Dzisiaj będzie krótko i treściwie, bez długich opisów przyrody rodem z „Nad Niemnem” Orzeszkowej. Podobnie jak u większości biegaczy, ostatnim akcentem tegorocznego sezonu startowego był dla mnie udział w Biegu Niepodległości. Jeszcze w październiku zapisałem się na bieg w Gdyni, widząc, że forma dopisuje i przy odrobinie szczęścia oraz dobrej pogodzie będzie możliwość powalczenia o korzystny rezultat😁. A konkretnie mówiąc o urwaniu kolejnych kilku/kilkunastu sekund z PB na dystansie 10km, na atestowanej trasie.
Po półmaratonie w Tczewie 30 października czułem się bardzo dobrze. Nie mogło być inaczej…😊. W kolejną sobotę przebiegłem mocno parkrun 5km (średnio 3’32’’/km) i był to jedyny akcent pomiędzy startami. U schyłku sezonu cudów w treningu się już nie wymyśli. Trzeba bazować na tym co się zbudowało wcześniej. Jeszcze tylko żwawo 8 x 300m na pobudzenie mięśniowe trzy dni przed startem i to tyle.
Fajnie było wrócić na zawody do Gdyni, po kilku latach covidowego niebytu. Wbrew pozorom, gdyńskie trasy nie należą do najłatwiejszych. Poza oczywistym uciążliwym wiatrem, tak typowym nad morzem, teren rożnych tras na których w przeszłości odbywały się biegi w ramach Grand Prix Gdyni, jest bardzo zróżnicowany. Długich, męczących podbiegów nie brakuje. Nie pamiętam dokładnie, ile razy brałem udział w gdyńskich imprezach, było ich sporo. Mogę z całą pewnością stwierdzić, że w Gdyni uczyłem się biegania w zawodach. Pamiętam lata biegowego boomu 2014-2017, kiedy ilość uczestników gdyńskich biegów oscylowała w granicach 5-7 tysięcy osób. Tak było. W Gdyni pierwszy raz pokonałem granicę 40 min w nocnym Biegu Świętojańskim. Radość z tego osiągnięcia pamiętam do dzisiaj😊. Były też trudne momenty np. groźna kontuzja przywodziciela uda, po jednym z półmaratonów. Masa wspomnień.
Start zaplanowany był na godzinę 9:00 a to oznaczało pobudkę o 6:00 w dzień wolny od pracy – nie lubię☹. Bułka z dżemem truskawkowym i kawa (like always) i w drogę. Nie ukrywam, że w opcji najbardziej optymistycznej marzyło mi się pobiec sub 36:00. Jednak każdy wynik poniżej mojej aktualnej życiówki 36’17’’ brałem w ciemno. W Gdyni jest zawsze mocna ekipa do biegania i ściągania, więc zapowiadało się ciekawie.
Zaryzykowałem i pierwszą 5-tkę pobiegłem naprawdę mocno, jak na moje możliwości. Wystarczy wspomnieć, że według Garmina, przebiegłem ten dystans o 5 sekund szybciej niż moja życiówka na 5km. To nie było zbyt mądre. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że było z górki i z wiatrem😊. Wiedziałem, że druga część biegu to będzie walka… Niestety się sprawdziło. Odcinek od 6 do 9km to samotna walka z wiatrem i cały czas lekko pod górę. W pewnym momencie zacząłem mieć wątpliwości czy uda się zrealizować zamierzenia. Na szczęście coś tam jeszcze pod nogą zostało na końcówkę i ostatni kilometr był najszybszy z całego biegu – 3’22’’/km. Na mecie wielka radość, bo zegar pokazał czas 36’06″ – rekord życiowy po raz kolejny pobity!
To była piękna biegowa jesień. Nie mogłem oczekiwać więcej a osiągnięte wyniki przekroczyły moje oczekiwania😊. Kilka dni temu, jak co roku, zacząłem już przygotowywać i pisać podsumowanie sezonu. O tym będzie kolejny wpis – trochę dłuższy😊.
Pozdrawiam serdecznie i do usłyszenia.
Foto: www.gdyniasport.pl oraz AK-ska Photo
![]() |
| Ujechany ale zadowolony |





