. Dodatkowo zdobyłem nieoficjalny i samozwańczy tytuł najlepszego mieszkańca grodu Sambora w biegu na 10 km. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że jest to możliwe tylko w przypadku, kiedy Patryk S. leczy kontuzję, ale wynik poszedł w świat… 😊.
Bieg nie obfitował w jakieś niesamowite zwroty akcji, choć zapamiętałem z niego dwa epizody. Pierwszy to moje zaskoczenie, kiedy po około dwóch minutach od startu zobaczyłem Andrzeja T. biegnącego o jakieś 200 metrów przede mną. Spojrzałem na zegarek, aby upewnić się, że nie biegnę za wolno. W końcu nasz poziom jest zbliżony. Okazało się, że to Andrzej zaczął bardzo mocno😊. Druga sprawa – kiedy biegliśmy już razem i obaj dyszeliśmy jak stare parowozy, mniej więcej na 8-9 kilometrze swobodnym krokiem minęły nas 2 zawodniczki (chyba Ukrainki). No cóż, bywa i tak.
| Foto: Wasyl Grabowski |
Ostatnim akcentem sezonu startowego był zaordynowany przez trenera bieg w parkrun Tczew, w minioną sobotę. Udział w parkrunie traktuję zazwyczaj jako mocną jednostkę treningową. Wstaję rano, ubieram się, wykonuję trening i po temacie. Tym razem miałem potraktować bieg jak zawody. Trudno mi było zmobilizować się do tego startu i szczerze mówiąc nie mogłem doczekać się, kiedy będzie po sprawie. Ciało od kilku dni także dawało już sygnały zmęczenia. Dlatego ucieszyłem się, kiedy Andrzej postanowił przyłączyć się do wyzwania. Założeniem moim było uzyskanie najlepszego wyniku w sezonie na tej trasie (szybciej niż 18’11’’ w lipcu). Umówiliśmy się przed biegiem, że będziemy się mieniać co jakiś czas na prowadzeniu. Jako zawodnik bardziej doświadczony, biegłem na pierwszej zmianie😊.
Bieg na dystansie 5 km w tempie 3’35’’ – 3’37’’/km to nie jest super przyjemne uczucie, w pewnym momencie trzeba zacisnąć zęby, aby utrzymać tempo. Udało mi się nabiegać 18’04’’, co odzwierciedla mój obecny poziom. Panie prezesie: melduję wykonanie zadania. Co prawda polotu wielkiego w tym nie było, ale stary diesel jeszcze jest na chodzie😊
| Foto: Parkrun Tczew |
To by było na tyle. Czas odpocząć chwilę od biegania. Poniżej kilka ogólnych refleksji dotyczących sezonu 2021.
1. Największy sukces – kolejny sezon bez kontuzji. Taki sam punkt umieściłem w zeszłorocznym podsumowaniu. To jest mega istotne. Najłatwiej poprawiać się z roku na rok utrzymując ciągłość treningową. Z kolei nic tak nie wkurza i nie wybija z rytmu jak przerwy w bieganiu, spowodowane kontuzją. Wiem coś o tym. Lata 2017 i 2018 to uciążliwe urazy najpierw prawego, później lewego przywodziciela uda. Typowe kontuzje przeciążeniowe, jako odpowiedź organizmu nieprzygotowanego do zwiększonych obciążeń. W kolejnych latach wdrożyłem trening uzupełniający – pracę nad wzmocnieniem mięśni całego ciała. Oprócz tego regularne (kila razy w tygodniu) sesje rolowania i rozciągania mięśni. Efekty przyszły i nie zamierzam rezygnować z tych mało efektownych ale skutecznych ćwiczeń, wykonywanych przeważanie w domu.
2. Wolna
regeneracja organizmu – to już nie jest to samo, jak jeszcze 4 czy 5 lat temu, gdy mogłem naparzać 2 lub 3 akcenty w tygodniu. Teraz nie robię więcej niż 2, a najczęściej jest to 1 mocny trening na tydzień. Po starcie w zawodach odpoczynek jest jeszcze dłuższy. Jakby głupio to nie zabrzmiało: wiek robi swoje a fizjologii nie oszukasz. Koszt intensywnej jednostki treningowej jest dla mnie coraz większy a najtrudniejsze do zweryfikowania są obciążenia wewnętrzne organizmu (działanie układów: nerwowego, krążeniowego, hormonalnego). Nigdy nie byłem tzw. „koniem treningowym“, a teraz muszę bardzo pilnować się, żeby nie przesadzić z intensywnością. Długo dochodzę do siebie, jeśli trochę przeholuję 😊.
3. Osiągane wyniki są niewystarczająco dobre w stosunku do włożonej pracy – kontrowersyjna teza, ale tak czuję. Może to jest kwestia zbyt wygórowanych ambicji. Analizując swoje życiówki na dystansach 5km/10km/ półmaraton, chciałbym, aby wyniki te były dużo lepsze, a progres szybszy.
Ostatnio usłyszałem bardzo fajne stwierdzenie: „wynik sportowy nigdy nie powinien być celem a raczej efektem. Celem zawsze powinna być zmiana siebie i rzeczy, które są słabe albo rozwój tego, co jest dobre. Jako efekt uboczny mogą pojawić się dobre wyniki”. To jest świetny drogowskaz dla mnie, za często skupiam się na poprawie wyników, zamiast cieszyć się drogą.
4. Rok 2021 to mój ósmy sezon startowy, pierwszy raz w zawodach pobiegłem we wrześniu 2014. Mam na koncie ponad 130 startów w oficjalnych zawodach. Za każdym razem, stając na linii startu, czuję ten sam dreszczyk emocji, podniecenie rywalizacją i zdenerwowanie, jak na początku. Uważam to za dużą wartość. Wiele osób, które zaczynały biegać razem ze mną lub robiły to już wcześniej, zrezygnowało z aktywności. Mi bieganie dalej sprawia ogromną radość. Nic nie wskazuje na to, aby miało się to zmienić.
5. Najlepszy
występ w zawodach – oba październikowe starty (10km w Poznaniu i Półmaraton Nadwiślański), w których poprawiłem rekordy życiowe. Postęp wynikowy nie był bardzo znaczący i oczywiście nie popadam w samouwielbienie, ale życiówka to życiówka😊. Aha, jakby ktoś się pytał – poprawienie PB na 5 km w biegu, który odbywa się na dystansie 10 km się nie liczy (przynajmniej w moim pojmowaniu tego tematu😊).
6. Nauka
wolnego biegania w myśl zasady: zwolnij na treningu, aby przyspieszyć na zawodach – kolejna sprawa nad którą muszę pracować. Co prawda zrobiłem już duży postęp i naprawdę staram się biegać spokojnie treningi regeneracyjne i rozbiegania, ale często jest to jeszcze za szybko i w za wysokim zakresie tętna. Mam nadzieję, że trener będzie mnie pilnował, a po kilku tygodniach współpracy wiem, że zwraca na ten aspekt dużą uwagę.
7. Periodyzacja
treningu – z uwagi na pierwsze półrocze bez imprez, trudno było zastosować klasyczne przygotowania do wiosennych i jesiennych startów. Treningowo był to chaotyczny okres, przysłowiowy groch z kapustą. Wykonywałem treningi na jakie miałem ochotę, bez planowania. Poniższa tabela przedstawia strukturę roczną z podziałem na cykle.
TIP! Warto przygotowywać sobie krótkie opisy/podsumowania ważnych zawodów. Pamięć jest ulotna a z takich notatek można wyciągnąć ciekawe wnioski, szczególnie, jeśli mamy bogatą historię startów. U mnie na przykład forma jest zawsze wyższa jesienią niż na wiosnę, co może wskazywać na błędy w treningu zimowym.
Dziękuję wszystkim, którzy czytają/śledzą/komentują moje wpisy. Jeśli zaciekawiłem swoim pisaniem choć jedną osobę – jestem zadowolony.

