Bieg Szpęgawski w jasnych barwach

 

Paskudna polska zima minęła. Wkroczyliśmy w wiosnę. Oby ciepłą, przyjemną i pełną nadziei na przyszłość. Od czasu do czasu dochodzą do mnie sygnały od osób, które zastanawiają się co u mnie słychać. Faktycznie, mało mnie w ostatnich miesiącach widać „na mieście”, ale mi to odpowiada. Robię tylko to, co mam do zrobienia w planie i wracam do domu realizować dalszą część treningu, w postaci leżenia na sofie. 98% treningów zimowych wykonałem w pojedynkę. Dopiero kilka ostatnich niedzielnych treningów tempowych na stadionie, miałem okazję zrobić w grupie. Jak będzie cieplej – wszystko będzie łatwiejsze i chęć do spotkań większa. Jeśli chodzi o „twórczość artystyczną” na blogu, piszę tylko wtedy, jeśli uznam, że mam ku temu powód i to, co chcę przekazać ma sens. Gdy może mieć to chociaż jakąś minimalną wartość dla innych – tym lepiej.

Lutowy półmaraton w Barcelonie dość mocno mnie sponiewierał. Przez 10 kolejnych dni dochodziłem do siebie, wykonując tylko lekkie treningi. To był dobry czas na zastanowienie się nad tym, na czym biegowo skupię się w kolejnych miesiącach. W sumie nie miałem tutaj wielkiej „rozkminy”, bo decyzję podjąłem już wcześniej. W sezonie wiosennych startów koncentruję się na dystansach 5 i 10 kilometrów. Po ostatnich, dość licznych wojażach, nie chciało mi się szukać kolejnego biegu gdzieś daleko. Naturalnym więc wyborem był Bieg Szpęgawski na 5 km w Starogardzie, pod koniec marca. Atestowana trasa, liczna grupa szybkich biegaczy, blisko domu. Wszystko pasowało.

Niedawno trafiłem na komentarz na fejsbuku, pod jednym z wpisów dotyczących biegania. Tak mi się spodobał, że go zanotowałem. Brzmiał tak: „w mediach biegowych dla amatorów powinien być nacisk na dystanse 5k i 10k a nie na maratonowanie na siłę w stylu truchtowo – rozpaczliwym”. Od razu przypomniałem sobie mój zeszłoroczny łódzki maraton i ostatnie 5 kilometrów… 😊. Mam wrażenie, że od pewnego czasu coraz większa grupa biegaczy stara się bardziej racjonalnie podchodzić do swojej amatorskiej przygody z bieganiem i nie „rzuca się” od razu na maraton. W moich wcześniejszych wpisach niejednokrotnie podejmowałem ten temat i cieszę się, że wielu ludzi rozumie ideę stopniowania obciążeń i przygotowania organizmu do zmierzenia się z bardzo wymagającym i destrukcyjnym dystansem maratońskim.

Przygotowania do Biegu Szpęgawskiego były kontynuacją planu, który realizowałem zimą, szykując się do połówki. Oczywiście bodźce zostały zmodyfikowane, specyficznie do dystansu 5 km. Akcenty sprowadzały się do dwóch rodzajów treningów, powtarzanych przez cały cykl, trwający w tym przypadku 4 tygodnie.

Czwartek – BC2/BC3 lub zabawa biegowa

Niedziela – trening tempowy na stadionie

W połowie marca noga zaczęła „chodzić” i poczułem, że w Szpęgawsku będzie duża szansa na dobry wynik. O tempach, przerwach, ilości powtórzeń nie będę pisał, bo i tak nikogo to nie interesuje 😊. Może powiem tylko tyle, że ostatnim mocnym akcentem przed startem nie był żaden z klasycznych treningów, typu 5-6 x 1km na minutowej przerwie. Wielu trenerów zaordynowałoby właśnie coś w tym stylu. Ja dostałem do zrobienia 3 x 800m + 1 x 400m w tempie minimalnie szybszym niż docelowe, na baaaardzo długiej, chodzono-truchtanej przerwie. Była to duża zmiana w porównaniu do tego, co biegałem wcześniej. Lubię trening do piątki, bo jest on dynamiczny, nie pochłania bardzo dużej ilości czasu i nie „zamula” nóg. 

Przed ważnym startem, a ten takim był, rzadko kiedy jestem pewien, że jadę po nową życiówkę. Oczywiście wiele spraw może pójść nie tak, ale generalnie miałem bardzo dobre odczucia. Pomimo oczywistego przedstartowego stresiku, byłem spokojny, skoncentrowany i pewny siebie. Bardzo duży zastrzyk pozytywnej energii dały mi ostatnie treningi tempowe na stadionie, wykonane w naszej grupie, pod okiem trenera. Nie wiem czy to był żart, ale na ostatnim wspólnym bieganiu Darek stwierdził, że w Szpęgawsku mam lecieć na 17’00”. Trochę się przeraziłem, ale po jakimś czasie stwierdziłem, że jestem w stanie to pobiec. Siła sugestii i mentalne wsparcie mają moc!

Rzeczywistość, jak to zwykle bywa, nie okazała się być aż tak różowa, ale i tak, na ten moment, jestem bardzo zadowolony z poprawienia życiówki. 17’16” to nie jest wynik marzeń, ale cenię go i szanuję. Trochę żałuję, że pogoda nie dopisała, jak dla mnie było za zimno. Najważniejsze, że przełamałem zeszłoroczny impas. Dwa starty w tym roku i oba dobre. Cytując klasyka: „moim zdaniem, według mnie kilka niedociągnięć jest”. Pamiętam, że jeszcze na początku tego roku, walcząc z bólem, zastanawiałem się (A. mi świadkiem), czy jeszcze będę w stanie coś sensownego nabiegać i poprawić swoje wyniki w zawodach.

Z ciekawości sprawdziłem moje wcześniejsze starty Biegu Szpęgawskim. Biegowi weterani (he, he) pamiętają, że jeszcze niedawno zawody rozpoczynały się przy monumencie upamiętniającym ofiary II wojny światowej. Obecnie trasa jest atestowana i to duży atut biegu.

2015 – 5,8km (23’02”) śr. tempo 4’11’’/km

2016 – 5,8km (22’20”) śr. tempo 4’04’’/km

2018 – 5,8km (21’15”) śr. tempo 3’40’’/km

2019 – 5,8km (20’42”) śr. tempo 3’34’’/km

2022 – 5km atest PZLA (18’03”) śr. tempo 3’34’’/km

2024 – 5km atest PZLA (17’16”) śr. tempo 3’27’’/km

Małymi kroczkami do przodu, w myśl długofalowej strategii stopniowego rozwoju. Na mecie przede mną było wielu chłopaków w moim wieku lub starszych, więc jest co robić. 

Organizacja biegu, jak co roku na wysokim poziomie, z jednym małym minusem. Odbiór rzeczy pozostawionych w depozycie na starcie – do zdecydowanej poprawy. Poza tym, jak dla mnie (nie mam wybujałych oczekiwań), wszystko gra. Bardzo dobrym ruchem była decyzja o skróceniu i atestowaniu trasy kilka lat temu. Okolicznościowy kubek od razu mi się spodobał ze względu na idealną pojemność i już dzisiaj wypiłem z niego trzy kawy w pracy. Chciałbym jeszcze podkreślić, że trochę z zazdrością, ale też podziwem, patrzę na nagrody wręczane trzem najlepszym starogardziankom i starogardzianom. Niemal wszystkie miasta organizujące zawody, starają się uhonorować najlepszych zawodników w swoim regionie/mieście. Uważam, że to bardzo dobra praktyka, która dodatkowo motywuje lokalnych biegaczy.

Na koniec mała wstawka związana ze zbliżającymi się wyborami, która, wbrew pozorom, ma bardzo wiele wspólnego z bieganiem.

Jedną z największych zalet demokracji (niektórzy powiedzą, że jednym ze skutków ubocznych) jest to, że nawet największa safanduła ma prawo do publicznego zabierania głosu, w ważnych sprawach. Mało tego, może żyć ułudą, jest w stanie spełnić wymagane formalności i poddać się publicznej ocenie, startując na przykład w wyborach do lokalnych władz. Pal sześć, jeśli te ciągłe próby skutkują co najwyżej aprobatą wąskiej grupy malkontentów i krytykantów. Gorzej, jeśli personalnie atakuje się liderów lokalnych inicjatyw, propagatorów szeroko pojętej aktywności fizycznej. Tczew, jako miasto średniej wielkości, nie oferuje wielu atrakcji. Wystarczy pogadać z młodymi ludźmi. Większość z nich nie wiąże swojej przyszłości z tym miejscem. Bliskość Gdańska sprowadza miasto do przysłowiowej sypialni i to się nie zmieni. Jedną z niewielu rozrywek, z którą wielu tczewian się utożsamia i z której są dumni jest parkrun – towarzyski, sobotni, pięciokilometrowy bieg, bez podtekstu sportowej rywalizacji. Co tydzień uczestniczy w nim 300 – 400 osób. Sam, choć nie zdarza się to często, lubię od czasu do czasu przebiec parkruna, jeśli akurat można go wpleść w plan treningowy. Najważniejsza i najcenniejsza jest w tym wszystkim integracja lokalnej społeczności, poprzez ruch na świeżym powietrzu. Kilkusetosobowa grupa mieszkańców – wyborców, to łakomy kąsek. Nic dziwnego, że znalazł się pan, który zapragnął przykleić się do „rozbujanej” inicjatywy i w stylu lekko pasożytniczym próbuje zdobyć poparcie. Ludzie jednak nie są naiwni i jestem pewien, dadzą temu wyraz przy urnie. A życie po wyborach się nie kończy.

Tyle ode mnie.

Myślami jestem już przy kolejnym biegu, tym razem na 10km. Wszystkiego dobrego dla Was wszystkich, niech się biega!

G.