Druga połowa czerwca to tradycyjnie zakończenie pierwszej – wiosennej części sezonu startowego. Staram się zachowywać ten naturalny rytm, w którym po zimowym okresie przygotowawczym, następuje wiosenny czas startów, a po nim przygotowanie do biegowej jesieni. Zgodnie z przyjętą strategią na ten sezon, ograniczyłem ilość występów, skupiając się na zawodach, w których chciałem osiągnąć dobry wynik sportowy, oczywiście na miarę aktualnych możliwości😆. Mogę powiedzieć, że jestem zadowolony z pierwszego półrocza. Gdybym stwierdził, że nie miałem dobrej formy i słabo się biegało – powiedziałbym nieprawdę. Paradoksalnie, konieczność ograniczenia treningów w lutym i marcu, ze względu na zmianę pracy, przyniosła mi więcej pożytku niż szkody. Po raz kolejny potwierdziło się, że więcej nie znaczy lepiej.
Startowałem na wiosnę 3 razy w zawodach na 5 km i 3 razy 10 km. Czyli można powiedzieć, że dalej „piłowałem” dystanse, które najbardziej lubię i do których mam naturalne predyspozycje. Pewnie niektórzy zastanawiają się dlaczego nie biegam maratonu. Odpowiedź jest bardzo prosta. Na razie nie „czuję” tego dystansu. Co prawda kila lat temu przebiegłem królewski dystans w Poznaniu, ale jakoś nie „zakochałem się” w maratonie. Poza tym czuję, że jeszcze mam dużo do zrobienia w krótszych biegach. Szkoda mi klepać kilometry do maratonu, wiedząc, że mam spore rezerwy na dystansach, które wymagają trochę innego – bardziej dynamicznego treningu.
Na podsumowania jednak nie pora.
Dzisiaj chciałem napisać o biegu Tczew na 5 km z atestem PZLA, który zwieńczył moje wiosenne biegowe zmagania. Sama nazwa zawodów, choć odnosi się do dystansu, który był do pokonania, wspaniale oddaje poziom organizacyjny i klimat zawodów. W moich wpisach często chwalę imprezy organizowane w Tczewie. Zastanawiałem się czy powinienem kolejny raz odnosić się do tego tematu, ale TT wraz z ekipą przygotowującą zawody nie pozostawili mi wyboru☺. Wielkie brawa i podziękowania dla Was. Trochę tych biegów w swoim życiu już mam na koncie, więc mam dość dużą bazę do porównań. Pozostaje mi chyba tylko napisać, że najlepsze biegowe imprezy odbywają się w Tczewie, co do tego nie mam wątpliwości.
Żeby nie było, że jestem jak ta „sroka, która swój ogonek chwali”. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to byłyby to trasy biegów. Według mnie nie sprzyjają one uzyskiwaniu dobrych wyników. Rozumiem oczywiście, że ze względów organizacyjnych i wizerunkowych bulwar jest pewnego rodzaju kompromisem. I wszystko byłoby super, gdyby nie fragment „czyżykowski”, którego osobiście nie lubię – ze względu na nawierzchnię. Za każdym razem mam wrażenie, że skręcę kostkę, biegnąc po nierównym chodniku czy płytach. Tylko tyle.
Tczew na 5 z atestem PZLA to zawsze dla mnie jeden z najważniejszych biegów w sezonie. W tym roku także chciałem pokazać się z jak najlepszej strony na „swoich śmieciach”. Dlatego wszystkie treningi w czerwcu były podporządkowane temu startowi. Bardzo lubię wieczorne zawody, nastawiałem się więc na ostre ściganie. Warunki do startu – wymarzone….. 29 stopni… nie, no żartuję… Nawet dla takiego „ciepłoluba” jak ja, temperatura była odczuwalna😉. Nie po to jednak czekam cały rok na lato, żeby teraz narzekać na upał.
Plan na bieg – 17’30”, czyli średnie tempo 3’30”/km. Wiedziałem, że muszę zacząć trochę szybciej niż docelowe tempo, bo trzeci kilometr przebiegał przez wspomnianą wcześniej fatalną nawierzchnię. Strata kilku sekund na tym odcinku była nieunikniona. Nie ma się co za bardzo rozpisywać, bo to był krótki bieg. Wspomnę tylko, że plan zrealizowałem w 100%. Bardzo się cieszę, że w tych trudnych warunkach i na niełatwej trasie urwałem kolejnych kilka sekund z rekordu życiowego. Naszła mnie taka refleksja, że jeśli dalej będę w tak wolnym tempie poprawiał życiówki, to na wymarzone sub 17’00” przyjdzie mi czekać co najmniej do 2035…😁😂.
Co dalej?
To pytanie zawsze musi zmącić przyjemne chwile początku lata. Jeśli jesienią ma być dobre bieganie, wypadałoby zastanowić się nad docelowymi startami i zaplanować przygotowania. Szczerze powiedziawszy, najchętniej dalej bym siedział sobie w moim grajdołku i łoił piątki i dyszki, tak jak do tej pory. „Niestety” mam niewyrównane rachunki z półmaratonem, który jest dla mnie bardzo wymagającym dystansem. Myślę, że to będzie ambitne wyzwanie, aby ponownie stanąć w szranki z „połówką” i spróbować ją okiełznać. Na razie nie jestem jakoś super optymistycznie nastawiony, ale cel jest i to jest w tym momencie najważniejsze. Gdańsk 02.10.2022. Swoją drogą w październiku mam zamiar przebiec 2 półmaratony, to tak na marginesie:).
Póki co, nie zaprzątam sobie głowy żadnymi przygotowaniami. Zamierzam cieszyć się letnim bieganiem, przeplatanym innymi aktywnościami i mam nadzieję, że będzie gorąco. Przeglądałem niedawno kalendarz biegowy i naprawdę jest z czego wybierać. Lato, a w szczególności jesień obfitują w zawody. Może gdzieś się wybiorę :).
Błogich, słodkich i udanych wakacji!






