Letnia przygoda // 31.07.2023

 

Trudno jest mi zamieszczać na blogu nowe, ciekawe treści, wiodąc, w gruncie rzeczy, tak uporządkowane i nieskomplikowane życie jak ja. Zaczynając tworzyć każdy kolejny wpis mam zazwyczaj pustkę w głowie. Jednak później myśli nagromadzone w zakamarkach duszy znajdują swoje ujście i jest już z górki. Tym razem pewnie będzie podobnie.

Lipiec, a szczególnie jego początek,  kojarzy mi się z dwiema imprezami sportowymi: Tour de France i Wimbledonem. Od wielu lat, jeśli tylko mam możliwość, z zapartym tchem oglądam zmagania sportowców. Inne ważne sprawy schodzą w tym czasie na dalszy plan. Każdy kolarski etap i mecz tenisowy trwają zazwyczaj bardzo długo. Nierzadko jest to 4 czy 5 godzin. Z jednej strony jest to wygodne, bo można przy okazji transmisji wykonywać kilka innych czynności. Z drugiej, trudno jest utrzymać koncentrację na rywalizacji przez tak długi czas. Zastanawiam się czy te niezwykle popularne na całym świecie dyscypliny sportowe mają szansę przetrwania w obecnej – tradycyjnej formule. Pokolenie obecnych 15-20 latków nie pasjonuje się przecież śledzeniem sportu w telewizji. A za chwilę oni staną się docelową grupą, do której kierowana jest oferta reklamodawców, finansujących sport. Ciekawi mnie w jakim kierunku będzie to ewoluowało, bo, że obecny stan jest w długiej perspektywie nie do utrzymania, nie ulega dla mnie wątpliwości.

Powrót do biegania w lipcu, po urlopowej – 10 dniowej przerwie – był, jak przy każdej tego typu pauzie, niezbyt okazały. Aby zacząć swobodnie hasać jak zajączek, swoje trzeba odcierpieć po powrocie. Zawsze się zastanawiam czy warto robić przerwy od biegania w środku sezonu. W tym roku (podobnie jak w ubiegłym) postanowiłem odpocząć. Większość miesiąca przeznaczyłem na stopniowe wprowadzenie i przygotowanie organizmu do kluczowych sierpniowych treningów pod jesienne starty. Te zaplanowane są rzecz jasna na wrzesień i październik.

Wracając jeszcze do urlopu, mam do opowiedzenia ciekawą historię, związaną ze spontanicznym startem w Night Trail Lloret de Mar. Celowo nie napisałem tego w relacji na fejsbuku, którą zamieściłem po tym biegu (ekskluzywne treści dostępne są tylko na blogu 😍). Ale od początku. Spacerując po Lloret de Mar zauważyłem plakat informujący o biegu, który miał zostać rozegrany w trakcie naszego pobytu. W tym momencie pomyślałem sobie, że nie ma opcji, abym nie wykorzystał takiej okazji, tym bardziej, że nigdy dotąd nie startowałem za granicą. 

Tak więc szybki kontakt z organizatorem, wymiana kilku maili i udało się zorganizować pakiet startowy na dystansie 7 km. W założeniu miał to być dla mnie start typowo turystyczny. Wiadomo jak to jest na wakacjach: trudno trzymać dietę, ilość snu i ogólnego reżimu przedstartowego (z czym w domu nie mam problemu), pozostawiała, oględnie mówiąc, wiele do życzenia. W sumie i tak nie miało to znaczenia. 

Jako, że był to bieg trailowy, trasa była bardzo zróżnicowana. Najpierw 3 kilometrowy leśny odcinek (bardzo pagórkowaty). Później częściowo promenadą i bardzo techniczny etap schodami w górę, a następnie w dół. Trzeba było bardzo uważać, aby nie wywinąć orła na tych schodach, bo było już dość ciemno (start biegu o 21:30), a do tego slalom pomiędzy spacerującymi turystami. Finisz to około 300 metrowy odcinek na plaży. 

Biegłem sobie w komfortowym tempie od początku i na pierwszym zbiegu zacząłem stopniowo wyprzedzać osoby biegnące przede mną. Po kilku minutach stało się to, czego się obawiałem. Po prostu nie potrafię startować w zawodach w formule „run for fun”. Gdy wyprzedziłem jakiegoś zawodnika, na radar brałem następnego. Pod koniec biegu dogoniłem dwóch Hiszpanów i biegłem razem z nimi, a raczej za nimi. Trasa była oznaczona tylko wiszącymi gdzieniegdzie szarfami, więc wolałem się nie wychylać na obcym terenie, bo i tak  nie wiedziałbym gdzie biec. Na finiszu na plaży bez większego trudu wyprzedziłem obu i dobiegłem do mety. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, przeciąłem wstęgę na mecie, jako zwycięzca biegu. Wydawało mi się to niemożliwe, bo choć na starcie nie zwracałem na to uwagi, miałem wrażenie, że kilka osób jeszcze biegło przede mną. No nic, zwycięzca to zwycięzca, nie sądzi się ich, jak głosi przysłowie😏. Jako dowód na to, że nie konfabuluję i że byłem „chwilowym zwycięzcą”, zamieszczam zdjęcie z mety.

 

Zaraz za mną przybiegło dwóch, wspomnianych wcześniej, kolegów i traktowano nas jako pierwszą trójkę. Nie trzeba było długo czekać, aby na metę wpadło kolejnych 2 zawodników i zaczęli protestować. Co się okazało, nasza trójka skróciła sobie trochę dystans biegu a tamci pobiegli prawidłowo. W konsekwencji organizatorzy przesunęli nas w klasyfikacji o 2 pozycje niżej. Nie robiłem oczywiście z tego powodu problemu, bo po pierwsze traktowałem ten bieg jako miłą i niespodziewaną urlopową atrakcję, a po drugie sam kiedyś byłem w podobnej sytuacji, gdzie po moim proteście organizatorzy przy „zielonym stoliku” uwzględnili fakt, że pomyliłem trasę i przyznali mi miejsce na pudle.

Taki to był bieg z przygodami, który prawie wygrałem😁.

Okres przejściowy, pomiędzy wiosennym a jesiennym sezonem startowym, trwa w najlepsze. Wiadomo jak to wygląda w wakacje. Poza regularnymi treningami, nic wielkiego się nie dzieje. Jest za to więcej czasu, aby zastanowić się nad tym, na jakim dystansie skupić się jesienią. Będąc szczerym, nie chce mi się za bardzo o tym rozmyślać, bo i po co. Będzie co ma być. Staram się korzystać z dobrej pogody, słońca (he he…żarcik taki) i po prostu aktywnie spędzać czas. Poza tym odkrywam nieznane mi wcześniej sposoby zabawy i komunikacji poprzez nagrywanie filmików. 

No dobra, nie ma co się za bardzo rozpisywać, bo i tak pewnie mało kto już czyta (nie mówiąc o pisaniu) bloga. Wszystko co istotne rozgrywa się w mediach społecznościowych. Tam trzeba bywać😎.

Jeśli lubisz czytać mojego bloga, będzie mi bardzo miło, jeśli po przeczytaniu tego wpisu dodasz 👍.

Dziękuję!

GG

Fot: Patryk Niewiadomski – Foto