Nie ma co ukrywać.
Jestem zakochany w combo imprezie o nazwie Półmaraton/Maraton Nadwiślański Szlakiem Doliny Dolnej Wisły. Będąc precyzyjnym, w jej części obejmującej dystans 21 kilometrów. Z tego co wiem, nie tylko ja darzę ją uczuciem. To nie jest ślepa miłość i dostrzegam pewne aspekty, które mogłyby uczynić z tego projektu gwiazdę na firmamencie biegów organizowanych w Polsce. O tym jednak później.
Dlaczego uwielbiam ten bieg?
1. Bo znam mnóstwo osób, które w nim corocznie startują i one mnie znają. Dobrze się czuję wśród tych ludzi.
2. Bo jedziemy na start około pół godziny autobusem i to jest najbardziej przyjemna część biegu.
3. Bo wyprzedzamy maratończyków biegnących z powrotem do Tczewa i dodaje nam to wiatru w żagle (przepraszam kochani maratończycy 😍).
4. Bo zazwyczaj udaje mi się wywalczyć dobry wynik i stać na podium, co jest bardzo przyjemne.
5. Bo impreza ma kameralny charakter i wiele czołowych miejsc i nagród zdobywają lokalni biegacze a nie anonimowi – zawodowi turyści biegowi.
6. Bo w puli nagród do wylosowania dla uczestników jest duża kwota pieniędzy. Co prawda ja prawie nigdy nie mam szczęścia, ale emocje są zawsze.
7. Bo ceremonia wręczenia nagród prowadzona przez Tomka trwa w nieskończoność i jest zabawna. W tym roku hitem były pomylone puchary. Odebrałem to jako część spektaklu😁.
8. Bo po biegu mamy spotkanie integracyjne z dużą ilością jedzenia i odrobiną piwa😋.
Trochę się bałem przed startem, czy dam radę w tym roku polecieć tczewską połówkę. Wspominałem już, że dopadły mnie drobne problemy z rozcięgnem podeszwowym. Cały przedstartowy tydzień intensywnie się rehabilitowałem i bardzo niewiele biegałem. Pomogło.
Na co liczyłem przed biegiem? Na to, że noga wytrzyma i będę w stanie pobiec na 100% aktualnej formy. W praktyce, realnie myślałem o wyniku 1:22, jako dobrym. Na temat przebiegu rywalizacji nie ma co za wiele się rozpisywać. Co roku jest praktycznie bardzo podobnie. Trasa nie ulega zmianie, biegnę sam niemal od startu do mety a zmęczenie narasta.
Biorąc pod uwagę cały czas padający deszcz i zimno, czyli warunki, których nie lubię, oceniam występ bardzo przyzwoicie (1:21’30”). Do zeszłorocznej życiówki zabrakło półtorej minuty, wiec pełnej satysfakcji nie ma. Mimo słabszej formy, cały czas pozostaję w czołówce w swojej kategorii wiekowej. Kolejne pudło bardzo cieszy.
Każda, nawet najlepsza, impreza w końcu osiągnie swój „sufit”, który niezwykle trudno jest przekroczyć. Czy tak jest w przypadku nadwiślańskich biegów? Według mnie jeszcze nie. Organizacyjnie wszystko funkcjonuje jak w szwajcarskim zegarku. Widać, że bieg jest przygotowywany przez biegaczy – dla biegaczy.
To, nad czym moim zdaniem należałoby się pochylić, to termin zawodów. Szczególnie w kontekście kumulacji z Biegiem Sambora – niekorzystny układ biegów (najpierw dłuższy, potem krótszy). Mam kilka propozycji.
Opcja 1 – zamienić terminy obu biegów (najpierw Sambor w październiku, tydzień później półmaraton/maraton). Byłaby to idealna sytuacja dla większości startujących „na wynik” w połówce i maratonie. Super przetarcie na dychę podczas Sambora i „dzida” za tydzień. Przy obecnym układzie biegów, trzeba wybrać jeden z nich na mocne bieganie. Jest to szczególnie uciążliwe dla maratończyków, co było widoczne chociażby w tym roku.
Opcja 2 – zmienić termin półmaratonu/maratonu na tydzień po Samborze. Od razu odrzucam argument, że to termin tradycyjnych biegów niepodległościowych. No i co z tego? O frekwencję w ogóle się nie martwię przy tym poziomie i renomie imprezy.
Opcja 3 – przyspieszyć o tydzień półmaraton/maraton nadwiślański – pogoda jest z reguły o wiele bardziej łaskawa w okolicach 20 października. Biegacze zyskują dodatkowy tydzień odpoczynku przed Samborem.
Opcja 4 – Bieg Sambora na tydzień przed półmaratonem/maratonem (mniej więcej 20 października).
Być może warto podjąć merytoryczną dyskusję w tym temacie i wywrzeć lekką presję na organizatorach biegów😊. Osobiście lubię, gdy zawody biegowe mają ruchome terminy. Argument, że to już „tradycja” i ludzie się przyzwyczaili do tego, że biegi nadwiślańskie są w ostatnią niedzielę października, niespecjalnie do mnie przemawia. Identycznie w odniesieniu do Sambora. Czy termin na początku listopada to dogmat? Nowe tradycje stałyby się równie fajne jak te stare. Tak myślę.
Sześć dni po półmaratonie, po rocznej nieobecności, pojawiłem się na starcie Biegu Sambora. To była edycja numer 32, piękna historia. Generalnie nie zamierzałem brać w nim udziału, ale stwierdziłem, że tej jesieni i tak nic sensownego już nie pobiegam pod kątem wyników, więc trochę bez sensu robić jakościowe treningi. Postanowiłem, że pobiegnę w ramach mocnej jednostki, z uśmiechem na twarzy, bez presji a przy okazji będę dobrze się bawił. Nie oznaczało to bynajmniej, że będę truchtał.
Na bieg zapisałem się w sobotę, w dniu zawodów. Podjechałem po pakiet przed 10:00 i wróciłem do domu. 45 minut przed rozpoczęciem rywalizacji, trzeba było opuścić domowe pielesze i udać się na start.
Trasa biegu Sambora nie jest moją ulubioną, szczególnie odcinek biegany po czyżykowskich jumbach, nie należy do przyjemności. No ale jest, jak jest. Wiedziałem o tym przed startem, więc nie będę narzekał. Pierwsze dwa kilometry biegłem z Mariuszem na 4 – 5 pozycji i byłem szczerze zdziwiony, że przed nami jest tak mało zawodników. We wcześniejszych latach obsada Biegu Sambora była zawsze bardzo mocna. W tym roku, podejrzewam, że miały na to wpływ niebyt pochlebne recenzje po zeszłorocznej edycji, stawka była „mniej wymagająca” :).
Sam przebieg rywalizacji nie miał dla mnie jakoś super emocjonalnego przebiegu. Biegłem cały czas swoje. Mocno, ale we względnym komforcie. Gdyby jesienna forma była wyższa, pewnie byłbym w stanie depnąć i powalczyć o trzecie miejsce. Ale nie byłem.
Po biegu byłem chyba najbardziej zadowolony z zawodników z czołówki, mimo, że zająłem najgorsze – czwarte miejsce. Świadczą o tym zdjęcia z finiszu :). Nie było już szans na lepszą lokatę, więc gdy tylko ujrzałem wycelowane we mnie obiektywy aparatów, udawałem, że nie jestem zmęczony😏. A za metą cóż, wywiady, itp, itd. Co zrobić, takie życie blogowego celebryty.


Nie byłem pewien, ile razy uczestniczyłem już w dwóch kultowych tczewskich imprezach. Po sprawdzeniu okazało się, że przebiegłem 8 razy oba biegi. Nie wiem tego dokładnie, ale podejrzewam, że jestem w czołówce, jeśli chodzi o udział w Półmaratonie Nadwiślańskim (w tym roku odbyła się 11 edycja). Z chęcią natomiast poznałbym klasyfikację Biegu Sambora pod kątem ilości startów. Tutaj lista biegaczy „z brodą” jest zapewne dużo dłuższa. Być może ktoś z czytelników dysponuje taką statystyką i chciałby się nią podzielić? Z przyjemnością udostępniłbym ją na blogu i pogratulował multi-uczestnikom.
Pochwalcie się w komentarzach ile macie na koncie startów w obu tych biegach. Kto mnie pobije?😀



