Jest taki temat, który bardzo często pojawia się w rozmowach pomiędzy biegaczami, choć głównie w komentarzach w mediach społecznościowych. Chodzi o udział w zawodach biegaczy pochodzących z krajów afrykańskich. Większość osób interesująca się tematyką biegową wie, że istnieją zorganizowane, kilku – kilkunastoosobowe grupy, przemierzające Polskę (inne kraje również), wzdłuż i wszerz. W sezonie startowym zawodnicy ci, uczestniczą najczęściej w kilku biegach, w ciągu każdego weekendu. Rzecz jasna im większe nagrody finansowe przewidział organizator, tym większe prawdopodobieństwo, że na starcie pojawi się grupa ciemnoskórych zawodników. Rzeczywistość jest taka, że biegacze z Afryki prawie zawsze wygrywają biegi i zgarniają główne nagrody. Czy to źle? Oczywiście, że nie. Są dużo lepsi niż konkurenci, więc ich zwycięstwa nikogo nie dziwią. Nie będę odnosił się do często pojawiających się insynuacji, dotyczących nielegalnego wspomagania. Nie mam na ten temat żadnej wiedzy. Kwestia, jaką chciałem poruszyć w tym miejscu, sprowadza się do pytania, nad którym trochę się ostatnio zastanawiałem. Czy udział zawodników z Afryki, podróżujących po kraju od zawodów do zawodów, ma jakikolwiek wpływ na rozwój biegania w Polsce?
Czy tak zadane przeze mnie pytanie ma sens? Traktując zawody biegowe jako imprezę wolnorynkową, gdzie każdy, kto opłaci wpisowe, ma możliwość podjęcia rywalizacji – na pewno nie. Chodzi mi jednak o szersze spojrzenie. Jednym z powodów, dla którego firmy, miasta czy instytucje wykładają pieniądze na zorganizowanie imprezy biegowej, jest najczęściej chęć promocji. Czyli jest to, ogólnie mówiąc, działanie marketingowe. Marketing, aby był skuteczny, powinien przynosić założone wcześniej rezultaty (np. wzrost sprzedaży, tworzenie pozytywnego wizerunku itp). Zastanawia mnie na ile racjonalne, z tego punktu widzenia, jest stwarzanie warunków do wypłacania dość pokaźnych nagród finansowych anonimowym zawodnikom z Afryki. Jeszcze 8-10 lat temu, pojawienie się czarnoskórych biegaczy na zawodach, wzbudzało zainteresowanie kibiców i innych zawodników. Można stwierdzić, że podnosiło prestiż danego biegu. Obecnie tak już nie jest.
Nie mam zapędów nacjonalistycznych, brzydzę się ksenofobią. Podnoszę ten temat, bo trochę mi szkoda lokalnych zawodników, którzy w starciu z Afrykanami mają niewielkie szanse na zwycięstwo, a tym samym na promocję i chwilę chwały w swoim środowisku. Podam przykład – nie tak dawno startowałem w Biegu Szpęgawskim. Pierwsze trzy miejsca zajęli zawodnicy z Kenii, nagrody dla nich wyniosły odpowiednio: 1500 pln, 1000 pln, 800 pln.
Jakie korzyści z tego faktu odniosła firma/organizacja fundująca nagrody? Może nie zabrzmi to bardzo elegancko, ale dla mnie to „przepalanie” pieniędzy w kominku. Chciałbym wierzyć w to, że Kenijczycy wiedzieli, że biegną w Starogardzie Gdańskim albo chociaż w minimalnym stopniu, po biegu, próbowali nawiązać kontakt z lokalną społecznością biegową. Jak czuł się Mateusz i kilku innych młodych chłopaków z okolic, wiedząc przed startem, że walczą o 4 miejsce? Z punktu widzenia firmy wykładającej pieniądze na nagrody – czy nie lepiej byłoby promować finansowo zawodników, którzy uczestniczą w biegu niemal każdego roku? Biegaczy, których widujemy na co dzień, nierzadko biegamy razem z nimi na treningach?
Rozwiązanie jest – nie jest ono idealne, ale jest stosowane przez organizatorów imprez, którzy nie chcą płacić komercyjnym turystom biegowym. Symboliczne nagrody finansowe dla zwycięzców oraz solidne wynagrodzenie dla tych, których chcemy promować i wspierać. Można się z tym zgadzać lub nie, ale na dzisiaj chyba nikt nie wymyślił lepszego sposobu.
Taka jest moja opinia. Miałem też długą rozmowę na ten temat ze szwagrem, który zna dużo lepiej ode mnie tematy związane z przygotowaniem biegów – od strony organizatora. Jego zdanie było zupełnie odmienne od mojego. Podpytywałem też innych biegaczy, jaki mają pogląd na tę kwestię. W tym przypadku zdecydowana większość przychylała się do mojego punktu widzenia. Cóż, „ jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził”.
A jakie jest Twoje zdanie w tym temacie?
————————————————
Ostatnio skończyły mi się książki, które miałem przygotowane do przeczytania. To znaczy wszystkie je przeczytałem. W takiej sytuacji wracam zazwyczaj do którejś z pozycji o tematyce biegowej. Zawsze warto sobie odświeżyć to i owo na tematy treningowe – zagadnienia, które bardzo mnie interesują. Pamiętam, że kilka lat temu, jak była pandemia i trochę mi się nudziło, napisałem nawet artykuł, który został opublikowany na bieganie.pl.
https://bieganie.pl/lifestyle/biegowa-lektura-na-roztrenowanie/
Wspomniałem w nim o 3 publikacjach, które uważam za najbardziej wartościowe pod kątem wiedzy treningowej. Jako, że te pozycje znam już niemal na pamięć, tym razem postanowiłem wziąć się za coś innego. Gdzieś na dnie szafy znalazłem książkę „Bieganie 80/20. Zwolnij na treningu, by przyspieszyć na zawodach”, autorstwa Matta Fitzgeralda. Pamiętałem, że kupiłem ją dawno i nie zrobiła na mnie oszałamiającego wrażenia. Z braku laku postanowiłem dać jej jeszcze jedną szansę.
Nie wiem dokładnie z jakiego powodu, ale tym razem każda kolejna przeczytana strona zaciekawiała mnie coraz bardziej. Być może idea, którą zawarł autor w pierwszym zdaniu, rezonuje z koncepcją forsowaną przez trenera i którą staram się wdrażać: „Chcesz biegać szybciej? Musisz zwolnić”.
Gdy czytałem tę książkę pierwszy raz, pewnie ponad 5 lat temu, uważałem to zdanie za typowy amerykański bullshit. Dzisiaj już tak nie myślę… To co nam – biegaczom amatorom, sprawia największe problemy, to wykonywanie spokojnych biegów zbyt intensywnie. Matt Fitzgerald określa to mianem „niedostrzegania intensywności”. Niemal wszyscy ambitni biegacze, zwracający uwagę na wyniki, wpadają w pułapkę biegania większości treningów w intensywności umiarkowanej. W konsekwencji, w dni, które powinny być przeznaczone na wysiłki o dużej intensywności (kluczowe akcenty i zawody), jesteśmy zmęczeni i nie możemy pokazać pełnego potencjału.
Jakbym czytał o sobie 😊.
Gdy uporałem się z lekturą wspomnianej książki, przypomniałem sobie, że takich pozycji amerykańskich autorów, traktujących o treningu biegowym, mam więcej. Ciekawy byłem czy „Bądź lepszym biegaczem” Sally Edwards/Carl Foster/Wallack Roy, zaintryguje mnie bardziej, niż za pierwszym razem. Muszę przyznać, że ponownie, treść zawarta w książce była dla mnie bardziej zrozumiała niż wtedy, kiedy czytałem ją pierwszy raz (było to dawno). Wiem też z czego to wynika. Jeszcze kilka lat temu z dużym przymrużeniem oka podchodziłem do kwestii pomiaru tętna i trenowaniu według jego wskazań. Autorzy „Bądź lepszym biegaczem” kładą ogromny nacisk na to zagadnienie i trenowanie według pięciostopniowej skali stref tętna:
Strefa 1 – łatwe ćwiczenia aerobowe
Strefa 2 – umiarkowane ćwiczenia aerobowe
Strefa 3 – ciężkie ćwiczenia aerobowe
Strefa 4 – skrajnie ciężkie ćwiczenia aerobowe
Strefa 5 – ćwiczenia na poziomie, którego nie można utrzymać
Bardzo istotną kwestią w tym systemie treningowym jest ustalenie i wykorzystywanie dwóch newralgicznych momentów w tych strefach, tzw. progów (T1 i T2).
T1 to próg mleczanowy, czyli prędkość skurczów serca, przy którym stężenie mleczanu we krwi gwałtownie rośnie powyżej poziomu w stanie spoczynku. Po jego osiągnięciu, tempo w którym biegniemy, jakie jesteśmy w stanie utrzymać to około 20 – 60 min, w zależności od stanu wytrenowania. Większość dystansu maratonu i półmaratonu biegniemy w tej intensywności.
T2 to tzw. wysoki próg, tempo biegu po osiągnięciu tego punktu możemy utrzymać przez około 10-20 minut. Rozmowa w trakcie staje się niemożliwa. Najczęściej osiągamy ten próg na dystansach 5 km i krótszych.
Oczywiście przytaczam tylko minimalną część informacji zawartych w obu książkach. Nie o to tutaj chodzi. Myślę, że dużo nauczyłem się na swoich błędach, a własne „wydajemisię” warto bezwzględnie i bardzo często poddawać weryfikacji. Tylko wtedy jest szansa na rozwój.
——————————————————
Na sam koniec pozostaje mi napisać parę słów na temat biegu w którym wziąłem udział na początku kwietnia. Szczerze mówiąc, wolałbym „spuścić zasłonę milczenia” nad tym występem, ale tego nie zrobię. Wiarygodność buduje się między innymi poprzez transparentność. Tak to widzę.
Gdyby przed Biegiem Europejskim (10km) w Gnieźnie, ktoś powiedział mi, że pokonanie dystansu zajmie mi 38 minut, spojrzałbym na niego z politowaniem. Takie czasy to robiłem 4-5 lat temu. Teraz ambicje mam na o wiele szybsze bieganie. A jednak….
Co się stało? Mam nadzieję, że nic specjalnego i słaby wynik był efektem znacznego ocieplenia w dniu startu. Nawet mój organizm – dobrze znoszący wysokie temperatury – potrzebuje aklimatyzacji. Start był o godzinie 16:00, temperatura odczuwalna wynosiła ponad 20 stopni. Biegło się bardzo źle, nie mogłem wykrzesać z siebie żadnej energii i trochę żałowałem, że dałem się namówić na ten wyjazd. Z drugiej strony, po fakcie to każdy jest mądry. Nie wyszło i tyle.
Bieg Europejski w Gnieźnie trafił na moją niezbyt długą listę biegów, na których nigdy więcej najprawdopodobniej się nie pojawię. Choć trasa była atestowana, nie sprzyjała szybkiemu bieganiu. Dużo było zakrętów, nawierzchnia pełna bruku i kostki. Żeby nie było, że tylko narzekam, sam wyjazd był bardzo udany. Cały dzień spędzony z trenerem i Klaudiuszem na rozmowach o bieganiu. Wspólnie łatwiej było przetrawić „śmierdzącego kartofla”.
Co ciekawe, gdy rozmawiałem z kolegami startującymi w różnych biegach w ten sam weekend, a także tydzień później, nie spotkałem nikogo, kto byłby zadowolony ze swojego występu. We wpisach w mediach społecznościowych było tak samo. Wszyscy narzekali na nagłe ocieplenie. Tak sobie pomyślałem, że bardzo prawdopodobne jest, że od przyszłego roku będziemy musieli planować docelowe starty na wiosnę w Polsce nie kwietniu, tak jak dotychczas, a w marcu. Klimat się zmienia i trafić na dobrą biegową pogodę w kwietniu jest coraz trudniej.
No i tak to bywa z tym bieganiem: „raz na wozie, raz pod wozem”😊. Próbujemy dalej.
Fot: parkrun Tczew (Filo-Zofia)

