Międzynarodowy Bieg Warciański, czyli randka w Kole // 23.10.2023

 

Nie można mieć wszystkiego. W tym roku większość moich relacji z biegów to próba znalezienia przyczyn przeciętnej formy oraz nadzieja, że to co dobre, dopiero nadchodzi. Czy tym razem będzie podobnie?

.
W poprzednim wpisie opisywałem swoje wrażenia z przebiegu półmaratonu w Gdańsku. Ten występ oceniłem całkiem spoko. To było już ponad miesiąc temu. Kolejnym przystankiem podczas jesiennych startów była Lubiszewska Dycha. Nie sprawiła mi ona zbyt dużo przyjemności. Tydzień po półmaratonie byłem jeszcze zmęczony. Gdybym nie musiał wziąć udziału w tym biegu, ze względu na sklasyfikowanie w Grand Prix Powiatu Tczewskiego, na pewno bym w nim nie wystąpił. Szczególnie na tej bardzo trudnej, crossowej trasie. Noga nie szła i nic nie mogłem zrobić. Walczyłem na tyle, na ile mogłem. Niektóre biegi trzeba po prostu odhaczyć i tyle. Kalendarz imprez nie ułożył się w tym roku korzystnie. O wiele lepiej byłoby dla mnie pobiec dychę w crossie tydzień przed połówką (tak jak w ubiegłym roku), a nie tydzień po. Kropka.

Po tym biegu musiałem podjąć decyzję co dalej. W dość odległej perspektywie był Półmaraton Nadwiślański zaplanowany w ostatnią niedzielę października. Zostały cztery tygodnie a forma zauważalnie poszła w górę. Bardzo kusiła mnie opcja przebiegnięcia szybkiej dychy na atestowanej trasie. W oko wpadł mi Międzynarodowy Bieg Warciański w Kole. Słyszałem już o nim wcześniej. Nazwa biegu może nie rzuca na kolana i spece od marketingu sportowego wymyśliliby bardziej zachęcającą nazwę, ale to dlatego, że bieg ma ponad 40 letnią historię. W tym roku odbyła się jego 43 edycja. Jest to impreza, która cieszy się ogromnym szacunkiem wśród polskich szybkobiegaczy. Dość wspomnieć, że rekordy trasy wynoszą poniżej 29 minut u mężczyzn i poniżej 33 minut u kobiet, a od dwóch lat bieg ma rangę Mistrzostw Polski Kobiet PZLA na dystansie 10km. To oznaczało, że ekipa do biegania będzie bardzo zacna. Postanowiłem spróbować swoich sił w tej stawce i zapisałem się na bieg.

Koło znajduje się w województwie wielkopolskim i jest oddalone od Tczewa o ponad 240 kilometrów. Bieg zaplanowano na niedzielę, start w południe. Teoretycznie i praktycznie dojazd samochodem zajmuje około 2,5 godziny, można byłoby wyjechać wcześnie rano w niedzielę i bez problemu zdążyć na start. A może połączyć przyjemne z pożytecznym i pojechać już w sobotę? 

Zaprosiłem więc żonę na randkę z noclegiem w Kole. Wyjazd bez dzieci. Sam nie wiem kto był bardziej zadowolony, my czy oni😁. Czy ponad 40 letni nastolatkowie z 20 letnim stażem małżeńskim powinni jeździć na randki? Czy to ma sens? Po co wydawać pieniądze na głupoty, jest przecież tyle ważniejszych wydatków w domowym budżecie…😂.

Wszystko układało się bardzo fajnie do przedstartowej środy. W trakcie treningu poczułem silny ból w stopie (rozcięgno podeszwowe). Okej, to nic takiego, nie pierwszyzna dla biegaczy, przejdzie. Gdy wracałem autobusem ze stadionu do domu, ból cały czas nie ustawał. Miałem złe przeczucie. W czwartek rano ledwo mogłem chodzić, kulałem i było dla mnie jasne, że niedzielny start będę musiał prawdopodobnie odpuścić. 

Jedyne co mogłem zrobić w tej sytuacji, to szybko zadziałać z fizjoterapią i liczyć na mały cud. Umówiłem się więc na piątek. Rezerwację w hotelu odwołałem. Nie będę przedłużał, tylko od razu napiszę, że wizyta w gabinecie fizjoterapii pomogła (fala uderzeniowa + masaż stopy i mięśni podudzia). Cały czas czułem lekki dyskomfort, ale była nadzieja, że szybko uporam się z tą dolegliwością. Ostateczna decyzja odnośnie wyjazdu miała zapaść w sobotę rano.

Dobra, to jedziemy…. 😇.

Ponowna rezerwacja hotelu. A tak przy okazji, jeśli przebywasz w okolicy Koła i z jakiegoś, bliżej nieokreślonego, powodu będziesz potrzebował przenocować, polecam hotel Mazurek. 

Na miejscu kolacyjka i bardzo miły wieczór. Rano odebrałem pakiet startowy i spokojnie oczekiwałem na start w pozycji horyzontalnej w hotelu. Cały czas zastanawiałem się nad tym czy noga wytrzyma. O samym biegu nie chce mi się za bardzo opowiadać, bo i nie ma o czym. Jeszcze do połowy dystansu biegło się jako tako, choć już po mniej więcej 4 kilometrach wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Wystarczy spojrzeć na moją minę na zdjęciu.

Mina mówi wszystko

Dobiegłem w czasie 37’29”…. co najmniej minutę wolniej od zakładanego. Lipa. Stopa nie dokuczała w trakcie biegu, chociaż pisząc te słowa w poniedziałek, nie jest już tak różowo.

Podsumowując, sportowo wyjazd nieudany, randka z Anią udała się za to wyśmienicie. Wracając do domu humor mi dopisywał, co nieczęsto się zdarza po kiepskich startach. Na analizy przyjdzie jeszcze czas. W tym momencie najważniejsze jest dla mnie to, że mogę realizować pasję, mam u boku kobietę, która jest ze mną w dobrych i złych chwilach. Dopełnieniem udanego weekendu była wspólna degustacja wina (bardzo rzadki przypadek ostatnio), już w domowych pieleszach. 

Czego chcieć więcej?