Sierpień jest fajny // 19.08.2022

 

Lubię czytać recenzje zegarków biegowych, jest ich mnóstwo w internecie. Nie dlatego, że jestem pasjonatem gadżetów, wręcz przeciwnie. W bieganiu cenię sobie nieskomplikowanie, prostotę wynikającą z jego naturalnej formy, dostępnej dla każdego. Nie potrzeba wiele, aby wyjść na dwór i zacząć biec. Pod tym względem korzystanie np. z siłowni jest o wiele bardziej wymagające logistycznie. Lubię czytać zegarkowe recenzje, bo za każdym razem zastanawiam się „po jaką cholerę” producenci umieścili w swoich produktach tyle „przydatnych” funkcji. Żeby nie było: nie jestem starym dziadem, który cały czas wspomina jak to kiedyś było dobrze. Lubię nowinki, uwielbiam analizy, zresztą zawodowo się nimi zajmuję od kilkunastu lat. Nie jestem jednak zwolennikiem technologii, które nie mają praktycznego zastosowania.

Do najdziwniejszych, niezwykle przydatnych funkcji zegarków biegowych zaliczam „odchylenie pionowe” i „odchylenie do długości”. Za każdym razem zastanawiam się, kto i po co miałby analizować takie dane w swoim treningu. To tylko przykłady pierwsze z brzegu. Jest wiele innych intrygujących funkcji w bardziej zaawansowanych modelach, jak monitoring snu z podziałem na fazy czy system wspomagający utrzymanie energii podczas biegu. Cudownie, zawsze marzyłem o tego typu wspomagaczach i pewnie zamiast trenować mogłem kupić sobie droższy zegarek z bajerami. Ciekawe, że większość osób „zajaranych” na punkcie zegarków z wypasionymi funkcjami to osoby, którym do treningu wystarczyłby stoper, mierzący czas wysiłku, plus ewentualnie  pulsometr.

No dobra, to tylko taki mały michałek☺☺.

Po lipcowych biegowych wakacjach, w sierpniu trzeba było zabrać się za bardziej usystematyzowany trening. Ci z Was, którzy czytali poprzedni wpis, być może pamiętają, że w tym roku bardzo ograniczyłem letnie starty, skupiając się na przygotowaniach do biegowej jesieni. Tak się zastanawiam, czy sam siebie nie oszukuję, bo ostatnio ochoty na udział w zawodach nie mam wcale. W związku z tym, opcja przygotowań bez startów, którą sam sobie lansuję, idealnie wpisuje się w przyjętą strategię😁.

Schemat treningów, który stosuję w cyklu przygotowawczym, ma zazwyczaj podobny rozkład poszczególnych jednostek. Oczywiście różne sytuacje życiowe czasami zmuszają mnie do modyfikacji, zasada jest jednak taka:

Niedziela – długi bieg 20-25km kształtujący wytrzymałość (tempo narastające BC1/BC2 i BC3). Alternatywnie wykonuję trening wytrzymałości tempowej – odcinki 5×2km/4×3km/3×4km. Jest to główny akcent w tygodniu.

Poniedziałek – ćwiczenia ogólnorozwojowe, wzmacniające w domu. Aktywna regeneracja.

Wtorek – spokojny bieg na samopoczucie 10-12km w 1 zakresie.

Środa – trening interwałowy, najczęściej w formie zabawy biegowej (10×1,5’/2′, 10×2’/2′ itp.), wykonywany w terenie crossowym na podbiegach i zbiegach albo krótkie odcinki (400-800m) biegane na stadionie. Drugi ważny trening, ale nie tak mocny jak niedzielny.

Czwartek – powtórka z wtorku

Piątek – wolne

Sobota – lekkie pobudzenie przed niedzielą, najczęściej w formie podbiegów 10x100m lub przebieżek wplecionych w rozbieganie.

Taki układ najbardziej mi pasuje i jest dla mnie optymalny. Tak naprawdę treningi w całym tygodniu mają na celu przygotowanie organizmu do „niedzieli”, która jest kluczowa. Idealnie by było, aby te jednostki były wykonywane z tygodnia na tydzień z coraz większą swobodą i w szybszym tempie. Z tym jest różnie.

Jeśli trening niedzielny z jakiś powodów muszę przesunąć na inny dzień (tak było np. w trakcie długiego weekendu sierpniowego), zmianie ulega cały schemat tygodnia. Odpowiednio długie przerwy pomiędzy akcentami (Pesela nie oszukasz😜), to w moim przypadku konieczność. 

Pewnie powinienem teraz napisać jak bardzo jestem zadowolony z przygotowań do jesieni lub wręcz przeciwnie, w jakiej treningowej czarnej d..ie jestem. Tego ode mnie nie usłyszycie.  Nie dlatego, że nie chcę się podzielić swoimi odczuciami, ale dlatego, że to w tej chwili nie ma większego znaczenia. Wychodzę z założenia, że wynik w zawodach zweryfikuje skuteczność treningu. Co mi po „treningach życia”, o których czasami czytam w relacjach w social mediach niektórych kolegów, jeśli „w meczu” nie pokażę formy na boisku?

Wieczory upływają mi obecnie na podziwianiu lekkoatletów, startujących w Mistrzostwach Europy. Z „zazdrością” patrzę szczególnie na biegaczy i biegaczki, mknących po bieżni niczym gazele. Piękno ludzkiego ciała w trakcie biegu jest fascynujące. Nam – entuzjastom biegania – pozostaje mozolna praca nad doskonaleniem własnej techniki biegu. Istnieje wiele sposobów na jej poprawienie. Najskuteczniejsze z nich, według mojej opinii, są 2 poniższe:

– nadbiegający z naprzeciwka inny biegacz (najlepiej jeśli jest to ktoś
znajomy)

– fotograf robiący nam zdjęcie podczas zawodów

W obu tych przypadkach sylwetka jakby instynktownie się prostuje, krok staje się bardziej sprężysty, przez co wydaje się (nieważne, że tylko przez chwilę), że bieganie nie sprawia nam wysiłku. Właśnie o tę swobodę, legendarną „świeżość w kroku” trzeba nieustannie walczyć. Tak myślę😏.

Nic więcej już dzisiaj nie wymyślę. Wszystkim udręczonym upałami i duchotą chciałbym życzyć udanej końcówki lata i owocnej biegowej jesieni.

Fotka lipcowa:)