Tradycją mojego bloga jest coroczny wpis podsumowujący sezon/rok startowy. Dzisiaj będzie właśnie o tym.
Zanim pochylę się nad moimi tegorocznymi, nędznymi występami, chciałbym napisać parę słów na temat Barcelony, którą dwukrotnie odwiedziłem w tym roku. Aby dobrze zobrazować to, co chcę przekazać, muszę cofnąć się w opowieści do 20 maja 1992 roku. Miałem wtedy 15 lat i bardzo interesowałem się piłką nożną. Dlaczego wspominam akurat dzień sprzed ponad 31 lat? W tym dniu rozegrany został finał Pucharu Europy Mistrzów Krajowych (zwany teraz Ligą Mistrzów), pomiędzy FC Barceloną a Sampdorią Genua. To taka symboliczna data dla mnie. Wiedziałem, że już do końca życia będę wiernym kibicem tylko jednego klubu. Nietrudno się domyślić, że tym zespołem jest FC Barcelona, która wygrała finałowy mecz 1:0, po fenomenalnym strzale Ronalda Koemana z rzutu wolnego. W tamtych starych czasach piłka nożna była rozrywką, która dostarczała wiele emocji, a na każdy mecz czekało się i oglądało z wypiekami na twarzy. Drużyna FC Barcelony, pod wodzą piłkarskiego wizjonera Johhana Cruyuffa, składała się ze wspaniałych zawodników: Guardioli, Bakero, Zubizarrety, Stoichkova, Amora, Beguristaina i wielu innych. Ich gra była inna niż pozostałych drużyn. Piłka sunęła po murawie od nogi do nogi, jak po sznurku. Wydawało się, że zawodnicy mają klej na butach, do których przykleja się piłka, a bieganie nie sprawia im żadnego wysiłku. Ta gra była tak hipnotyzująca i różna w porównaniu do tego, co można było oglądać zazwyczaj, że skradła moje serce na zawsze😀.
Później nastały czasy i sukcesy Rivaldo, Luisa Enrique, Ronaldinho, Messiego, Iniesty, Pique i innych, ale o tym nie warto mówić, bo to wszyscy pamiętają. Po tych wszystkich latach, pełnych sukcesów, ale także sromotnych porażek, dalej, jeśli tylko mogę, oglądam wszystkie mecze FC Barcelony. Innych meczów już w zasadzie nie oglądam, bo mnie nudzą.
Zawsze marzyłem o tym, żeby móc pojechać do Barcelony, poznać miasto, jego historię, klimat, stać się jego częścią. Kiedy stało się to realne i dostępne, poprzez możliwość podróżowania tanimi liniami, zacząłem odwlekać ten moment, bojąc się rozczarowania. Wolałem utrwalać w sobie obraz miasta jako mitycznej Itaki i jak ten Odyseusz, bez pośpiechu, wracać do domu przez wiele lat. Wiedziałem, że w końcu tam pojadę. Ten moment nastąpił latem tego roku, spędziliśmy jeden dzień w Barcelonie, przy okazji wakacji. Nie zawiodłem się miastem, czułem się w nim jak u siebie i utwierdziłem w przekonaniu, że mógłbym w nim zamieszkać na stałe. Choćby zaraz. Oczywiście przez jeden dzień niewiele można zobaczyć w tak dużym mieście. Po powrocie wiedziałem, że chcę ponownie odwiedzić Barcelonę i to jak najszybciej. Od razu kupiłem bilety na dłuższy, 3 dniowy pobyt w listopadzie.
Było wspaniale.
Trzy dni intensywnego zwiedzania. Zachwyt nad przepiękną architekturą miasta, widoczną na każdym kroku. Nie mogło zabraknąć ponownej wizyty w muzeum FC Barcelony, a także na obiektach olimpijskich, gdzie obecnie rozgrywa swoje mecze blaugrana. Okazało się (nie wiedziałem tego przedtem), że trafiłem na dzień meczowy, w którym żeńska drużyna FCB podejmowała ekipę Realu Madryt w ligowym meczu. Piłkarscy fani wiedzą co to oznacza. Nie mogłem tego przegapić. Atmosfera na trybunach była rewelacyjna. Prawie pełen stadion, 39 tysięcy żywiołowo dopingujących ludzi, magia. Czułem, że jestem we właściwym miejscu. U siebie.
Piszę te słowa w samolocie, wracając do domu. Jestem zmęczony, ale mega zadowolony. Wiem, że niedługo tam wrócę. To był męski wypad z kolegą, podczas którego część zwiedzania odbywaliśmy razem a część oddzielnie, w zależności od tego, co kogo interesowało. Poruszanie się po mieście jest bardzo wygodne. Barcelona ma niesamowicie rozwiniętą sieć komunikacyjną, my korzystaliśmy głównie z metra. Gdyby ktoś z Was szukał sprawdzonych tipów, dotyczących pobytu w mieście Gaudiego, chętnie pomogę.
Jedynym minusem wycieczki do Barcelony było to, że nie mogłem uczestniczyć w gali podsumowującej Grand Prix Powiatu Tczewskiego i osobiście odebrać nagrody i pucharu za zajęcie 3 miejsca. No cóż, nie można mieć wszystkiego, nagrodę odebrał syn Filip, więc lipy nie było😀.
Gdy ten wpis zostanie opublikowany, minie już ponad tydzień od wznowienia przygotowań do nowego sezonu. Czas odpoczynku minął bardzo szybko, w tym roku było to 10 dni bez biegania. Plan na nowy rok już jest. W połowie lutego chciałbym przebiec półmaraton w… Barcelonie😜. Czasu na przygotowania, wbrew pozorom, nie pozostało bardzo dużo. Czy uda mi się zrealizować ten cel? Póki co, poluję na tanie bilety na Ryanaira, ale coś nie chcą stanieć😀.
————————————
Roztrenowanie rozpocząłem 11 listopada, po ukończeniu Biegu Niepodległości w Malborku. Po Samborze zastanawiałem się nad tym, czy przedłużać moją biegową agonię w tym sezonie. De facto, od połowy października już nie trenowałem. Co prawda coś tam truchtałem, ale bardzo niewiele i skupiałem się raczej na oszczędzaniu nóg i energii na starty. Lubię kończyć sezon zawodami w jednym z licznie organizowanych biegów niepodległościowych. Ostatecznie, nie mając w planach żadnej innej aktywności upamiętniającej Dzień Niepodległości, zdecydowałem się na biegowe zakończenie sezonu w Malborku. Nie chciało mi się jechać gdzieś daleko w Polskę, wybrałem bieg, który odbywał się najbliżej domu.
To był jeden z przyjemniejszych występów w zawodach w tym roku. Żadnego spinania się, nastawiania na super wynik. Czysta radość z biegania. Dodatkowo pogoda była bardzo sprzyjająca, więc szkoda było tego nie wykorzystać. Bieg w Malborku to był czwarty tydzień pod rząd w którym startowałem w zawodach. Oczywiście kłóci się to z lansowaną przeze mnie tu i ówdzie tezą, że tak nie należy postępować. No cóż, na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć jedno: końcówka przeciętnego sezonu rządzi się swoimi prawami 😋.
Dziwny to był sezon. Od strony sportowej nie mogę zaliczyć go do udanych. Plany i zamierzenia na początku roku były inne. Po dużym kroku do przodu z wynikami w 2022, bieżący przyniósł mi wiele rozczarowań. Skłamałbym, gdybym powiedział, że wiem dlaczego tak się stało. W tym momencie tego po prostu nie wiem. Co więcej, nie mam żadnego problemu z tym, aby się do tego przyznać. Pewnie jak zawsze, to suma różnych małych błędów i przypadków. W tym roku nie poprawiłem żadnego rekordu życiowego, za wyjątkiem maratonu, który i tak nie był moim sukcesem. Dzisiaj, z perspektywy kilku miesięcy, rozmów z ludźmi i analizy, nie oceniam tego startu tak bardzo krytycznie, jak na początku. Wynik 3h02′ prawdopodobnie będę chciał jeszcze kiedyś poprawić. Póki co wiem, że ponownie muszę szukać nowych rozwiązań treningowych i diametralnie zmienić podejście do przygotowań, głównie do polityki startowej. To jest dla mnie trudne, bo lubię brać udział w zawodach, stawiać sobie konkretne cele i próbować je osiągnąć. Powinienem rozsądniej planować starty i trochę je ograniczyć a nie rozdrabniać się tak, jak dotychczas. Pamiętam, że to samo pisałem w zeszłym roku i średnio mi to wyszło. No nic, spróbuję.
Nie boję się zmian i mam pomysł na to, aby przyszły rok był sportowo lepszy. Ja mówią mądrzy ludzie: trudno oczekiwać innych rezultatów, jeśli czynności wykonuje się cały czas w podobny sposób. Poprawianie rekordów życiowych oczywiście bardzo cieszy, ale to nie jest to dla mnie cel nadrzędny i jedyny. To był kolejny rok, w którym bieganie sprawiało mi ogromną radość, niemal na każdy trening wychodziłem z uśmiechem na ustach. Pomimo, że kluczowe starty nie poszły po mojej myśli, nastawienie zawsze miałem pozytywne.
Statystyki:
W 2023 wziąłem udział w 15 imprezach biegowych w tym:
1 x maraton
3 x półmaraton – co ciekawe, przebiegłem je praktycznie niemal w takim samym czasie 1:21′ z sekundami
8 x bieg na 10km (w tym 1 na dystansie 10,5km i 1 na 9,7km)
2 x bieg na 5km
1 x trailowy bieg na 7km w trakcie wakacji
O wszystkich pisałem już wcześniej na blogu, więc nie będę się powtarzał. Gdybym miał wybrać jeden, który sprawił mi najwięcej radości, byłoby mi trudno. Każdy miał swoją historię i pamiętam wiele momentów, które są z nimi związane. Gdybym musiał, chyba wybrałbym Tczew na 5, mam do niego duży sentyment. Dodatkowo odbywa się wieczorem, na rozpoczęcie lata, kiedy wydaje się, że wszystko co najlepsze dopiero przed nami😀.
Z tematów pozasportowych, trudno się do czegoś przyczepić. Czuję, że cały czas się rozwijam na kilku frontach. Blog również zmierza w dobrą stronę, wpisy sprawiają mi przyjemność i są, w moim odczuciu, coraz ciekawsze.
W 2024 chciałbym postartować trochę za granicą. Mam nadzieję, że uda się spełnić jedno lub dwa biegowe marzenia. O tym jednak innym razem. Sezon 2023 żegnam bez żalu, pora iść dalej i myśleć o kolejnym roku. Wielu chłopaków mocno trenuje i coraz trudniej jest mi utrzymać stan posiadania na moim poletku. Będę jednak walczył i cóż, bawimy się dalej!


