![]() |
| Fot: Domelonzo Photography |
Po udanym półmaratonie w Gdańsku na początku października, chwilę zastanawiałem się nad tym jak wykorzystać czas do kolejnego zaplanowanego celu, którym był Półmaraton Nadwiślański Szlakiem Doliny Dolnej Wisły. Stwierdziłem, że skupię się na treningu i w tym 4 tygodniowym okresie pomiędzy zawodami nie będę nigdzie startował. Trochę dziwnie się z tym czułem, bo jestem jednym z tych, którzy lubią rywalizację w zawodach i to napędza mnie do ciągłej pracy nad poprawą formy. O matko, ale to zabrzmiało coachingowo…. 😊. Tak czy siak, dwa półmaratony w jednym miesiącu to jak dla mnie wystarczająca dawka sportowych wyzwań. Nie było więc sensu „wciskania” dodatkowych startów kontrolnych.
Co istotne dla mnie, nie potrzebowałem mocno bodźcować organizmu ani podbijać formy startami na krótkich dystansach. Wiedziałem, że praca, którą wykonałem w ostatnich miesiącach, przynosi dobre efekty i forma po prostu jest. To się czuje. Moim zadaniem było więc, najogólniej mówiąc, postarać się tego „nie spieprzyć”… 😊. Od razu zaznaczam, że to nie jest „kozaczenie”, tylko realna i uczciwa samoocena. Jeśli forma jest do bani – również mam tego świadomość i niejednokrotnie pisałem o tym na blogu.
No dobra, przejdźmy do konkretów. Na początek mała analiza październikowych treningów. Wyglądało to tak, jak na poniższym zestawieniu:
Po starcie w Gdańsku – typowy tydzień regeneracyjny zakończony mocnym treningiem na rozruszanie kulasów i serducha – parkrun 5 km po 3’33’’/km. Od tego momentu zostały 3 tygodnie do tczewskiego półmaratonu, czyli 2 tygodnie w których można było coś pobiegać i ostatni tydzień na kumulację energii przedstartowej 😊. Na tym etapie sezonu nie ma co już za wiele eksperymentować w przygotowaniach, więc jak to zwykle u mnie, schemat treningów był bardzo prosty:
3 x niedziela – budowanie/podtrzymywanie bazy tlenowej (kolejno: 17km, 20km, 18km w formie długiego rozbiegania w lesie w 1 zakresie tętna)
2 x środa – trening wytrzymałości tempowej (3x3km w tempie półmaratonu/przerwa 90” oraz w kolejnym tygodniu 2x5km w tempie półmaratonu/przerwa 4′)
2 x sobota – trening wytrzymałości ogólnej (23km w tym 10 km BC1 4’52’’/km + 10km BC2 3‘58’’/km + 3km BC1 5’02’’/km oraz zabawa biegowa
12 x 1’/1’ w tempie biegu na 10 i 5 km wpleciona w 14km rozbieganie.
Wtorki i czwartki to spokojne biegi 10-12km BC1.
Najważniejszymi treningami były środowe tempa. Co prawda w pierwszym tygodniu chciałem zrobić 4x3km, ale po trzech odcinkach byłem już dość „ujechany” i zrezygnowałem z ostatniej trójki. Kolejna środa (2x5km) poszła już bardzo ładnie i byłem spokojny, forma nie uleciała. W tygodniu przedstartowym tylko środowe czterysetki i oczekiwanie na start. Muszę uczciwie przyznać, że w ostatnim okresie miałem możliwość wykonywania treningów w ciągu dnia, przy świetle dziennym. Uważam, że jest kolosalna różnica pomiędzy trenowaniem późnym wieczorem (tak jak do tej pory) a o „ludzkiej” porze, szczególnie jesienią czy zimą. Jeśli do tego dołożymy porządne wysypianie się, dużo łatwiej zbudować dobrą dyspozycję.
Dodatkowym smaczkiem niedzielnej maratońsko – półmaratońskiej combo imprezy była wirtualna rywalizacja Andrzeja i moja, której stawką było 3 miejsce w generalnej klasyfikacji Grand Prix Powiatu Tczewskiego. Andrzej jest maratończykiem, więc skupił się na swoim koronnym dystansie. Obaj w pięciu dotychczasowych biegach uzbieraliśmy identyczną ilość punktów, niedziela miała przynieść rozstrzygnięcie. Szczerze mówiąc dla mnie faworytem tej „potyczki” był Andrzej, który utrzymuje bardzo wysoką formę od kilku miesięcy. Dość powiedzieć, że niedawno nabiegał w Maratonie Warszawskim extra wynik – 2:56 😊. Oczywiście nie bez powodu używam słowa potyczka w cudzysłowie. Tak naprawdę to pozytywnie nakręcamy się wzajemnie, kibicujemy sobie i dzięki temu każdy z nas na tym korzysta. Bardzo się cieszę, że Andrzej w zeszłym roku wstąpił w szeregi Biegającego Tczewa. Jest z kim się ścigać 😏.
Motywację do szybkiego biegania miałem też, że tak to określę, z zewnątrz. Kolega Grzegorz, który prosił o anonimowość, napierał na mnie i przekonywał, że jeśli ja wskoczę na podium w klasyfikacji open, to zwolnię miejsce w kategorii wiekowej, dzięki czemu on zdobędzie upragnione pudło. Mam nadzieję, że niczego nie przeinaczyłem. W każdym razie Grzechu, tak jak się umawialiśmy, numer konta do przelewu już Ci wysłałem😅.
W końcu nadeszła niedziela. Ach cóż to był za dzień…
Po dotarciu autokarem na miejsce, pół godziny przed startem, rozpocząłem rozgrzewkę. To jest już czas, kiedy szukam wyciszenia i skupienia, z dala od fleszy. Próbowałem ułożyć sobie w głowie plan na bieg i zamierzałem rozpocząć po 3’50’’/km. Czas do wyznaczonej godziny startu jakoś tak szybko minął, że nie zdążyłem wykonać całej rozgrzewki. No nic. Trzeba było stanąć do rywalizacji i wykonać zadanie.
Pogoda – super, lekki wiaterek w plecy
Nastawienie – bojowe
Atmosfera – bajka
Noga – lekka
![]() |
| Fot: Patryk Niewiadomski – Foto |
W ogóle nie miałem w planie ataku na rekord życiowy, nie na tej trasie. Po starcie biegłem na 4 pozycji, praktycznie od samego początku było wiadomo, że to będzie samotny taniec do mety. Próbowałem trzymać się założeń i biec po 3’50’/km, ale się nie dało. Starałem się zwalniać, po chwili nogi same przyspieszały. Średnio wychodziło o 5 sekund za szybko na każdym kilometrze, w stosunku do planu. W okolicy 9 kilometra wyprzedziłem bardzo dobrego biegacza Adama, z którym w przeszłości, o ile dobrze pamiętam, wygrałem tylko raz. To oczywiście dodało mi 10% do motywacji. Perspektywa zajęcia 3 miejsca w tak dużym biegu była dla mnie tak odległa, że starałem się jak najbardziej odsuwać od siebie tę myśl. Powtarzałem sobie w myślach: wystarczy, że utrzymasz tempo, nie musisz biec szybciej.
Druga część trasy jest bardzo pagórkowata, więc naturalnie kilometry pokonywałem trochę wolniej. Czułem się dalej bardzo dobrze, wspomagałem się kostkami cukru (w sumie zjadłem 3). Trochę obawiałem się końcowych kilometrów, które w poprzednich półmaratonach pokonywałem już na dużym zmęczeniu. Tym razem nie miałem jednak kryzysu. Wiadomo, zmęczenie narastało, ale wiedziałem, że pudła już nie odpuszczę.
Widząc, że mam dobry dzień, gdzieś w okolicach 15-16km, zacząłem kalkulować i obliczać czy jest szansa na urwanie kilku sekund z życiówki. Wszystkie znaki na niebie wskazywały na to, że tak. Grzechem byłoby nie wykorzystać tej okazji. Do mety nie działo się już nic wielkiego. Teraz, gdy myślę o emocjach, które towarzyszyły mi w trakcie biegu, to do głowy przychodzi mi: spokój, wewnętrzna równowaga, skoncentrowanie na zadaniu. Chciałbym aby wszystkie biegi wyglądały w ten sposób 😊.
Finisz biegu i wbiegnięcie na metę jako 3 zawodnik półmaratonu w Tczewie to jedno z najlepszych przeżyć, związanych z bieganiem. Życiówka z Gdańska przetrwała tylko cztery tygodnie. W tym momencie czułem tylko spełnienie, wielką radość i niedowierzanie.
Podsumowanie zawodów i wręczenie nagród w Maratonie i Półmaratonie Nadwiślańskim to wydarzenie samo w sobie. Kto choć raz nie brał w nim udziału, niech żałuje. Jak co roku roku Master of Disaster TT w szczytowej formie. Nie pamiętam ile już razy wypowiadałem się na temat poziomu imprez biegowych organizowanych w Tczewie. Będę monotematyczny – Creme de la Creme.
Cóż więcej mogę napisać. Na tę chwilę jedno z moich biegowych marzeń się spełniło. Stanąłem na podium dużego biegu, dodatkowo w moim mieście. Naprawdę się tego nie spodziewałem. Wygląda na to, że konsekwentna, spokojna praca, wiara w siebie i długofalowy plan przynoszą efekty. Mógłbym napisać, że w końcu przynoszą efekty, ale tego nie zrobię. Trzymam się mojej filozofii czerpania małą łyżeczką, krok po kroku. Jest jeszcze tyle do przebiegnięcia… 😊.










