Dobra forma miała nadejść na przełomie września i października i szczęśliwie przyszła. Będąc szczerym, jeszcze kila dni temu nie postawiłbym wszystkich swoich pieniędzy na to, że tak się stanie. Samopoczucie od kilku tygodni takie sobie. Niby wszystko ok, ale w środku coś uwiera. Trochę dobrze a trochę źle, jak to w życiu. Sportowo, zrealizowałem swoje małe biegowe cele i marzenia na ten sezon. Nie mogę być niezadowolony. Wręcz przeciwnie – jestem bardzo uradowany i szczęśliwy 😊.
Półmaraton Gdańsk – atest PZLA (02.10.2022)
Zacznę od półmaratonu, bo to impreza, którą już kilka miesięcy temu określiłem jako najważniejszą w jesiennym kalendarzu startów. Pod koniec czerwca, w jednym z postów na blogu pisałem tak:
„Co dalej? To pytanie zawsze musi zmącić przyjemne chwile początku lata. Jeśli jesienią ma być dobre bieganie, wypadałoby zastanowić się nad docelowymi startami i zaplanować przygotowania. Szczerze powiedziawszy, najchętniej dalej bym siedział sobie w moim grajdołku i „łoił” piątki i dyszki, tak jak do tej pory. Niestety, mam niewyrównane rachunki z półmaratonem, który jest dla mnie bardzo wymagającym dystansem. Myślę, że to będzie ambitne wyzwanie, aby ponownie stanąć w szranki z „połówką” i spróbować ją okiełznać. Na razie nie jestem jakoś super optymistycznie nastawiony, ale cel jest i to jest w tym momencie najważniejsze. Gdańsk 02.10.2022”.
No właśnie, dla mnie im dłuższy dystans, tym większe wyzwanie, aby się do niego dobrze przygotować. W bieganiu długodystansowym zawsze miałem większe predyspozycje do dystansów 5km i 10km niż do półmaratonu i maratonu. Z fizjologicznego punktu widzenia prawdopodobnie (nigdy tego nie badałem), mam do dyspozycji w mięśniach więcej włókien szybkokurczliwych niż wolnokurczliwych. Z tego względu dystanse krótsze i bardziej dynamiczne są dla mnie mniej wymagające niż te bazujące na wytrzymałości.
Stając na starcie półmaratonu (to był mój czternasty występ na 21km z hakiem), zawsze dygoczą mi łydki ze zdenerwowania. Wiem, że końcówka nie będzie przyjemna i trzeba będzie popracować głową, prowadząc monolog z samym sobą. Ten element wytrzymałościowy, czyli umiejętność utrzymania równego, mocnego tempa przez całe 21 kilometrów, nigdy nie był moją najsilniejszą stroną. Oczywiście wiem w jaki sposób należy trenować wytrzymałość tempową do połówki. Kłopot w tym, że ja nie przepadam za długimi biegami w 2 i 3 zakresie, które najlepiej sprawdzają się w
przygotowaniach do półmaratonu.
No, to tak z grubsza tyle teorii. Teraz do rzeczy.
Ostatni mocny trening do gdańskiej połówki zrobiłem w połowie września (2x6km na przerwie 5min). Pisałem też o tym w poprzednim wpisie. Miał on odpowiedzieć na pytanie czy będę w stanie przebiec półmaraton w średnim tempie 3’50’’/km, co stanowiłoby postęp o 5 sekund na kilometr w stosunku do mojego aktualnego najlepszego biegu na tym dystansie. Jak łatwo policzyć, marzyło mi się poprawienie życiówki o prawie 2 minuty. Dość ambitnie, szczególnie, że dotychczas udawało mi się bić życiówki na różnych dystansach o góra kilkanaście sekund. Nie mam na swoim koncie
spektakularnych progresów wynikowych, jestem raczej jak ta pracowita pszczółka. Co i rusz donoszę do ula pyłek, z którego powstaje pyszny miód. Mam nadzieję, że zrozumieliście moją metaforę 😊.
Drugą połowę września przeznaczyłem na starty (w sumie dwa), które miały stanowić finalny szlif przed występem galowym w Gdańsku. O nich opowiem później. Wspomniałem już, że starty te nie nastrajały mnie jakoś super optymistycznie przed półmaratonem. W związku z tym zmieniłem mój przećwiczony wielokrotnie schemat tygodnia przedstartowego. Zamiast ograniczenia kilometrażu o około 10-15% i wykonania treningu na mięśniowe pobudzenie przedstartowe (np. żwawo 10 x 400m na bieżni), postawiłem na maksymalną regenerację. Zaliczyłem tylko 3 krótkie – 8 kilometrowe rozbiegania (śr. 4’50’’-5’00’’/km), w tym jedno z przebieżkami 8x100m.
Czekałem na ten półmaraton trochę jak na ścięcie i im bliżej startu, tym bardziej chciałem, żeby już było po biegu. Całą sobotę „wcinałem” makaron i inne ciastka, drożdżówki, banany. Bak z glikogenem załadowany był pod korek 😊. Gdy w niedzielę rano dotarliśmy na start, który zlokalizowany był na stadionie Lechii, czuć było już atmosferę dużego wydarzenia sportowego. Pomysł z ulokowaniem miasteczka biegowego oraz startu/mety w tak charakterystycznym miejscu jak stadion, to strzał w dziesiątkę. Byliśmy na miejscu na tyle wcześnie, że spokojnie wypiliśmy kawkę i poczilowaliśmy. Wszędzie pełno znajomych, atmosfera biegowego święta. Na rozgrzewce noga luźna, tylko ten wiatr…
Ogólnie warunki pogodowe w trakcie biegu oceniam jako dość dobre, w skali szkolnej na czwórkę z minusem. Odniesieniem złych warunków pogodowych jest dla mnie zawsze słynny orkan Grzegorz, z pamiętnego półmaratonu w roku 2017 😊. Tamtej wichury nie da się porównać z niczym. W niedzielę wiatr był odczuwalny, choć tragedii nie było. Początek spokojnie, postanowiłem rozpocząć około 3’52’’/km. Z Letnicy pobiegliśmy do Gdańska – do centrum, dość szybko złapałem dobry rytm. Nim się nie obejrzałem a dobiegliśmy do ECS-u. Za Zieleniakiem była nawrotka na wiadukcie a za nim długi, chyba 8 kilometrowy odcinek Aleją Grunwaldzką, aż do Oliwy. Tutaj wiatr rozdawał karty.
Fajnie było biec główną arterią, mijając po drodze Operę we Wrzeszczu i inne budynki, które tak dobrze znam z perspektywy chodnika. Pamiętam, że z daleka wypatrywałem Hamptona w Oliwie, którego mijaliśmy chyba na 13 kilometrze. Na trasie wspomagałem się żelkami – miśkami i cukrem, który miałem w małej paczuszce w kieszeni😊. Jakoś nie mogę przekonać się do żeli. Kilometry wchodziły ładnie, równo, większość lekko poniżej 3’50’’/km. Najprzyjemniejszy odcinek biegu wiódł po skręcie w prawo w Pomorską a następnie wzdłuż Falowca na Obrońców Wybrzeża. Było cały czas lekko z górki i nie było czuć wiatru, czyli prawdopodobnie wiało w plecy. Wtedy poczułem, że to się może udać, chociaż do mety było jeszcze daleko. I rzeczywiście, nie trzeba było długo czekać a na 18 kilometrze oddech stał się coraz cięższy a nogi już tak ładnie nie kręciły, jak wcześniej. To był ten moment na motywacyjną rozmowę z samym sobą 😊.
Trochę się przestraszyłem, bo zaczęły łapać mnie skurcze w łydce i poczułem napięcie w przywodzicielach uda. Myślałem sobie: Panie Boże tylko nie teraz, jak do mety zostało już tak niewiele i lecę na piękną życiówkę. Trochę „rzeźby” było na końcu i nie jestem zadowolony z ostatniego fragmentu. Nie pierwszy raz lekko poskładało mnie w końcówce półmaratonu i muszę zastanowić się jak to zmienić. Ostatni kilometr przebiegłem ekonomicznie, bez ryzyka bo i nie było z czego depnąć.
Oficjalnie: 1:21’06’’ (średnie tempo 3’49’’/km) poprawione z 1:22’50’’ bardzo mnie ucieszyło. Chociaż wracając do domu, już w samochodzie zastanawiałem się, co mogłoby pójść lepiej. Najważniejsze w tym momencie, że wyrównałem swoje prywatne rachunki z półmaratonem i nowy rekord życiowy oddaje mój faktyczny poziom jako wszechstronnego biegacza – amatora (chociaż
może lepszym określeniem będzie słowo pasjonat albo zapaleniec 😊).
![]() |
| Ostatni wiadukt :) |
Bieg Wilka Kociewskiego – 5km –atest PZLA (18.09.2022)
Nim doszło do przyjemnego finału pierwszej niedzieli października, chciałbym opowiedzieć Wam o tym, co działo się wcześniej.
Początkowo planowałem wystartować w Biegu Westerplatte na 10km, który odbywał się w tym samym dniu co Bieg Wilka. Mając w perspektywie półmaraton i Lubiszewską Dychę, w której musiałem pobiec ze względu na udział w Grand Prix, stwierdziłem, że dwie „dychy” tydzień po tygodniu przed połówką mogą być zbyt ryzykowne. Dodatkowo kusiła mnie oczywiście opcja poprawienia życiówki na 5km – dystansie którego będę gorącym orędownikiem do końca życia.
Ten start miał być preludium przed daniem głównym i z perspektywy czasu stwierdzam, że podjąłem bardzo dobrą decyzję jadąc do Skórcza na leśną – asfaltową 5-tkę. Idealna pogoda, bezwietrznie, płaska trasa wymierzona prawie co do centymetra. Nic tylko popylać ile fabryka dała. Jedyne co przeszkadzało, to nawrotka na półmetku, gdzie trzeba było bardzo mocno zwolnić. Wiem jednak, że tutaj nie było możliwości innego rozwiązania.
Przed biegiem myślałem o wyniku 17’15’’, z którego byłbym mega zadowolony. Brałem jednak w ciemno każdy rezultat poniżej 17’30’’. Dystans w zawodach na 5km jest ponad 4 razy krótszy niż w półmaratonie, więc nie ma aż tak dużo do opisywania 😊. Piątki w moim przypadku zazwyczaj wyglądają podobnie: do połowy dystansu biegnie się w miarę ok, a później rozpoczyna się walka o każdy oddech, która trwa aż do mety. Dobiegłem w czasie 17’25’’ – zadowolony z poprawionej życiówki, chociaż z lekkim niedosytem, czyli standard. Było też podium w kategorii wiekowej, więc wyjazd w pełni udany. Nawet wylosowałem drobną nagrodę, co zdarzyło mi się drugi raz w życiu 😊.
Wszystkim, którym zależy na mocnym ściąganiu na dystansie 5km, bardzo polecam ten bieg ze względu na super trasę. Podejrzewam, że nawet jak jest wiatr, to nie jest to mocno odczuwalne, bo trasa jest osłonięta przez wysokie drzewa.
Lubiszewska Dycha – 10km (24.09.2022)
Co tu dużo pisać, impreza domowa nie może być nieudana. Jak zawsze super atmosfera, muza puszczana przez DJ, pogawędki ze znajomymi, autografy, wywiady dla prasy i telewizji. No, może trochę się zagalopowałem…😊. Trasa biegu lubiszewskiej dychy to, można powiedzieć, takie nasze tczewskie Iten. Teren mocno pagórkowaty, wymagające podłoże, idealne miejsce na biegi crossowe. Dla mnie okolica, gdzie trenuję najczęściej. W tym roku nie było nagród finansowych w kategoriach wiekowych, w związku z tym tłok na starcie był jakby mniejszy😊.
Plan na bieg – zająć jak najwyższe miejsce jak najmniejszym kosztem, pamiętając o czekającym półmaratonie tydzień później. Plan całkiem dobry – tylko jak to miało wyglądać w praktyce? Okazało się, że już po około dwóch kilometrach po starcie wszystko było „pozamiatane”. Przede mną trójka zawodników, których szybko straciłem z radaru, za mną nikogo, także w dużej odległości. Biegłem tak sobie więc na czwartym miejscu, starając trzymać w miarę mocne tempo. Samotny bieg nie ułatwiał mobilizacji, pozostało mi po prostu dolecieć do mety we względnym komforcie.
Niewątpliwym atutem naszych lokalnych biegów jest ilość zdjęć, jaką mam po każdych zawodach. Myślę, że wiele osób może powiedzieć to samo. Ja kataloguję fotki biegowe i w zimne listopadowe wieczory wracam wspomnieniami do minionych startów. To, co fotografowie (dzięki Michał, Patryk) wyczyniają ze swoim sprzętem, to mistrzostwo świata😊. Dla samych tylko fotek warto stanąć na starcie biegu.
Ten bieg mocno dał mi się we znaki a następnego dnia zrobiłem jeszcze z Patrykiem S. 17km rozbiegania po lesie. Przez następne kilka dni tętno spoczynkowe utrzymywało się na podwyższonym poziomie, z tego też powodu cały tydzień przeznaczyłem na regenerację. Ale o tym już pisałem na początku wpisu.






