(…) Kolejny krok do przodu. Mały, ale jednak do przodu. Chwilę odpocznę i wracam.
Tak zakończyłem ostatni wpis.
Po zrealizowaniu zadania w Toruniu i urwaniu kolejnych kilkunastu sekund z życiówki na 10 kilometrów w połowie maja, trochę „zeszło ze mnie powietrze”. Nie miałem ochoty na mocne treningi, czułem się trochę podmęczony fizycznie. Postanowiłem więc zrobić sobie tydzień regeneracyjny. O rezygnacji z biegania nie było oczywiście mowy. Nie w maju, kiedy pogoda zaczyna być coraz przyjemniejsza i można wreszcie polatać „na krótko”. Truchtałem sobie, delektując się pięknem przyrody w lesie, wdychając zapachy kwitnącego bzu i rzepaku. Bajeczka😁.
Wszystko co piękne, szybko się kończy. Na horyzoncie kolejne zawody, trzeba było więc wrócić do lekkiego bodźcowania organizmu. Zastanawiałem się, czy będę w stanie jeszcze trochę podbić formę na wiosnę. W głowie zaczęła kołatać mi myśl, aby jeszcze raz zaatakować PB na 10 km.
Okazja do podjęcia próby była więcej niż oczywista – Bieg Papiernika w Kwidzynie na początku czerwca. Dylematy związane z uczestnictwem w tym biegu były dwa:
1. Pogoda – z racji terminu, bieg zazwyczaj odbywa się w upalnych warunkach. Lubię śmigać w cieple, wiadomo jednak, że przy 25-30 stopniach bieganie na maxa może być niebezpieczne dla zdrowia. Trudno o szczytową formę w takich warunkach.
2. Bieg Papieski w Pelplinie zaplanowany dzień po Papierniku. Dwa starty dzień po dniu to nie jest mądry pomysł i raczej nie stosuję tego typu „wyczynów”. Bieg Papieski inauguruje Grand Prix powiatu tczewskiego, które stanowi dla mnie jeden z głównych celów w tym roku. Udział w tych zawodach miałem wpisany do kalendarza już dawno i nie chciałem z niego rezygnować.
Problem z pogodą rozwiązał się sam. Już na kilka dni przed startem było wiadomo, że upału na Papierniku nie będzie. Prognozy pogody zapowiadały około 20 stopni, co mnie bardzo cieszyło. Nawiasem mówiąc, pogoda w maju była jak dla mnie do bani tzn. zdecydowanie za zimno. Na niektóre treningi zakładałem rękawiczki – serio😂.
Nie pozostało nic innego, jak spokojnie sobie trenować. Decyzja, odnośnie udziału w obu lub którymś z tych biegów, miała zapaść w ostatniej chwili. W sobotę poprzedzającą czerwcowy biegowy weekend zrobiłem mocny trening – test na 5 km w ramach parkrun. Okazało się, że forma nie uleciała, wręcz przeciwnie😅.
Warto wspomnieć, że tczewska lokalizacja parkrun jest jedną z najlepszych w Polsce (o ile nie najlepszą?), jeśli chodzi o frekwencję. Dla wielu moich biegowych kolegów i koleżanek uczestnictwo w cosobotnim parkrunie stanowi obowiązkowy punkt biegowego weekendu. Sam także dość często lubię sponiewierać się na kultowej – nadwiślańskiej 5-tce, której znakiem rozpoznawczym jest wmordewind na nawrotce. Raz na jakiś czas organizowane są eventy, mające na celu pobicie rekordu uczestników. Tego typu akcje mobilizują wielu ludzi, także tych, którzy na co dzień nie uprawiają żadnej aktywności fizycznej. Tak sobie pomyślałem, że obecne ceny benzyny (ciekawe, kiedy pęknie granica 10 PLN za litr), to idealna okazja do tego, aby częściej korzystać z własnych nóg albo z roweru. Chyba nie tylko ja doszedłem do takiego wniosku, bo niedawno po raz kolejny został pobity rekord frekwencji w ramach parkrun Tczew. Może to świadczyć o tym, że potrzeba zamiany czterech kółek na dwie nogi w narodzie rośnie. I bardzo dobrze😀.
Dlaczego uważam, że startowanie dzień po dniu to nie jest dobry pomysł? Jeśli chodzi o mnie, z zasady nie uznaję tzw. startów treningowych. Gdy już staję do rywalizacji, staram się pobiec na tyle, na ile mnie danego dnia stać. Po to są zawody, aby je celebrować i traktować jako swego rodzaju święto. Do tego dochodzi kwestia mobilizacji, skupienia przed biegiem, ale także zdrowia. Znając swój organizm wiem, że każdy start zostawia swój mocny ślad w postaci zmęczenia, którego na pierwszy rzut oka nie widać. Szczerze zazdroszczę chłopakom, mogącym bez uszczerbku dla zdrowia i formy lutować po 2 a nawet 3 biegi w weekend. W moim przypadku skończyłoby się to szybkim wyeksploatowaniem organizmu i kontuzją. Wiem o tym, pesela nie oszukasz😆. Miałem nadzieję, że to „głupstewko”, które zamierzałem zrobić, ujdzie mi na sucho.
PAPIErnik
Do Kwidzyna pojechaliśmy autokarem, w sile ponad 30 biegaczy z Biegającego Tczewa. Czas w podróży bardzo miło upływał na pogawędkach w gronie zaprawionych w bojach biegaczy. Przedstartowe śmichy-chichy i nim się człowiek zorientował, trzeba było ubierać się w strój startowy i rozpocząć rozgrzewkę.
Nóżka luźna, warunki sprzyjające, postanowiłem realizować założenia. W głowie nastawienie tylko na walkę o jak najlepszy czas. Tradycyjnie razem z Andrzejem ruszyliśmy żwawo, ale nasze zapędy zostały dość szybko powstrzymane i zostaliśmy przyblokowani. Kto biegał Papiernika ten wie, że start z bieżni i i kółeczko przed wybiegnięciem w miasto to złe rozwiązanie – przynajmniej dla ścigaczy. Biegło się dobrze. Słonko przygrzewało, ale w porównaniu do poprzednich edycji, w których brałem udział, nie było najgorzej. Spodziewałem się lepszej trasy, ona także chyba uległa zmianie. Było kilka wbiegów na wiadukty, sporo zakrętów i zmian kierunku biegu. Nie przepadam za taką trasą, mimo to trzymałem dobre, w miarę równe tempo. Ostatni kilometr prowadził w dół, więc puściłem nogi. Oj, takie końcówki to ja lubię😃. Ostatecznie zegar na mecie zatrzymał się dla mnie z czasem netto 36’25”. Zegarek wskazał mi dystans o 80 metrów dłuższy i gdyby nie to, byłoby nowe PB. Liczy się jednak oficjalny rezultat, więc nowej życiówki nie było.
![]() |
| Świeżość w kroku na finiszu niczym Irena Szewińska :) |
Czy jestem zadowolony z tego biegu? Tak i to bardzo. Utwierdziłem się w przekonaniu, że mój aktualny poziom to bieganie dychy w granicach 36 minut z lekkim hakiem. Kolejny bieg w moim wykonaniu w średnim tempie 3’37/km to oczywiście nie spełnienie marzeń, ale potwierdzenie kolejnego kroku naprzód w mojej biegowej przygodzie. Szkoda, że większość dystansu biegłem sam. Wynik byłby o kilkanaście sekund lepszy, gdybym biegł z kimś albo za kimś. Wiadomo – gdyby babcia miała wąsy….
Po biegu ruszyliśmy z Andrzejem „w miasto”😉, w poszukiwaniu pizzerii. Obaj mieliśmy zaplanowaną powtórkę następnego dnia w Pelplinie – Bieg Papieski 10km. Potrzebą chwili była więc konieczność szybkiej regeneracji i uzupełnienia utraconych kalorii. Na koniec grupowa fotka i powrót do domu. Podróż powrotna upłynęła w atmosferze wyciszenia. Widać było, że cała ekipa Biegającego Tczewa odczuwa trudy zawodów. To znaczy, że nikt się nie oszczędzał na dystansie😎.
PAPIEski
Dobrze się czułem po biegu w Kwidzynie, więc nie było wymówki. Jedziemy zatem do Pelplina w niedzielne popołudnie. Plan na ten bieg był u mnie zgoła inny, niż dzień wcześniej. Tutaj nie liczył się czas, w którym pokonam dystans, tylko pozycja na mecie i klasyfikacja M40. Typowy bieg na miejsca. Wiedziałem, że biegnie kolega, który aktualnie jest mocniejszy ode mnie, więc nastawiałem się na walkę o drugie miejsce w kategorii i jak najlepsze miejsce w open. Chciałem zacząć dość mocno, aby wypracować sobie bezpieczną przewagę, mniej więcej do 6-7 kilometra i kontrolować pozycję, bez „żyłowania”, w końcówce. Zastanawiałem się jak zareaguje organizm na dwa wyścigi dzień po dniu.
Po starcie pierwsza piątka zawodników dość szybko się oddaliła. Biegłem w drugiej grupie wraz z kilkoma chłopakami. Po chwili znowu jednak musiałem lecieć sam. Najważniejsze, że przedstartowy plan udało się dość łatwo zrealizować. Druga część dystansu to kontrolowanie sytuacji. Ostatni kilometr mogłem już przebiec na luzie, przybijając piątki z kibicami. Bieg ukończyłem na 6 miejscu. Robota wykonana. Średnie tętno z zawodów niższe o 3 uderzenia/min niż dzień wcześniej, czyli tak, jak miało być.
Pakiet startowy. Na bieg w Pelplinie zapisałem się późno, bo na 3 dni przed startem. Dostępne były już tylko miejsca bez pakietu, tzn. medalu, koszulki itp. Bardzo mi to pasowało. Pisałem już o tym parę razy, że te biegowe gadżety nie są mi potrzebne do tego, aby wziąć udział w danej imprezie. Chciałbym, aby organizatorzy innych biegów także stosowali takie rozwiązanie.
Druga, ważniejsza, sprawa to kibice. Jako grupa Biegający Tczew jesteśmy bardzo widoczni i rozpoznawalni na wielu imprezach. Żółto-pomarańczowa husaria od wielu lat bryluje na trasach biegowych. Są też takie akcje jak w niedzielę, gdzie duża grupa zawodników w klubowych barwach wybrała się na wycieczkę rowerową z Tczewa do Pelplina, aby dopingować nas – biegnących. Bardzo fajnie biegnie się przy takim dopingu, jaki słyszeliśmy z Waszej strony. Szczególnie na końcowym podbiegu, obecność kibiców dodawała sił. Człowiek od razu prostował sylwetkę, żeby głupio nie wyglądać😉.
Tyle zapamiętałem z ostatnich tygodni i minionego weekendu. Wspaniale jest mieć pasję i móc ją realizować. Do zobaczenia😁.









