Jest. Nareszcie dotarła i do nas.
Zimowe przygotowania trochę dały się nam we znaki, więc poza miłośnikami niskich temperatur, nikt nie będzie za nią tęsknił …
Od ostatniego wpisu minęło już sporo czasu, więc najpierw nadrabiam zaległości. Zanim podzielę się wrażeniami z Półmaratonu Pruszcz Gdański, w paru punktach streszczę to, co działo się u mnie w marcu.
1. W pierwszą niedzielę miesiąca wziąłem udział w Biegu Tropem Wilczym na dystansie 1,9 km. Potraktowałem ten bieg jak „mini” zawody, których celem było zmuszenie się do przebiegnięcia krótkiego dystansu poza strefą komfortu, z prędkością, której obecnie nie dotykam w przygotowaniach do maratonu. Faktycznie, bieg spełnił swoje zadanie i myślałem, że wypluję płuca w trakcie biegu. To było ciekawe doświadczenie, odskocznia od monotonnych zimowych treningów.
2. Trening idzie zgodnie z planem. Prawie cała robota do maratonu została już wykonana. Pozostały ostatnie 2 -3 kluczowe akcenty a potem leżenie brzuchem do góry i kumulowanie energii na start 😉. Czekam.
3. Kilka dni przed startem w półmaratonie skontaktował się ze mną Paweł Kątnik, dziennikarz Radia Gdańsk, z pytaniem czy nie chciałbym udzielić wywiadu do jednej z audycji. Nie wiem dlaczego akurat ja, w każdym razie zainteresowanie wzbudziły treści dostępne na moim blogu. Z przyjemnością opowiedziałem parę słów o sobie.
Ta sytuacja była dla mnie niespodziewana a przy tym bardzo miła. Ostatnio coraz częściej spotykam się z pozytywnymi komentarzami na temat informacji, które umieszczam na blogu. Piszę o tym, bo każde dobre słowo otrzymane od Was, dużo dla mnie znaczy. Często jestem zaskoczony, kiedy przy różnych okazjach, przekazujecie mi swoje życzliwe reakcje. Bardzo za nie dziękuję. W trakcie półmaratonu słyszałem dużo okrzyków dopingujących mnie do trzymania tempa. Wszystkie uchwyciłem uchem 😎, choć w drugiej części biegu nie miałem już sił na odmachiwanie.
Niedawno jeden z wnikliwych czytelników bloga przekazał mi, że szczegółowe opisywanie treningów jest nudne i on tego nie czyta. Ja tak nie uważam, bo uwielbiam cyferki, ale ok, rozumiem, że nie każdy jest fanem analizy procesu treningowego. Dla mnie to jest kwestia wiarygodności i transparentności, jako osoby, która dzieli się wiedzą i doświadczeniem. Dlaczego tak uważam oraz dlaczego wybrałem taką oldskulową formę komunikacji, jakim jest blog, wyjaśnię poniżej.
Czytanie to jedna z moich ulubionych form spędzania czasu. Bardzo lubię inspirować się materiałami i artykułami, które przeczytam. Często w moich wpisach przytaczam autorów i źródła, do których, moim zdaniem, warto sięgnąć. Siłą rzeczy wpadają mi w ręce (chociaż częściej przed oczy) różne ciekawe i mniej ciekawe treści. Z racji zainteresowań, algorytmy mediów społecznościowych co i rusz podsuwają mi posty i strony o tematyce biegowej. Muszę podzielić się z Wami pewną refleksją z tym związaną. Wielu biegaczy, zarówno tych zawodowych, jak i amatorów, lubuje się w zamieszczaniu postów, w których informują o wykonaniu trudnego treningu. Zazwyczaj takie wpisy wyglądają bardzo podobnie, mniej więcej tak:
„Cześć kochani, dzisiaj wykonałem bardzo fajny trening (20x400m, 15x1km, 25km itd itp). Trochę się stresowałem przed tym treningiem i po trzech odcinkach myślałem, że nie dam rady, ale jednak okazało się, że potrafię wykrzesać z siebie więcej niż myślałem” :).
Całość oczywiście okraszona relacją zdjęciową i nieodzownym zrzutem ekranu z Garmina.
I fajnie. Tego typu „wrzutki” trochę mnie śmieszą, choć oczywiście nie odbieram nikomu prawa do dzielenia się wrażeniami, wedle własnego uznania. Czasami mam nawet ochotę zadać pytanie dotyczące treści, albo skomentować posta. Po namyśle najczęściej tego nie robię. Dlaczego? Moim zdaniem media społecznościowe to nie jest dobre miejsce do dyskutowania, merytorycznej polemiki. Zazwyczaj ludzie chcą się utwierdzać w poglądach, które już mają i oczekują atencji od osób, które myślą podobnie. Wielokrotnie widziałem i czytałem internetowe gówno-burze, ale nigdy nie spotkałem się z dyskusją, na końcu której ktoś zmienił swój punkt widzenia.
Po co właściwie to piszę? Wracając do naszego ambitnego zawodnika, który wykonał mocny trening. Skoro zdecydował się opublikować go w mediach społecznościowych, chciałbym i oczekiwałbym czegoś więcej niż tylko lakonicznej informacji, która nic nie wnosi (poza milionem lajków). Bardzo chętnie dowiedziałbym się jaki był główny cel tej jednostki z punktu widzenia osoby wykonującej. Jakie treningi wykonywał kilka dni wcześniej i ile dni odpoczynku zamierza zrobić po ciężkim akcencie. Jeśli biegał odcinki, to dlaczego w takiej a nie innej prędkości, jakie były przerwy odpoczynkowe.
To tylko niektóre pytania, które od razu mi sią nasuwają, czytając internetowe michałki typu „za mną super trening”. Byłbym bardzo zaskoczony gdyby ktoś, kto „podnieca się” pojedynczym treningiem i ma nieodpartą chęć podzielenia się nim z całym światem, zamieścił newsa w stylu: „odpuściłem dzisiejszy trening, bo źle się czułem i byłem niewyspany. Miałem biegać trening tempowy, ale w tej sytuacji przyniosłoby to więcej szkody niż pożytku. Jeśli będę się dobrze czuł, wykonam tej trening jutro”.
To byłoby coś godnego uwagi i szacunku.
Półmaraton Pruszcz Gdański
I tak dotarliśmy do clou dzisiejszego wpisu, czyli wrażeń z Półmaratonu Pruszcz Gdański. To była pierwsza edycja tego biegu. Z tego co zauważyłem, wzbudziła dużo pozytywnych emocji, szczególnie wśród mieszkańców miasta skupionych wokół grup biegowych z Pruszcza i Straszyna. Niekwestionowaną królową aparatu i wszelakich zdjęć z biegów jest dobrze mi znana i niezwykle fotogeniczna Ania N. 😃.
Taka mała ciekawostka, start w pruszczańskim półmaratonie był moim 150 biegiem w zawodach. Może jak dobiję do dwustu, napiszę jakieś małe podsumowanie :). Z tego co liczę, to był mój 16 półmaraton. Do tej pory, dystans 21km był najczęściej moim docelowym startem na wiosnę lub jesień. W tym roku stanowił etap w przygotowaniach do wiosennego maratonu.
Organizacja imprezy bez zarzutu. Wszystko sprawnie i bezproblemowo. W pakiecie startowym nie było koszulki, co zawsze oceniam na plus😉. Co ważne, trasa biegu była zlokalizowana w dużej części w centrum miasta. W związku z tym doping kibiców był bardzo słyszalny. Dekoracja po biegu bez zbędnej zwłoki, tak lubię. Myślę, że impreza ma dużą szansę na stałe wpisać się do kalendarza lokalnych imprez, na rozpoczęcie sezonu wiosennego. Aktualnie, po upadku półmaratonu w Gdyni, na Pomorzu nie ma innej połówki ulicznej.
Najlepsza była pogoda. Wprost wymarzona, lepszych warunków do biegania trudno oczekiwać u nas pod koniec marca. Lekki wiaterek i temperatura około 10-12 stopni. To była wielka odmiana w stosunku do zimowych warunków, które panowały praktycznie non stop od końcówki listopada. Trasa byłaby bardzo szybka, gdyby nie konieczność czterokrotnego pokonania podbiegu na wiadukt. Zbiegi oczywiście też były, ale one nigdy nie rekompensują utraty sił i zwolnienia na podbiegu.
Cóż mogę napisać na temat mojego występu? W skali szkolnej oceniam się na 4. Dobrze, ale stać Cię na więcej – cytując klasycznego belfra. Nie oczekiwałem cudów po tym biegu, nie nastawiałem się na super wynik. Pierwszy start w sezonie zawsze jest dla mnie trudny. Priorytetem są przygotowania maratońskie, więc w tygodniu przedstartowym odpuściłem tylko sobotni trening. Wiem, że do pełni formy jeszcze mi trochę brakuje, czuję to w trakcie treningów. Podczas półmaratonu nóżka nie chodziła, tak jak jesienią ubiegłego roku. Na pytanie Ani przed biegiem, odnośnie przewidywanego czasu biegu, odpowiedziałem 1h21′ – 1h22′. Nie pomyliłem się, bieg skończyłem z wynikiem 1:21’09”. 12 miejsce open, 2 w kategorii wiekowej – to niezmiennie cieszy.
Błysku na razie nie ma, na szczęście jest jeszcze czas, aby „doszlifować” formę do pełnej dyspozycji startowej.
To by było na tyle. Po krótkiej regeneracji, zabieram się do dalszej pracy. To kluczowy okres i oby zdrowie dopisywało. Następny wpis na blogu – po maratonie.
Cześć!
![]() |
| Fot: AK-ska Photo |
![]() |
| Fot: Grzegorz Grabowski |
![]() |
| Fot: CKiS Pruszcz Gd. |




