Rzutem na taśmę udało mi się napisać i opublikować tego posta jeszcze w czerwcu, zachowując regułę minimum jednego wpisu w miesiącu. Wcześniej nie miałem nic ciekawego do opowiedzenia, więc wolałem siedzieć cicho, w myśl przysłowia: „lepiej mądrze milczeć niż głupio gadać”. Nikogo nie interesują przecież zdjęcia moich dzieci, przygotowanych i zjedzonych przeze mnie obiadów, czy miejsc, które odwiedziłem.
Nie mam żadnego problemu z tym, aby śmiać się z siebie. Robię to często, także publicznie na blogu. Dystans w stosunku do siebie, a także do innych, jest mi bardzo potrzebny. Widzę tak wielu ludzi i wiele sytuacji, gdzie na myśl przychodzi jedno zdanie: poluzuj gumkę w majtkach. O tak, my biegacze często wypruwamy żyły, aby pobiec piątkę czy dychę 10 sekund szybciej. To dotyczy także mnie. Jest dobrze, kiedy zdajemy sobie sprawę z tego, że dla „świata” nie ma to większego znaczenia i jest mu to obojętne. Czytając tu i ówdzie różne wpisy, mam wątpliwości, czy to w miarę powszechny pogląd. Obserwuję coraz większe zafiksowanie na punkcie gadżetów biegowych: wypasionych zegarków, samobiegających butów czy samozwańczych trenerów. Nie przeszkadza mi to, co najwyżej wzbudza uśmiech😉.
Sytuacja wygląda zatem następująco: biegam już 10 lat i chyba w końcu nadszedł czas, abym zaczął zarabiać na tym hobby. Dodatkowo, co nie mniej istotne, często dostaję zapytania w prywatnych wiadomościach o to, czy mógłbym pomóc w ułożeniu planu treningowego. Decyzja więc zapadła – czas zabrać się za trenerkę. Nie ukrywam, że trochę inspiruję się środkami i metodami stosowanymi przez czołowych polskich biegaczy. Myślę jednak, że na początek mojej trenerskiej kariery najważniejszą sprawą jest ustalenie jak najlepszej/najbardziej chwytliwej nazwy usługi, która przyciągnie rzeszę biegaczy spragnionych opieki trenerskiej. Przeanalizowałem mnóstwo możliwych wariantów, łącznie z opcjami zaproponowanymi przez niezwykle popularny ostatnio chat GPT. W grze pozostały 2 nazwy. Dajcie znać którą, według Was, powinienem wybrać😁:
1. Glowczewski Training System
2. Glowczewski Running Academy
A może coś pokombinować z nazwiskiem, aby było bardziej międzynarodowo? (Glofcheski, Glovchevski)?
Wybaczcie – musiałem😎.
Wiele emocji medialnych wzbudzał ostatnio wyczyn ultratriatlonisty Roberta Karasia. Za moment na pewno znajdzie się chętny do pokonania dystansu dziesięciokrotnego Ironmena trochę szybciej. Dla mnie bardziej interesujące i emocjonujące były najlepsze od wielu lat wyniki polskich zawodników na stadionowe 5000m. Oczywiście do poziomu europejskiej czołówki sporo jeszcze chłopakom brakuje, ale może w końcu coś drgnęło. Gdzieś przeczytałem, że 13’51” Szymona Żywko i 13’53” Mateusza Gosa to najlepsze wyniki Polaków od 8 lat. To pokazuje jak niski jest obecnie u nas poziom biegów długich. Warto wspomnieć, że rekordzistą Polski na dystansie 5000m jest Bronisław Malinowski 13’18” – wynik uzyskany w 1976 roku :). Najlepsi na świecie regularnie biegają obecnie grubo poniżej 13 minut (rekord świata 12’35”). Dosyć smutne jest to, że nie za bardzo widać następców zawodników, którzy nadawali ton w biegach długich w ostatnich 10 latach (Szost, Gardzielewski, Chabowski, Kozłowski, Giżyński, Brzeziński). Jest Nowicki i Zalewski – panowie ponad trzydziestoletni i w sumie nikt poza nimi nie przychodzi mi do głowy. Może wśród trenujących chłopców i dziewcząt, którzy mają teraz 15-16 lat, jest ktoś, kto zrobi europejską karierę? Chyba jedyna nadzieja w wartościowych inicjatywach, które tworzą ludzie z pasją. Takich jak ta. Inną – także niezbyt optymistyczną kwestią – jest nikłe zainteresowanie kibiców lekkoatletyką, co widać na trybunach, w trakcie trwających Igrzysk Europejskich na stadionie Śląskim w Chorzowie. Tak się zastanawiam czy naprawdę jest tak źle, że mało kto chodzi na lekką, czy szwankuje promocja dyscypliny? Ach…. niech mądrzejsi ode mnie się wypowiedzą w tym temacie, bo problem jest i to nie od dzisiaj. A może przyczyna jest bardziej prozaiczna i po prostu lekkoatletykę pełniej można konsumować oglądając transmisję w telewizji?
W maju z formą biegową nie było u mnie najlepiej. Trudno było oczekiwać czegoś innego po długich, monotonnych, zimowych przygotowaniach maratońskich, zakończonych nieudanym startem. Po dwóch, opisywanych w poprzednim wpisie, startach na 10km, postanowiłem w kolejnych 4 tygodniach skupić się na treningach, aby coś sensownego postarać się nabiegać w czerwcu. Wyciąłem z kalendarza starty w biegach „dookoła komina”, w których zawsze lubiłem (i wciąż lubię) występować. Pełen fokus został położony na 2 biegi czerwcowe. O ile jeden z nich (Tczew na 5 z Flex Poland) miałem zaplanowany od momentu, kiedy została opublikowana jego data, o tyle drugiego szukałem bardzo długo. Pod uwagę brałem tylko start na 10 km na atestowanej trasie. Poważnie rozważałem biegi w Stargardzie Szczecińskim i podwarszawskich Markach. Ostatecznie okazało się, że nie będzie konieczna tak daleka wyprawa, bo w Osiecznej, w ramach Wilczej Dychy, przygotowano płaską, asfaltową trasę z atestem. No to jedziemy.
17.06.2023 Wilcza Dycha – 10km (atest PZLA)
Trochę obawiałem się upalnej czerwcowej pogody (start o godz. 16). Rzeczywistość pokazała, że całkiem niepotrzebnie. Planowałem pobiec na maxa, więc temperatura w okolicach 20 stopni byłaby dla mnie idealna. Prawie się udało, ale na 10 minut przed startem zaczął jednak bardzo mocno padać deszcz i już na starcie byłem cały przemoczony i zziębnięty. Dla mnie to niezbyt komfortowe warunki, choć wielu startujących było zadowolonych z powodu ulewy. Gdzieś tam po głowie chodziła mi myśl, aby zaatakować życiówkę (36’06”), chociaż zdawałem sobie sprawę, że będzie ciężko, przy obecnej dyspozycji. Mając osobowość sportowca i lubiąc rywalizację, zawsze jednak próbuję, niezależnie od końcowego rezultatu. Tym razem się nie udało, zabrakło 20 sekund (mój wynik wyniósł 36’24”). To dość dużo, jak na dystans 10km. Pomimo to jestem zadowolony, bo dałem z siebie tyle, ile mogłem. Na mecie byłem bardzo zmęczony, nie obijałem się w trakcie rywalizacji. W tym roku szybciej dychy nie przebiegłem.
Z tego biegu zapamiętam jedną rzecz – świetną, płaską, idealnie wymierzoną trasę. W większości otoczoną z obu stron lasem. Idealną do szybkiego biegania i bicia życiówek. Mam na swoim koncie mnóstwo biegów na 10km na atestowanych trasach. Z całą pewnością żadna (poza tą na torze wyścigowym w Poznaniu), nie może się z nią równać. Z ogromną chęcią wrócę za rok do Osiecznej, aby ponownie zmierzyć się z sobą i rywalami.
![]() |
| Finisz biegu w Osiecznej |
24.06.2023 Tczew na 5 z Flex Poland – 5km
To jeden z moich ulubionych biegów, zawsze biorę w nim udział i zależy mi na tym, aby dobrze się zaprezentować. Plan na bieg jest więc prosty. Wypluć płuca i na mecie czuć maksymalne zmęczenie.
Impreza ma piknikowy charakter i my biegacze musimy rywalizować o atencję z wesołym miasteczkiem, foodtruckami, ogródkami piwnymi, watą cukrową, występami estradowymi, lodami i podobnymi atrakcjami. Z taką konkurencją nie mamy rzecz jasna szans, próbujemy jednak się przebić z naszym przepoconym hobby, przy aplauzie naszych wiwatujących rodzin i przyjaciół.
Każdy, kto choć raz przebiegł 5tkę na maxa wie, że to nie jest dystans dla mięczaków. To nie maraton, gdzie lecisz sobie cały czas w 2 zakresie i rozdajesz uśmiechy na prawo i lewo. Tutaj nie ma przebacz. Po 2 kilometrze wszystkie czujniki alarmowe w organizmie powinny świecić się na czerwono, błagając o zwolnienie tempa biegu. Kto zaciśnie zęby i wytrzyma dyskomfort, na mecie cieszy się z dobrego wyniku. Umiejętność „cierpienia” w biegu można wytrenować, parkrun jest ku temu doskonałą okazją.
Jak mi poszło? Wydaje się, że całkiem dobrze, o czym świadczy recenzja w aplikacji Smushrun, którą przeczytałem po biegu (prawy górny róg w poniższym zdjęciu). Nawiasem mówiąc, polecam Smushrun wielbicielom cyferek, liczb i analiz. Założenia przedbiegowe udało się zrealizować. Na mecie czułem się ujechany i kilka minut dochodziłem do siebie.
.
Jest jeszcze druga ocena tego samego biegu. W niedzielę odwiedziłem tatę, aby złożyć życzenia z okazji Dnia Ojca. Wiadomo było, że nie zabraknie pytania: biegałeś gdzieś synu ostatnio? Być może nie wszyscy wiedzą, a to jest istotne dla kontekstu, dlatego odsyłam do wpisu o moim tacie, dla którego tempo 3’30″/km jest porównywalne z tempem żółwia😂. Tak więc pytanie padło. Zawsze kiedy z dumą opowiadam tacie o swoich osiągnięciach i życiówkach, następuje chwila krępującego milczenia. Tak było też i tym razem. Jak widzicie nie łatwo jest być potomkiem lekkoatlety – biegacza. A do tego siostra, która przebiła osiągnięcia ojca😍. Czy ktoś mnie przebije, jeśli chodzi o wysokość muru, na który muszę się wspiąć?
Chciałbym jeszcze wspomnieć o wszystkich ludziach, których praca przy organizacji imprez biegowych nie jest widoczna na pierwszy rzut oka, a którą bardzo cenię. Mam na myśli osoby pracujące w biurze zawodów, przygotowujące i wydające pakiety startowe, wolontariuszy zabezpieczających trasę biegu, wręczających medale i wodę na mecie, jak również inne osoby odpowiedzialne za logistykę, oprawę fotograficzną, muzyczną. Jesteście niezastąpieni – wielkie dzięki za Wasz wysiłek!
Podsumowanie – wiosna 2023
Sezon wiosennych startów zakończony. Warto w takim momencie zrobić małe podsumowanie. Czego nauczył mnie start w maratonie i jakie mam wnioski z biegowej wiosny?
1. Przede wszystkim utwierdziłem się w przekonaniu, że na tę chwilę maraton to nie jest dystans, który mnie biegowo podnieca. „It’s not my cup of tea”, jak powiedziałby potomek Shakespeare’a, dumny syn Albionu👨. Mam zasadę, że nie pcham się tam, gdzie mnie nie chcą, lub tam, gdzie nie czuję się dobrze. Nie mam też potrzeby udowadniania komukolwiek (a w szczególności sobie), że jestem w stanie osiągnąć wszystkie wyznaczone cele. Być może nigdy nie złamię trojki w maratonie, a może zrobię to z łatwością za kilka lat. Dalej uważam, że powinienem pyknąć to bez większego problemu w kwietniowym starcie w Łodzi. Skoro jednak tego nie zrobiłem, to znaczy, że nie byłem dość dobry w tym dniu. Nigdy nie zrzucałem odpowiedzialności za swoje niepowodzenia na czynniki zewnętrzne, tym razem także nie zamierzam tego robić.
2. Chęć poprawiania wyników na różnych dystansach jest dla mnie w dalszym ciągu największą motywacją. Czułem się dziwnie i nieswojo, gdy po maratonie przez kilka tygodni nie miałem przed sobą żadnego konkretnego celu biegowego. Lubię wiedzieć, że mam wyznaczone zadanie do wykonania. Bardzo lubię drogę i planowanie procesu, który wiedzie do podjęcia próby pokonania określonego dystansu i czasu. To mnie napędza, mimo, że efekty nie zawsze są zgodne z oczekiwaniami. Te przedstartowe emocje – jednocześnie kocham je i nienawidzę.
3. Nie mogę łapać wszystkich srok za ogon tzn. dobrze biegać: piątkę, dychę, półmaraton i maraton. Chcąc być dobrym na każdym dystansie, staję się średnim na każdym z nich. Nie chcę być średniakiem, więc muszę postawić na konia, który zapewni mi sukces😉.
4. To był czas zbierania kolejnych doświadczeń, które mam szansę wykorzystać do tego, aby stać się lepszym zawodnikiem. Na treningach czułem się zazwyczaj bardzo dobrze. W zawodach było trochę słabiej niż oczekiwałem. Po super jesieni 2022, miałem apetyt na kolejne przyspieszenie. Na to muszę jeszcze poczekać. Wierzę w proces, cierpliwość i pokorę.
Rozpoczęło się lato – cudowny okres do biegania. W czerwcu pogoda była wyśmienita i miałem już kilka okazji do biegania w lesie i na stadionie bez koszulki, czując pod pachami powiew ciepłego wiatru😉. To czas, na który czekam cały rok. Kończę pisać tego posta w komórce, trochę „na kolanie”, siedząc na lotnisku i czekając na samolot, który zabierze nas na rodzinne wakacje. Biegać nie zamierzam przez najbliższy czas, no może potruchtam raz czy dwa. Po złapaniu oddechu i małym resecie (czuję, że bardzo tego potrzebuję, bo w treningu jestem nieprzerwanie od grudnia), wracam na biegowe ścieżki. Już nie mogę się doczekać.
Tymczasem👍
![]() |
| 9 kilometr w Osiecznej. Widać, że jest ciężko :) |






