Nie można mieć wszystkiego. W tym roku większość moich relacji z biegów to próba znalezienia przyczyn przeciętnej formy oraz nadzieja, że to co dobre, dopiero nadchodzi. Czy tym razem będzie podobnie?
Po tym biegu musiałem podjąć decyzję co dalej. W dość odległej perspektywie był Półmaraton Nadwiślański zaplanowany w ostatnią niedzielę października. Zostały cztery tygodnie a forma zauważalnie poszła w górę. Bardzo kusiła mnie opcja przebiegnięcia szybkiej dychy na atestowanej trasie. W oko wpadł mi Międzynarodowy Bieg Warciański w Kole. Słyszałem już o nim wcześniej. Nazwa biegu może nie rzuca na kolana i spece od marketingu sportowego wymyśliliby bardziej zachęcającą nazwę, ale to dlatego, że bieg ma ponad 40 letnią historię. W tym roku odbyła się jego 43 edycja. Jest to impreza, która cieszy się ogromnym szacunkiem wśród polskich szybkobiegaczy. Dość wspomnieć, że rekordy trasy wynoszą poniżej 29 minut u mężczyzn i poniżej 33 minut u kobiet, a od dwóch lat bieg ma rangę Mistrzostw Polski Kobiet PZLA na dystansie 10km. To oznaczało, że ekipa do biegania będzie bardzo zacna. Postanowiłem spróbować swoich sił w tej stawce i zapisałem się na bieg.
Koło znajduje się w województwie wielkopolskim i jest oddalone od Tczewa o ponad 240 kilometrów. Bieg zaplanowano na niedzielę, start w południe. Teoretycznie i praktycznie dojazd samochodem zajmuje około 2,5 godziny, można byłoby wyjechać wcześnie rano w niedzielę i bez problemu zdążyć na start. A może połączyć przyjemne z pożytecznym i pojechać już w sobotę?
Zaprosiłem więc żonę na randkę z noclegiem w Kole. Wyjazd bez dzieci. Sam nie wiem kto był bardziej zadowolony, my czy oni😁. Czy ponad 40 letni nastolatkowie z 20 letnim stażem małżeńskim powinni jeździć na randki? Czy to ma sens? Po co wydawać pieniądze na głupoty, jest przecież tyle ważniejszych wydatków w domowym budżecie…😂.
Wszystko układało się bardzo fajnie do przedstartowej środy. W trakcie treningu poczułem silny ból w stopie (rozcięgno podeszwowe). Okej, to nic takiego, nie pierwszyzna dla biegaczy, przejdzie. Gdy wracałem autobusem ze stadionu do domu, ból cały czas nie ustawał. Miałem złe przeczucie. W czwartek rano ledwo mogłem chodzić, kulałem i było dla mnie jasne, że niedzielny start będę musiał prawdopodobnie odpuścić.
Jedyne co mogłem zrobić w tej sytuacji, to szybko zadziałać z fizjoterapią i liczyć na mały cud. Umówiłem się więc na piątek. Rezerwację w hotelu odwołałem. Nie będę przedłużał, tylko od razu napiszę, że wizyta w gabinecie fizjoterapii pomogła (fala uderzeniowa + masaż stopy i mięśni podudzia). Cały czas czułem lekki dyskomfort, ale była nadzieja, że szybko uporam się z tą dolegliwością. Ostateczna decyzja odnośnie wyjazdu miała zapaść w sobotę rano.
Dobra, to jedziemy…. 😇.
Ponowna rezerwacja hotelu. A tak przy okazji, jeśli przebywasz w okolicy Koła i z jakiegoś, bliżej nieokreślonego, powodu będziesz potrzebował przenocować, polecam hotel Mazurek.
Na miejscu kolacyjka i bardzo miły wieczór. Rano odebrałem pakiet startowy i spokojnie oczekiwałem na start w pozycji horyzontalnej w hotelu. Cały czas zastanawiałem się nad tym czy noga wytrzyma. O samym biegu nie chce mi się za bardzo opowiadać, bo i nie ma o czym. Jeszcze do połowy dystansu biegło się jako tako, choć już po mniej więcej 4 kilometrach wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Wystarczy spojrzeć na moją minę na zdjęciu.
![]() |
| Mina mówi wszystko |
Dobiegłem w czasie 37’29”…. co najmniej minutę wolniej od zakładanego. Lipa. Stopa nie dokuczała w trakcie biegu, chociaż pisząc te słowa w poniedziałek, nie jest już tak różowo.
Podsumowując, sportowo wyjazd nieudany, randka z Anią udała się za to wyśmienicie. Wracając do domu humor mi dopisywał, co nieczęsto się zdarza po kiepskich startach. Na analizy przyjdzie jeszcze czas. W tym momencie najważniejsze jest dla mnie to, że mogę realizować pasję, mam u boku kobietę, która jest ze mną w dobrych i złych chwilach. Dopełnieniem udanego weekendu była wspólna degustacja wina (bardzo rzadki przypadek ostatnio), już w domowych pieleszach.
Czego chcieć więcej?



