Do napisania tego wpisu długo się przygotowywałem. Czekałem na odpowiedni moment i on teraz nadszedł. Przez cale życie w mniejszym lub większym stopniu miałem styczność ze sportem, a miłością do niego zaraził mnie mój tata. Dlatego dzisiaj chciałbym przedstawić historię lekkoatlety, którego kariera sportowa przypadła na lata 60 i początek 70 dwudziestego wieku. To będzie opowieść mojego taty Henryka Główczewskiego, średniodystansowca, z rekordami życiowymi: 800 metrów: 1:48,4 i 1500 metrów: 3:42,2.
Moje początki
W szkole zawodowej miałem kolegę, który chodził na treningi w hali w Gdyni. Zapytałem go, czy mogę też pójść zobaczyć, jak tam trenują. Zgodził się, poszedłem i tak to się zaczęło. To był rok 1958, miałem 15 lat. Po kilku treningach w hali, trener zapowiedział, że od następnego treningu będziemy wychodzili w teren. Na pierwszych zajęciach z grupą miałem siłę, aby pobiec w jedną stronę, a z powrotem trochę szedłem, a trochę biegłem. Zajęcia odbywały się 3 razy w tygodniu w hali, zaś trening biegowy był w niedzielę. Mieszkałem wtedy jeszcze z rodzicami i rodzeństwem w Gdańsku Stogach. Rodzice mieli ośmioro dzieci, ja byłem najstarszy. Na treningi musiałem dojeżdżać do Gdyni pociągiem i tramwajem. Pomimo że było to trochę uciążliwe, cieszyła mnie możliwość uprawiania sportu. Po kilku miesiącach tak się wciągnąłem w treningi, że trenowałem już prawie codziennie.
Pierwszy start miałem w Olsztynie na zawodach ligowych, które w tamtym okresie rozgrywane były regularnie. Mój klub nazywał się Doker Gdynia, a moim pierwszym trenerem był Piotr Olszewski. Na średnich dystansach klub miał zawodników na dobrym poziomie, jednak na 3000m nie miał kto biegać, więc ja pobiegłem. Mój wynik w tych zawodach to ponad 10 minut. To była „słabizna”, ale od czegoś trzeba zacząć.
Wiek juniorski
Stopniowo zacząłem trenować coraz
więcej, dużo trenowałem samodzielnie, najczęściej w lesie w Gdańsku Oliwie. Po skończonej szkole poszedłem od razu do pracy jako magazynier w Zarządzie Portu w Gdyni. Pracę miałem do godziny 12, a potem mogłem wykonywać trening. Później sporo startowałem na różnych dystansach: 800m, 1000m, 1500m w tzw. czwartkach lekkoatletycznych, które rozgrywane były na różnych stadionach w Trójmieście. Bieżnie oczywiście były żużlowe, nie było zawodów ulicznych. Tam pokazałem się z dobrej strony i dostałem zaproszenie od trenera Kazimierza Zimnego na mój pierwszy obóz sportowy w górach.
Zimny w tamtym okresie kończył karierę sportową i zabrał się za trenowanie. Mniej więcej od tego momentu zacząłem trenować pod jego okiem w Lechii Gdańsk. Praca na obozach i mocniejszy trening w grupie spowodowały, że zacząłem robić szybkie postępy. Można powiedzieć, że od tego momentu zapoznałem się z prawdziwym treningiem lekkoatletycznym.
Jako ciekawostkę powiem, że po niektórych treningach kadry juniorów Pomorza dostawaliśmy przydział żywności: konserwy, kiełbasę itp. Czasy nie były za wesołe, wszędzie było szaro-buro i brakowało wszystkiego. Szansą na lepsze życie dla młodych ludzi z biednych rodzin był sport. Dopiero jak skończyłem szkołę i poszedłem do pracy to miałem „swój grosz”. Jako najstarszy syn, mogłem także pomóc finansowo rodzicom w utrzymaniu rodziny. Pamiętam, że po pewnym czasie rodzeństwo z zazdrością patrzyło na mnie , kiedy mogłem sobie pozwolić na lepsze ubranie czy jedzenie. Uprawianie sportu było szansą na bilet do lepszego świata.
Startowałem w różnych zawodach przełajowych i stadionowych i na koniec wieku juniorskiego (19 lat) mój wynik na 800m (1’58’’) mieścił się dziesiątce najlepszych wyników w Polsce. Po upływie kolejnego roku, pod okiem Zimnego, poprawiłem się na 1’55’’ na 800 m i 2’20’’ na 1000m.
| Po raz pierwszy w dresie z orzełkiem na piersi – mecz Polska -RFN Bydgoszcz |
Wojsko
W wieku 20 lat dostałem powołanie do wojska. Okres tzw. rekruta (około 2 miesiące) odbyłem w Trzebiatowie. Pod koniec dostałem telegram, że mam się stawić razem z kolegą Wojciechowskim na kompanii sportowej Zawiszy Bydgoszcz.
Tutaj mam taką anegdotkę do opowiedzenia. Kolega namówił mnie, żebyśmy nie jechali od razu do Bydgoszczy, tylko pobyli parę dni w domu i dopiero wtedy stawili się w jednostce. Tak zrobiliśmy. Po kilku dniach z rodziną dojechaliśmy na miejsce, chociaż nasze rozkazy były już nieważne. Przyszliśmy na kompanię, dostaliśmy przydział, łóżka i pech chciał, że jeden z dyżurnych dopatrzył się, że mieliśmy już od kilku dni być w jednostce. Za karę musieliśmy czyścić kible do 22 i następnego dnia major miał zdecydować, co z nami począć. Całe szczęście wszystko rozeszło się po kościach, bo trener się za nami wstawił i nie ponieśliśmy konsekwencji kilkudniowego spóźnienia. Ale wspomnienia pozostały…
Moim trenerem w wojsku był Zdzisław Krzyszkowiak, a więc nie byle kto. Po miesiącu (była już zima) wziął mnie na trening i pokazał od podstaw trening zabawy biegowej, którego wcześniej nie znałem. To były lata 60, nie było szerokiego dostępu do informacji, tak jak to jest teraz. W tamtym czasie to był innowacyjny trening. Najpierw 20 minut rozbiegania, potem dużo gimnastyki, kilka przebieżek z akcentem na początku ok. 10 metrów. W części właściwej odcinki 2 minutowe z 1 minutową przerwą w truchcie. Na zakończenie rozbieganie. W sumie około 20 kilometrów. Jak na zawodnika od średnich dystansów, to było dużo. Zabawy biegowe były realizowane głównie w okresie zimowym w terenie i miały przygotować do biegania na wyższych prędkościach. Od kwietnia wchodziliśmy na stadion i realizowane były odcinki różnej długości: od 200 m do 500 m.
Po pierwszym roku w Bydgoszczy nabiegałem 1’52’’ na 800 m na mityngu w Pyrzycach i 3’49’’ na 1500 m na Mistrzostwach Wojska Polskiego we Wrocławiu. Zająłem tam 8 miejsce. Gdy trener Krzyszkowiak dowiedział się o tym wyniku na 1500 m, to powiedział, że to jest chyba niemożliwe, żebym osiągnął tak dobry rezultat. Byłem wtedy na niego wkurzony, że we mnie nie wierzył. Poziom mistrzostw wojskowych był zawsze bardzo wysoki. W zawodach tych brali udział najlepsi zawodnicy w Polsce. Ogólnie biegaczy na wysokim poziomie za moich czasów było „od groma”. Co roku były publikowane rankingi 100 najlepszych zawodników w Polsce na poszczególnych dystansach. Przykładowo na 1500m, setny zawodnik miał zazwyczaj czas poniżej 4 minut. Obecnie w Polsce to chyba nie na nawet stu biegaczy na przyzwoitym poziomie we wszystkich konkurencjach.
Kariera seniorska
Po skończonym wojsku, w wieku 22 lat wróciłem do Gdańska, do trenera Zimnego. Po pewnym czasie, gdy uzyskałem wynik 3’44’’ na 1500m, zostałem powołany na mityng w Hiszpanii, gdzie zaplanowane miałem 2 starty na 1500m: w Barcelonie i Madrycie. To była wielka przygoda. Wyjazd do Hiszpanii był możliwy tylko dlatego, że byłem biegaczem. W innych okolicznościach na pewno nie byłoby mi to dane. Sama podróż samolotem była dużym przeżyciem. Jeden z kolegów miał nawet kamerę i aparat, dzięki temu mieliśmy fajne pamiątki z wyjazdu do Hiszpanii. Możliwość wyjazdu za granicę była dla wielu chłopaków i dziewczyn ogromną motywacją do biegania. Nie było nagród finansowych, a jeśli gdzieś były, to niewielkie.
Na mityng w Barcelonie przyjechał mistrz Europy – Włoch Francesco Arese. Pamiętam, że gdy tylko przyjechaliśmy do hotelu, miejscowi pytali kierownictwo naszej ekipy czy przyjechał Główczewski. Do dzisiaj pamiętam, że biegacze byli traktowani tam z dużym szacunkiem. Zresztą biegi na średnich dystansach w Hiszpanii zawsze stały na wysokim poziomie. W Barcelonie byłem drugi, a bieg w Madrycie wygrałem.
Trochę świata pozwiedzałem dzięki bieganiu. Brałem udział w mityngach w Paryżu, Londynie, Zurychu. Oczywiście wielokrotnie startowałem też w NRD, RFN, Związku Radzieckim, na Węgrzech i w innych krajach socjalistycznych. To była ogromna radość, móc pojechać i zobaczyć jak jest w innych krajach. Niewielu ludzi w tamtym okresie miało możliwość podróżowania. Paszporty oczywiście były zdeponowane w urzędzie w Warszawie i kierownik ekipy wręczał je zawodnikom tylko na czas wyjazdu. Po powrocie do Polski trzeba było paszport oddać. Jak wyjeżdżaliśmy na zachód, to dostawaliśmy dietę: 1 dolar na dzień. Dla porównania zawodnicy z krajów zachodnich mieli do dyspozycji 100 dolarów na dzień. Nie mieliśmy, więc za bardzo za co zaszaleć 😊.
Gdy startowałem regularnie w reprezentacji, przez około 2 lata byłem objęty tzw. dożywianiem. PZLA przesyłał do klubu pieniądze dla zawodnika będącego w kadrze. Były to kwoty rzędu 1/3 średniej pensji. Przypominam sobie taką sytuację z trenerem piłkarzy Lechii Gdańsk Wojciechem Łazarkiem. Lechia grała w 2 lub 3 lidze, nie pamiętam dokładnie. Łazarek mówi do mnie: „Heniu – zobacz jak to jest, Ty jesteś w reprezentacji Polski i dostajesz marne grosze, a my piłkarze dostajemy o wiele lepsze pieniądze, chociaż jesteśmy „patałachy”.” Jak widać w temacie wynagradzania piłkarzy nic się nie zmieniło do dzisiaj.
Jednym z największych przeżyć był dla mnie mityng w Zurychu. Zawody odbywały się na słynnym stadionie Letzigrund, który wtedy miał jeszcze trybuny drewniane. Jak zaczął się bieg na 1500m, w którym startowałem, wszyscy kibice wstali i tupali. Wrażenie było niesamowite, myślałem, że fruwam na bieżnią. Po raz pierwszy w życiu biegłem na tartanie a doping kibiców był niesamowity. Poprawiłem swoją życiówkę z 3’44’’ na 3’42’’ i byłem 2, za wspomnianym już wcześniej Arese, który też przyjechał na te zawody. Byliśmy w Szwajcarii jeszcze kilka dni, trochę zwiedzaliśmy. Niezapomniane wspomnienia.
Wspomnienia i emocje, pomimo upływu ponad 50 lat, są dalej żywe i intensywne
Nigdy nie zapomnę też podróży do Piatigorska, w ówczesnym Związku Radzieckim. Z Polski lecieliśmy najpierw do Moskwy, a z Moskwy jeszcze 4 godziny lotu na Kaukaz. Samolot był w takim złym stanie, że miałem wrażenie, że za chwilę rozpadanie się w drobny mak. Wszystko klekotało. Razem z nami leciały między innymi rosyjskie babuszki, chyba handlarki. Między nogami trzymały żywe kury, kaczki. Tak to się podróżowało w Rosji w latach 60-tych. Same zawody odbywały się na stadionie, który zamiast tartanu miał powierzchnię z masy bitumicznej. Masa oczywiście zrobiła się bardzo miękka, gdy słońce zaczęło przygrzewać. Ciekawe doświadczenie😊. Na obozach zawsze trenowaliśmy w dużych grupach, obecnie często jest tak, że przyjeżdża zawodnik na obóz z gotowym planem od trenera i go realizuje sam. Uważam, że to jest duży błąd, ale rozumiem, że nie można porównywać tamtych czasów do obecnych.
Opowiem Ci trochę o metodach i środkach treningowych, które były stosowane w moich czasach. My, jako klub Lechia Gdańsk, mieliśmy dobry kontakt z klubem NRD – Turbine Erfurt. Mieli oni bardzo wielu świetnych biegaczy, szczególnie średniodystansowych. Nasi trenerzy mogli więc podpatrywać jak oni trenują. Trener Zimny dobrze znał niemiecki, zaprzyjaźnił się z trenerami niemieckimi i nawiązał dobre relacje. Co się okazało, Niemcy od długiego czasu bazowali na tzw. krosach oraz biegach ciągłych. Na przykład 30 minut czy 45 minut szybkiego biegu. U nas tych środków treningowych nie znaliśmy, raczej trenerzy stosowali zabawy biegowe w lesie. Zimny od razu wprowadził do treningu krosy, nikt w Polsce przed nim tego nie praktykował. Był taki okres, że od grudnia do kwietnia biegałem krosy codziennie. Po pierwszym roku taki trening świetnie się u mnie sprawdzał, bardzo mi odpowiadał. Na sprawdzianie kadry na 1000m w Wałczu nabiegałem 2’20’’, a żeby tyle biegać, to już troszeczkę trzeba „rypać”😊. Moją silną stroną była skoczność i szybkość, natomiast wytrzymałość, to była moja słabsza strona, musiałem mocno nad nią pracować.
Niestety, w kolejnym roku nie było już tak dobrze i mogę powiedzieć, że wszystkie moje atuty jako ośmiusetmetrowca, uległy znacznemu osłabieniu. Za dużo było tego i się „zaczłapałem”. Co prawda zacząłem się bardzo poprawiać na 3000m czy 5000m, ale mój koronny dystans – 800m bardzo ucierpiał na takim jednostajnym bodźcu. Teraz cały świat biega krosy w różnej formie, ale na tamte czasy to była dość duża zmiana dla zawodników. Na zawodach nie było też „zająców” rozprowadzających tempo, tak jak obecnie to jest normalne. U nas musieliśmy sobie radzić sami i trener wyznaczał, kto prowadzi kolejne „kółko”. Jak nie posłuchałeś, to za karę nie byłeś powołany na dobry mityng.
Ogólnie rzecz biorąc, nie trenowałem jakoś bardzo mocno, szczególnie porównując do tego, co robi się dzisiaj. Na przykład jedną z mocniejszych jednostek na bieżni był trening 5x400m. Teraz to dzieci robią mocniejsze…..Bardzo popularne były biegi przełajowe, które stanowiły przygotowanie do sezonu na bieżni. W każdym startowało od 50 do 70 zawodników. Rywalizacja była bardzo mocna. Nie chwaląc się, zawsze jak pojawiałem się na zawodach to robił się „szum”. Koledzy od razu szeptali: „O kurde, „Główka” przyjechał 😊, będzie ciężko dzisiaj wygrać.”
Żyło się z mityngu na mityng. Możliwość wyjazdu zagranicznego była największą motywacją. Paszportu nie miałeś w kieszeni, więc byłeś uzależniony nieraz od widzimisię działaczy czy trenerów. Sam też miałem nieprzyjemną sytuację. Jednego roku był bieg w Krakowie, który stanowił eliminacje na mecz międzypaństwowy w Szwecji. Zjechało się wielu dobrych zawodników i dwóch najlepszych z danego biegu miało pojechać na zawody za granicę. Ja startowałem na 1500m i byłem w dobrej formie. Na 300 metrów przed metą odpaliłem petardę i nikt mnie już nie dogonił, chociaż biegło tam paru zawodników lepszych ode mnie. Do Szwecji jednak nie pojechałem. Sprawa otarła się nawet o media. Kiedyś była taka gazeta Sportowiec i redaktor opisał, ze zgodnie z zasadami, powinien pojechać Główczewski, który wygrał eliminacje w Krakowie, a powołanie dostał kto inny. Także nie zawsze było różowo.
Podobnie było, jeśli chodzi na przykład o stroje sportowe, w których startowaliśmy. Nieraz, szczególnie za granicą, gdy stanąłem na starcie i zobaczyłem rywali mających super markowe ubrania, to od razu miałem tremę i podświadomie czułem się słabszy. Pod tym względem obecne czasy są o wiele lepsze. Wszyscy sportowcy mają teraz bardzo dobre buty i stroje. Myśmy nie raz trenowali w pepegach😊.
Jeśli chodzi o biegi uliczne, to zaczęły się one pojawiać w czasie, kiedy ja już powoli kończyłem karierę. Moi koledzy jeździli do Włoch, Niemiec i innych krajów, żeby zarobić trochę pieniędzy, bo „na bieżni” ich nie było. To się nie zmieniło do dzisiaj. Z biegania na stadionie może się utrzymać garstka wybitnych sportowców, a ulica daje jednak dużo większe możliwości. Kto może, to się „przedłuża” do maratonu, bo ten dystans stwarza największe możliwości zarobkowe.
Tajemnicą poliszynela jest Dębno i słynny maraton. Dlaczego nasi zawodnicy robią tam kwalifikacje na imprezy mistrzowskie np. na igrzyska olimpijskie? Możliwe, że trasa jest wymierzona mówiąc kolokwialnie – niezbyt dokładnie. Weryfikacja na imprezie docelowej jest zazwyczaj bardzo bolesna dla naszych kadrowiczów. Historii z tzw. przekrętami w trakcie mojej kariery sportowej było bardzo dużo. Ciekawym, znanym w środowisku przypadkiem, jest aktualny rekord Polski na 10 000m ustanowiony w 1978 r. Budzi on wiele wątpliwości do dzisiaj. Środki dopingujące pojawiły się w Polsce pod koniec mojej kariery sportowej. Doping na dużą skalę, to wiadomo nie od dzisiaj, był obecny w NRD i Związku Radzieckim. W Polsce także w pewnym okresie wyniki bardzo się poprawiły. Na przykład kobiety biegające na 800m w krótkim czasie zrobiły postęp z 2 minut na 1’56’’. To bardzo znacząca poprawa. Po pewnym czasie jednak wyniki ponownie „siadły”. Zaczęły się kontrole antydopingowe …..
Mogę o nim mówić w samych superlatywach. Bronek był ode mnie kilka lat młodszy i od samego początku było wiadomo, że zrobi ogromną karierę. Niesamowity talent wytrzymałościowy. Był bardzo koleżeński, skromny, interesował się innymi, dopytywał co słychać. Na jednym z obozów w Wałczu zrobił zbiórkę przed treningiem i chętni mogli pójść z nim na rozbieganie. Po 3 kilometrach nikt nie był w stanie dotrzymać mu kroku. Tak mocne tempo narzucał. Trenował bardzo profesjonalnie, jeździł na obozy wysokogórskie i miał dobrą opiekę trenerską, co nie było wtedy takie częste.
Czy czegoś żałuję?
Jak zaczynałem biegać byłem bardzo wątły. Przez kilka lat musiałem nadrabiać braki fizyczne np.: poprzez odżywianie. Dopiero jak już zarabiałem pierwsze pieniądze po szkole, mogłem pozwolić sobie na lepsze jedzenie. Wtedy się wzmocniłem i mogłem się rozwijać. Mógłbym też inaczej trenować, ale to zawsze tak jest, że jesteśmy mądrzy po fakcie. Mój trener Kazimierz Zimny wywodził się długich dystansów i nie miał takiej specyficznej wiedzy i doświadczenia pod kątem średnich dystansów. Po tym względem lepiej oceniam trenera Krzyszkowiaka, którego metody bardziej mi odpowiadały. Biorąc jednak pod uwagę całokształt: warunki jakie miałem, środowisko z którego pochodziłem, jestem bardzo zadowolony z tego co osiągnąłem. Przez kilka lat byłem w ścisłej czołówce polskich biegów średnich. Zwiedziłem trochę świata, poznałem świetnych ludzi. To były wspaniałe lata mojej młodości. Karierę zakończyłem w wieku 30 lat. Byłem już żonaty, wielkich perspektyw na dobre wyniki na stadionie już nie miałem. W reprezentacji Polski wystąpiłem 13 razy. Co prawda nie byłem „gwiazdą”, ale solidnym zawodnikiem. Wykorzystałem swój czas na tyle, na ile było mnie stać. W dzisiejszych czasach pewnie biegałbym dalej na ulicy, ale wtedy jakoś mnie do „bruku” nie ciągnęło.
Marzyłem o tym, aby któreś z moich dzieci poszło w moje ślady i to marzenie się spełniło. Dominika zdecydowanie pobiła moje osiągnięcia, chociażby uczestnicząc w mistrzostwach świata w Moskwie. W początkowym okresie, kiedy była jeszcze w szkole podstawowej, pokazałem jej od podstaw na czym polega trening. Chodziliśmy do lasu 2 razy w tygodniu, robiliśmy dużo sprawności, przebieżek, ale bardzo delikatnie. Dominika złapała bakcyla i zaczęła regularnie trenować. Muszę powiedzieć, że od tego momentu „oszalałem” i bardzo namawiałem ją do trenowania i biegania na wysokim poziomie. Pamiętam, że kiedy startowała już w poważnych zawodach, to bardzo przeżywałem jej starty i nie mogłem się doczekać informacji jak jej poszło. Byliśmy umówieni, że zaraz po ukończonym biegu dzwoniła do mnie i opowiadała o swoich wrażeniach z biegu. Czekałem na te telefony jak nie wiem co i strasznie się denerwowałem, gdy wiadomości się opóźniały. Jestem bardzo dumny z jej osiągnięć.
Ten post tylko w części oddaje historię i wspomnienia taty. Mam nadzieję, że udało mi się przekazać chociaż trochę atmosferę tamtych czasów. Nie ukrywam, że chciałbym, aby ta niebanalna historia życia taty przetrwała i była inspiracją dla moich dzieci a kiedyś może i wnuków :).
| Pierwszy obóz sportowy w górach w wieku 17 lat – Kadra Juniorów |
| Z kolegami z Lechii Gdańsk przed biegiem przełajowym Głosu Wybrzeża |
| Artykuł z gazety po starcie w Erfurcie – 1967r. |
| Zwiedzanie przed zawodami w Erfurcie 1967 r. |
| Zwiedzanie przed zawodami w Erfurcie 1967 r. |
| Zwiedzanie przed zawodami w Erfurcie 1967 r. |
| Zwiedzanie przed zawodami w Erfurcie 1967 r. |
| Bieg przełajowy o puchar Głosu Wybrzeża – Gdańsk |
| Po starcie w Jenie ( NRD) |
| Po starcie w Jenie ( NRD) |
| Przed treningiem w Gdańsku – stadion AWF w budowie |
| Jena ( NRD) przed startem na 1500m |
| Obóz kadry narodowej w Warnie rok 1969. Z lewej Henryk Szordykowski |
| Zurich, Szwajcaria, wycieczka przed mityngiem |
| Bieg przełajowy o puchar Głosu Wybrzeża – Gdańsk |
| Szklarska Poręba, Zakręt śmierci. Obóz kadry narodowej 1968 r. Pierwszy z lewej Jerzy Chromik |
| Olsztyn – przed pierwszym startem w życiu na 3000m. Z kolegą w strojach Doker Gdynia |
| Mityng w Erfurcie – start na 800m |
| Delegacja na zawody wojskowe Polska – Niemcy w barwach Zawiszy Bydgoszcz |
| Takie były nagrody za zwycięstwa – kryształy :) |
| Mistrzostwa Polski w biegach przełajowych – Sanok rok 1970
|

