Lizanie ran i poszukiwanie formy // 16.05.2023

 

Powrót do rzeczywistości po maratonie nie był łatwy. W tygodniu postartowym wyszedłem na dwa krótkie treningi regeneracyjne w środę i w piątek, ale nogi dalej bolały. Mental nie był na wysokim poziomie – wiadomo. Czułem się zmęczony, a tętno spoczynkowe i w trakcie wysiłku było wysokie. Postanowiłem dać sobie jeszcze parę dni odpoczynku. Głowa chciała już wrócić do trenowania, ale ciało zdecydowanie odmawiało współpracy. Kolejny weekend spędziliśmy aktywnie – wyjazdowo w hotelu, korzystając ze słonecznej pogody i atrakcji basenowo – saunowych. Po powrocie trzeba było się regenerować przez kilka dni😏. W następnym tygodniu – w środę, potruchtałem sobie na stadion i w ramach pobudzenia pokręciłem czterysetki. Dalej jednak męczyłem bułę – jak ja to mówię: nie było cugu w nogach. Trochę mnie ta sytuacja zaczęła irytować, ale wiedziałem, że muszę być cierpliwy i nie przyspieszać powrotu.

 

Jedną z wielu zalet koncentrowania się na startach od 5 km do półmaratonu jest możliwość częstszych występów w zawodach oraz lepsze samopoczucie po starcie. Tak jest przynajmniej w moim przypadku. Maraton mnie przeorał i na razie nie chcę mieć z nim nic wspólnego😁. Pierwszy trening jakościowy zrobiłem dwa tygodnie po starcie (zabawa biegowa 10×2’/2′). Następnego dnia poprawiłem długim, prawie 20 kilometrowym biegiem (w tym 8 kilometrów drugiego zakresu). Na więcej nie było czasu a i organizm jeszcze się nie zregenerował. To wszystko działo się jeszcze  kwietniu.

Na maj miałem zaplanowane 2 starty na 10km w lokalnych biegach w Tczewie. Szczerze mówiąc, tydzień przed pierwszym z biegów nie byłem pewien czy wezmę udział w rywalizacji. Po prostu czułem, że forma jest w lesie. Parafrazując Coubertenowską ideę olimpijską: „nie musisz wygrać – bylebyś walczył dobrze” – postanowiłem dać sobie jednak szansę😍. Miałem nadzieję, że dojdę do przyzwoitej dyspozycji metodą startową – tak robiłem już często w przeszłości i przynosiło efekty. A jeśli nie, to trudno – zakończę wiosenne starty, odpocznę i pomyślę o jesieni. A propos jesieni – zapomniałem wspomnieć wcześniej, że zapisałem się na gdański półmaraton, który odbędzie się pod koniec września. Myślę, że to będzie mój jesienny start A – na dzisiaj tak przynajmniej mi się wydaje. 

 

W moich wpisach lubię przemycać „michałki”. Najczęściej są one podszyte ironią, uszczypliwością a czasem nawet „lekką” szyderą. W tym miesiącu na warsztat biorę biegowe banały i komunały, czyli inspirujące hasła motywacyjne. Mam kilka ulubionych:

1. „Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana” – co za idiotyczny slogan, powtarzany bardzo często przez biegaczy przed i po zawodach. Nie ma szans, aby przynajmniej raz w tygodniu nie natknąć się na to odkrywcze zdanie w socjalach. A jest tyle innych, znakomitych sentencji, którymi można się popisać, np. „nienawidziłem każdej minuty treningu, ale powtarzałem sobie: nie poddawaj się, przecierp teraz i żyj resztę życia jako mistrz” (nie jestem pewien, ale pachnie Muhammadem Alim) 😁.

2. „Co cię nie zabije to cię wzmocni/wrócisz mocniejszy” – mój szlagier. Najczęściej przytaczane jako pocieszenie/wsparcie w przypadku kontuzji. Zawsze się zastanawiam w jaki sposób można stać się mocniejszym/twardszym/bardziej wytrzymałym po przeżyciu jakiejś trudnej sytuacji. Rozumiem, że to chodzi o naukę na błędach i wyciąganie wniosków. Wolałbym raczej usłyszeć to: „nie poddawaj się tylko dlatego, że jest trudno”.

3. „Nie ma czegoś takiego jak zła pogoda, jest tylko złe ubranie” – no nie, zła pogoda zdecydowanie istnieje. Frazes wymyślony prawdopodobnie przez kogoś, kto nie potrafi odpuszczać (sobie i innym).

4. „Przyszłość należy do tych, którzy wierzą w piękno swoich marzeń” – jak słyszę takie banialuki, to mam ochotę założyć buty i od razu pójść na trening😊.

5. „Zaprzyjaźnij się z bólem a już nigdy nie będziesz samotny”  – nawet nie wiem jak to skomentować, ale podziwiam kunszt twórczy autora. O takim przyjacielu każdy marzy.

Chętnie poznam Wasze ulubione sentencje. Dajcie znać, to się pośmiejemy :).

Dobra, koniec śmieszkowania. Pora na konkrety. Kilka zdań na temat wspomnianych wcześniej majowych startów.

 

Silgan Ćwierćmaraton

Wiem, pisałem już to sto razy, ale to nic. Uwielbiam biegać zawody w Tczewie. Powodów jest mnóstwo, a atmosfera panująca podczas imprez biegowych – rzadko spotykana gdzie indziej. Piszę to oczywiście patrząc przez różowe okulary, jako osoba zakochana w swoim mieście. Nie znaczy to, że nie dostrzegam wielu jego wad😁.

Start biegu zaplanowano na 10:00. O 8:30 byłem jeszcze w piżamie i popijałem przedstartową kawę. No, tak lubię. Spacerkiem na linię startu mam z domu około 10 minut, nie trzeba było się spieszyć. Trasę Silgana znam na pamięć, często ją pokonuję na treningach. Jest ona trudna, bardzo techniczna, pełna podbiegów i zbiegów. Byłem niemal pewien, że ten bieg nie odrodzi po pandemicznej przerwie, stało się jednak inaczej. Reaktywacja była udana.

Chciałbym napisać, że bieg obfitował w niesamowite zwroty akcji, w których doznawałem stanów od euforii do totalnego załamania, a na końcu nadludzkim wysiłkiem zdołałem wyprzedzić 3 zawodników, padając za metą z wyczerpania. To byłoby jednak lekkim nadużyciem. Tak naprawdę to od startu do mety biegłem praktycznie sam, nie mając nikogo w zasięgu wzroku przed sobą i za sobą. Starałem się biec mocno, ale na lekkim hamulcu, będąc świadomym swojej przeciętnej formy. Jedyne co mi w tej sytuacji pozostało, to potraktować ten bieg jako mocny akcent oraz wbiec na metę z uśmiechem na ustach. Tak też zrobiłem. Po obowiązkowej sesji zdjęciowej, kontroli antydopingowej i dekoracji, udałem się do domu, aby zając się innymi ważnymi sprawami. Bo bieganie to nie całe nasze życie, prawda😍?

Zgodnie z przewidywaniami, po tych zawodach poczułem się fizycznie trochę lepiej. Było mi potrzebne takie mocne przetarcie. Jednego tylko żałuję. Tyle lat już biegam, a wcześniej nie przyszło mi to do głowy. Powinienem był zorganizować sobie asystę rowerzysty, który poprowadziłby mnie do mety: osłonił przed wiatrem, ciągnął za uszy na podbiegach. Jestem pewien, że urwałbym z 10 sekund z końcowego wyniku😂. Uzyskany rezultat być może pozwoliłby mi podpisać jakiś fajny kontrakt reklamowy i zarobiłbym dużo pieniędzy. Koniecznie muszę o tym pamiętać przed kolejnymi zawodami…

Mam nadzieję, że niektórzy z Was docenią żarcik.

 

I Bieg Tapflo Dycha z Pompą

Debiutancka edycja kolejnej imprezy biegowej w Tczewie. Tutaj to dopiero organizatorzy zaszaleli – w pozytywnym znaczeniu. Nie wchodząc w szczegóły, konkretna inwestycja finansowa firmy Tapflo w ten bieg, była widoczna na każdym kroku. Wielkie brawa za  namówienie do współpracy tak dużej ilości partnerów i sponsorów. Wyszło bardzo godnie i z rozmachem. Ilość nagród do rozlosowania robiła wrażenie. Nie liczyłem, ale pewnie blisko 100 osób wylosowało nagrody (czip z moim numerem był za głęboko w skrzynce i pozostał nietknięty😋). Co ważne dla nas – lokalnych sportowców i pasjonatów biegania, uczestnikami zawodów były niemal wyłącznie osoby z naszego środowiska. Myślę, że taki był też zamysł organizatorów.  

Pogoda dała nam popalić. Po ubiegłotygodniowej zimnicy na Silganie i założonych rękawiczkach, „pompa” była biegana w typowo letnich warunkach, w singlecie, przy temperaturze ponad 20 stopni. Taki skok temperatury jest groźny dla organizmu. Jeśli nie weźmie się poprawki i nie dostosuje tempa biegu, pojawiają się problemy. 

Niemal od samego początku biegło mi się ciężko, a w drugiej części miałem ochotę przerwać bieg i pomaszerować do mety. Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio zawody na 10km kosztowały mnie tyle sił. Średnie tempo dystansu 3’44″/km – szału nie ma. W takich warunkach i przy obecnej formie nie jest jednak specjalnie rozczarowujące. Maraton mnie rozregulował i potrzebuję czasu, aby potrenować i wrócić na dobre tory. Do pozytywów na pewno zaliczę to, że potrafiłem zmusić organizm do biegu w dużym dyskomforcie przez większość dystansu, w miarę równym tempie. No i wygraną kategorię wiekową.

W tym roku nie nastawiam się Grand Prix Powiatu Tczewskiego. Na pewno pobiegnę półmaraton nadwiślański, prawdopodobnie Tczew na 5 w czerwcu, Piechowskiego w sierpniu. Co do pozostałych biegów w ramach GPPT, nie jestem pewien na tę chwilę. Czuję, że teraz jest czas na trening, tak więc w najbliższych tygodniach raczej nie będę startował. Mam nadzieję na lepsze jakościowo bieganie w moim wykonaniu w czerwcu. Do tego będę dążył, nie zapominając, że ma to być przede wszystkim zabawa i fun (kłamczuch😎). 

No i jeszcze ten parkrun. Toż to jakiś socjologiczne zjawisko, co oni w tym Tczewie wyprawiają. Na temat rekordu wszyscy się już wypowiedzieli, więc ja nie muszę. Ale się cieszę i gratuluję!

Tyle na dzisiaj – czołem!

Foto: Domelonzo Photography oraz Patryk Niewiadomski – Foto