Od kiedy zacząłem biegać, moim celem było przebiegnięcie dystansu 5 km w zawodach w średnim tempie 3’30’’/km. Oczywiście na początku było to raczej marzenie, później marzenie przerodziło się w zamierzenie. Minęło kilka lat a ja dalej walczę o 17’30’’ 😊. Dla wielu ambitnych biegaczy, szczególnie „pięknych dwudziestoletnich”, taki wynik to pestka. Dla mnie – duże osiągnięcie. Dla większości amatorów – nieosiągalny kosmos.
Nareszcie wiosna. Od kilku tygodni jest troszkę cieplej. Jak co roku, musimy cierpliwie czekać na temperatury powyżej 15 stopni. Czapka i rękawiczki cały czas pomagają mi w treningach. Wiatr, codzienny towarzysz treningowy w północnych rejonach kraju, nie daje o sobie zapomnieć.
Co u mnie?
W sumie jest dobrze. Biegam.
Błogosławię w myślach dzień, kiedy postanowiłem wstać z sofy i ruszyłem świńskim truchtem drogą w kierunku Rokitek. To była dobra decyzja, to wiem już od dawna. Trasę tę pokonywałem już pewnie z kilkaset razy i mimo, że czasami nudzi mi się, jestem pewien, że pobiegnę nią jeszcze wiele razy. Z czasem bieganie stało się moim nawykiem, codzienną potrzebą, czymś tak naturalnym jak oddychanie. Ten związek z bieganiem nie zawsze jest słodki. Endorfinki czasami są, ale najczęściej trwa wewnętrzna walka z diabełkiem o nazwie „niechcemisię”, „zmęczonyjestem”, „lepiejzjemczekoladę”. Szczególnie w tygodniu, kiedy po pracy – śpiący – marzę tylko o spędzeniu reszty dnia w pozycji horyzontalnej. Jakaś siła jednak nie pozwala nie biegać.
No dobrze, ale trochę konkretniej. W poprzednim wpisie anonsowałem rozpoczęcie sezonu startowego na początku kwietnia w Biegu Szpęgawskim (5km). Po bardzo spokojnie przetrenowanej zimie, nie oczekiwałem szałowego rezultatu w tym biegu i tak właśnie było. 18 minut na szybkiej trasie na kolana nie powala, ale jak na pierwszy start w sezonie było ok. Znając swój organizm wiedziałem, że taka mocna „piątka” podbije formę w górę i kolejne treningi będę wykonywał na wyższym poziomie, z większą intensywnością i mniejszym nakładem energii. Tak się stało.
Spuszczony z trenerskiej smyczy, w kolejną sobotę postanowiłem pójść za ciosem i polecieć kolejne mocne 5 km. Sopocka Wiosna na 5 – blisko domu, płaska trasa – żal było się nie sprawdzić. I rzeczywiście biegło się lepiej niż tydzień wcześniej w Szpęgawsku, a czas na mecie lepszy o kilka sekund. Szczerze mówiąc głównym powodem udziału w tych zawodach był test nowych butów Nike Zoom Vaporfly Next%, z karbonową wkładką. Co by nie powiedzieć, różnica w odczuciu dynamiki biegu pomiędzy tymi butami a takimi bez karbonu, jest bardzo wyraźna. Podczas tego biegu miałem wrażenie, że nogi i oddech nie nadążają nad sprzętem, który miałem na stopach. Niesamowita lekkość i odbicie od podłoża. Jeśli ktoś twierdzi, że „buty nie biegają”– kłamie.
![]() |
Ostatnie dwa tygodnie minęły mi na spokojnych treningach w tygodniu (ależ zaskoczenie😊) i mocniejszych jednostkach weekendowych. Dwie soboty z rzędu wykorzystałem na kluczowe treningi w przygotowaniach do startu na 10km (atest) w Toruniu, który odbędzie się 15 maja. Nie będę ściemniał, że nie myślę o zaatakowaniu PB (36’30’’) w tym biegu. Na pewno zrobię wszystko, aby dobrze się przygotować, a jak będzie – to się okaże.
Te ważne treningi, o których wspomniałem to biegane mocno 5 km w formie parkrunów, które pozwalają z optymizmem patrzeć na wiosenny sezon startowy. W trakcie parkrunu o wiele łatwiej jest zmusić organizm do wytężonej pracy, bo jest z kim biegać, no i oczywiście trochę się ścigać. 17’50’’ i 17’40’’ potwierdzają, że forma jest.
Mógłbym powiedzieć, że złamanie 17’30’’ w zawodach to tylko kwestia czasu, ale biegam już trochę i wiem, że to tak nie zawsze działa. Poza tym jak pisałem już kiedyś „wynik sportowy nigdy nie powinien być celem a raczej efektem. Celem zawsze powinna być zmiana siebie i rzeczy, które są słabe albo rozwój tego, co jest dobre. Jako efekt uboczny mogą pojawić się dobre wyniki”.
Tego się trzymam😊
GG







.png)