Nie będzie przesadą jeśli napiszę, że do tego biegu szykowałem się przez ostatnie 3 – 4 lata. Oczywiście nie bezpośrednio, ale kończąc w październiku 2016 roku mój jedyny, do ubiegłej niedzieli maraton, wiedziałem, że do następnej próby przystąpię dopiero wtedy, kiedy będę miał realną szansę na rezultat poniżej 3 godzin. Odwlekałem trochę ten temat z różnych przyczyn. Przede wszystkim jednak chciałem poprawić swoje wyniki na krótszych dystansach, głównie na 5 i 10 kilometrów – to na nich się koncentrowałem. Nie próżnowałem przez te lata i udało mi się podciągnąć życiówki do solidnego poziomu.
Ostatni etap przygotowań
Po półmaratonie w Pruszczu, na 4 tygodnie przed głównym startem, nie było czasu na odpoczynek. Kolejny tydzień był najtrudniejszym w przygotowaniach. Po poniedziałkowej odnowie i wtorkowym spokojnym bieganiu, już w środę pobiegłem krótki, bo 7 kilometrowy, drugi zakres. Zazwyczaj po starcie w półmaratonie robiłem tydzień spokojnego biegania, tym razem taktyka była inna. Chciałem zrobić akcent na niepełnym wypoczynku i zmęczonych nogach, symulując trochę ostatnie 10-12 kilometrów maratonu. Przede mną był też najdłuższy i jeden z najcięższych treningów – ponad 30 kilometrowy bieg, w tym 15 kilometrów w tempie lekko szybszym niż docelowe. Powinienem ten trening wykonać 7 dni po połówce, ale prognozy pogody na niedzielę nie były korzystne. Padło więc na sobotę – dzień wcześniej. Niestety, w naszym klimacie ciągle trzeba kombinować i dostosowywać się do pogody. Trening wyszedł bardzo ładnie, nawet lepiej niż się spodziewałem.
Zostały 3 tygodnie do godziny zero. Rozpoczynał się tzw. tapering – okres redukowania obciążeń treningowych – „łapania” świeżości i szczytowej formy. Kolejny tydzień był dużo spokojniejszy z jednym mocnym treningiem w środę 10×1000 metrów na bieżni w prędkościach półmaratońskich (od 3’50″/km do 3’42″/km).
Kwiecień rozpocząłem mocnym przetarciem na 5km w ramach parkrun, na 2 tygodnie przed maratonem. Intensywność tego treningu była duża, w subiektywnej skali zmęczenia od 1 do 10 – mniej więcej 8. Powoli zaczynało do mnie docierać, że nie ma odwrotu. Już niedługo trzeba będzie stanąć na linii startu z bojowym nastawieniem i gaciami założonymi powyżej kolan.
Ostatni akcent przed zawodami wykonałem na 10 dni przed startem (4x2km w tempie półmaratonu na przerwie 4 minuty + 1 km w tempie biegu na 10km). Później już tylko odpoczynek, przeplatany niezbyt długimi, spokojnymi biegami. W przedstartowy wtorek, tradycyjnie przed zawodami, lekkie pobudzenie mięśniowe – tym razem było to 5×400 metrów.
Zdradzę Wam teraz małą tajemnicę tzw. „kuchni” blogera 😊.
Niektóre fragmenty nowego posta można napisać wcześniej i udawać, że napisało się to post factum. Ja tak czasami robię, nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Po prostu pamięć ludzka jest ulotna i czasami lepiej jest zapisać „świeżą” myśl, którą można wpleść w większą całość, niż zastanawiać się później nad każdym słowem. Najczęściej jakieś fajne pomysły, całe zdania lub tematy o których piszę, przychodzą mi do głowy w trakcie treningów. Po powrocie do domu staram się je szybko zapisać w postaci haseł lub szkicu, aby nie uleciały. Nieraz zdarza mi się zastanawiać nad jakimś tematem, który wydawał się ciekawy i który chciałem zrecenzować, ale nie mogę sobie przypomnieć co to było. Poniższy akapit jest przykładem takiej małej „manipulacji” słowem 😏:
Nie jestem pewien czy pobiegnę jeszcze kiedyś maraton. W tym momencie, szczerze mówiąc – wątpię. Mógłbym podać mnóstwo powodów, skupię się jednak na najważniejszych, z mojego punktu widzenia. Przede wszystkim długie i monotonne przygotowania. Niezbyt mi one pasują. Muszę przyznać, że w ostatnich kilku tygodniach przed startem myślałem już tylko o tym, aby mieć maraton za sobą. Nie chodzi wcale o jakieś zmęczenie forsownymi biegami, czy coś podobnego. Wręcz przeciwnie. Generalnie uważam trening maratoński za dużo łatwiejszy do wykonania, niż taki do piątki czy dychy. W maratonie do sukcesu prowadzi głównie wytrzymałość. Na krótszych dystansach trzeba do tego dołożyć trening tempowy, który jest dużo bardziej obciążający i momentami niezbyt przyjemny. W przygotowaniach do królewskiego dystansu najtrudniejsze było dla mnie obciążenie mentalne związane z czekającym wyzwaniem. Zauważyłem, że wiele osób traci motywację do biegania po zrealizowaniu swoich maratońskich celów. Po prostu się „wypala”. Bardzo chciałbym tego uniknąć. Poza tym, maraton sam w sobie nie podnieca mnie tak, jak wielu innych biegaczy. Moje biegowe marzenia są gdzie indziej. Bardzo chciałbym pobiec 16’30” na piątkę. Czasami, jak puszczę wodze fantazji, widzę siebie wbiegającego na metę biegu na 10km w czasie poniżej 35 minut. A jeśli zdarzy mi się totalnie „odlecieć”, mam przed oczami 1:15 w półmaratonie. Chciałbym kiedyś biegać na takim poziomie. Na razie jednak to tylko mrzonki.
![]() |
Przebieg rywalizacji
Do Łodzi wyruszyliśmy w przeddzień zawodów. Odbiór pakietu startowego w Atlas Arenie przebiegł szybko i sprawnie. Pozostało porządnie się najeść i czekać na start. Moje dziewczyny wykorzystały okazję i poszły w miasto na shopping, ja zostałem w hotelu w towarzystwie Netflixa.
Miałem nadzieję, ze pisanie relacji z maratonu będzie łatwym, przepełnionym euforią, zadaniem. Tak jednak nie jest. W noc przed startem nie spałem zbyt dobrze. Denerwowałem się tym biegiem, emocje dawały znać o sobie. Pomimo tego, rano czułem się bardzo dobrze i gotowy do biegu. Nie eksperymentowałem ze śniadaniem, strojem startowym i rozgrzewką. Cały schemat mam wielokrotnie przećwiczony i sprawdzony, więc nie było potrzeby szukania nowych rozwiązań. Muszę wspomnieć o butach w których wystartowałem. Pierwotny plan był taki, aby pobiec w nowych karbonach Nike ZoomX Vaporfly Next% 2. Wypróbowałem je w trakcie sprawdzianu w półmaratonie. Niby wszystko ok, ale lepiej na nogach czuję pierwszą wersję tego modelu. Postanowiłem więc, że dobrze dla głowy będzie, aby polecieć w butach, które kocham bardziej ☺.
Co ważne – pogoda była wprost wymarzona. Rano chłodno, około 7 stopni, prawie nieodczuwalny wiatr. Cel był jasny – przebiec maraton w czasie poniżej 3 godzin i zakończyć romans z maratonem raz na zawsze. W kieszeni miałem 4 żele, dodatkowo byliśmy umówieni z Anią, że na 16 kilometrze poda mi kolejny.
Ruszyłem spokojnie, tak jak należy przebiec początkowe kilometry w trakcie maratonu. Czułem się wspaniale, jak na zwykłym rozbieganiu. Przypominam sobie wiele biegów treningowych w tempie 5’00”/km, podczas których bardzo się męczyłem. Tutaj biegnąc 4’10” – 4’15”/km myślałem, że truchtam. Musiałem zwalniać i hamować, noga dobrze podawała. Pierwsze 10 km to najprzyjemniejszy dystans, jaki kiedykolwiek biegłem w zawodach. Tętno spokojnego drugiego zakresu, dużo sił i wewnętrzny spokój. Pomyślałem, że nie ma takiej opcji, abym nie osiągnął założonego wyniku.
Druga dyszka również bardzo luźno, tempomat ustawiony na 4’10”/km. Kilometry mijały, połowa dystansu w 1:28’30” – idealnie. Do 30 kilometra nic wielkiego się nie działo. Byłem już lekko zmęczony, ale oddechowo bez problemu. Zaczyna się zabawa – pomyślałem i długo nie musiałem czekać na pierwsze problemy mięśniowe. Poczułem, że dwugłowy prawego uda zaczyna się napinać i powodować lekki ból i dyskomfort. Postanowiłem trochę zwolnić i biec ostrożnie, ale oczywiście technika i mechanika ruchu uległa pogorszeniu. Wziąłem szybko tabletkę przeciwbólową i pomogło. Dotarłem do 35 kilometra. W tym momencie współpracy odmówił dwugłowy uda w lewej nodze. Zaczęły się problemy, dalej jednak wierzyłem, że dam radę dociągnąć do mety w założonym czasie. Niestety, było coraz gorzej, bo zacząłem też odczuwać brak energii. Ledwo powłóczyłem nogami. Za parę minut było już po mnie.
Rozpoczął się najgorszy etap biegu, czarny scenariusz się spełnił. Zaczęli mijać mnie inni biegacze a ja fragmenty biegu musiałem przeplatać marszem. Gdy na 40 kilometrze minęły mnie „baloniki” biegnące na czas poniżej 3 godzin, było już mi wszystko jedno. Nie po to jednak poświęciłem prawie 5 miesięcy na przygotowania, aby teraz odpuścić. Nie było takiej opcji, abym nie ukończył tego cholernego maratonu. Myślałem o Laurze, od której miałem odebrać baner, w umówionym miejscu na 41 kilometrze. Spisała się wspaniale, utrzymała niespodziankę w tajemnicy do końca :).
Dobiegłem.
Euforii nie było. Raczej ulga. Wiedziałem, że za chwilę puszczą mi skumulowane emocje i poleją się łzy. Czułem zawód, frustrację, złość.
Po opuszczeniu hali, w której była usytuowana strefa finiszu, chwilę szukaliśmy się z Anią i Laurą. Gdy tylko je zobaczyłem, poczułem, że kilka łez jeszcze zostało w zbiorniczku😍. Mało co może mnie tak łatwo doprowadzić do płaczu, jak bieganie😁.
Na koniec
Pisząc te słowa w postartowy poniedziałek uważam, że byłem dobrze przygotowany do tego startu, trochę jednak zabrakło. W drodze powrotnej do domu już wiedziałem co nie zagrało. Przede wszystkim mięśnie nie były gotowe do tak długotrwałego wysiłku. To nie jest przypadek, że intuicyjnie wybieram starty na krótszych dystansach, maraton to nie moja bajka. Nie mam sobie wiele do zarzucenia, jeśli chodzi o przygotowania. Zrealizowałem wszystkie zaplanowane treningi na tyle, na ile pozwalał mi czas. Dopisywało mi zdrowie, nie miałem żadnej infekcji w zimie, za to mnóstwo frajdy i radości z uprawiania sportu. Jedyne co mogę teraz zrobić, to wyciągnąć wnioski i bawić się dalej.
Nie chciałbym kończyć tego wpisu na smutno, nie ma ku temu żadnego powodu. Jestem mega szczęśliwy i niejednokrotnie wręcz oszołomiony życzliwością, którą otrzymuję od innych ludzi, w wielu sytuacjach. Wiem, że często na nią nie zasługuję. Widziałem ilu z Was mi kibicowało w trakcie biegu. Dziękuję Wam za wszystkie wiadomości, gratulacje i komentarze – były bardzo miłe. Dominia szalała na FB, prowadziła relację na naszej rodzinnej grupie na msg. Takie wsparcie od najbliższych jest bezcenne. Pamiętam ile razy kibicowaliśmy Dominice w trakcie różnych biegów. Teraz jest trochę na odwrót :). Już to kiedyś pisałem, ale nie zaszkodzi powtórzyć: fantastycznie jest mieć pasję i móc ją realizować. Tym razem bieganie pokazało mi środkowy palec, ale biorę to na klatę i idę dalej😋.
Przede wszystkim jednak chciałbym zakończyć ten wpis słowami: dziękuję Aniu, że jesteś.
PS. Byłbym zapomniał, maraton ukończyłem w czasie 3:02’25”. Życiówka poprawiona o ponad 7 minut, czyli nie było aż tak źle😂.
![]() |
| Przed startem |




