Kilka tygodni temu mama zapytała mnie: „Grzesiu dlaczego Ty właściwie pojechałeś do Barcelony na ten półmaraton? Czy nie było żadnego biegu w Polsce?” W pierwszej chwili trochę mnie zatkało, ale po chwili uświadomiłem sobie, że to jest bardzo dobre pytanie.
A Ty, drogi czytelniku, co odpowiedziałbyś, gdyby Twoja mama zadała Ci takie pytanie?
Być może Twoja odpowiedź brzmiałaby tak:
Trochę znudziły mnie biegi, w których wielokrotnie brałem już udział. Aby się rozwijać, potrzebuję nowych bodźców.
Albo zareagowałbyś w ten sposób:
Szukam nowych wyzwań. Zawodów z dużą grupą biegaczy na podobnym do mnie poziomie.
Lub odpowiedziałbyś w tym stylu:
Tak dobrej, płaskiej trasy i warunków pogodowych nie ma w Polsce, dlatego wybrałem ten bieg.
Ewentualnie:
Chcę zwiedzać świat i przy okazji wziąć udział w rywalizacji z zawodnikami z całego świata.
Jakakolwiek byłaby odpowiedź, trudno jest znaleźć słowa, które w zrozumiały sposób oddałyby powód, dla którego jadę kawał drogi, a nieraz wydaję też sporo hajsu, aby polatać po asfalcie, który w gruncie rzeczy, wszędzie jest mniej więcej taki sam. Wydaje mi się, że najlepszą odpowiedzią byłoby po prostu: „bo chcę i mogę”.
Zgodnie z tą koncepcją, w ostatnią sobotę kwietnia pojechałem do Łodzi, aby wziąć udział w biegu o swojsko brzmiącej nazwie: „Voltaren Max 10k Run”. Tabletki lub maść Voltaren Max, zawierające diklofenak, niejednokrotnie ratowały mi skórę w przygotowaniach do startów. Nie mogło więc mnie tam zabraknąć😉.
Bieg odbywał się równolegle z maratonem i startował o godzinie 9:00 w niedzielę. Jak się później okazało, dziękowałem niebiosom, że w tym roku zły duch nie podkusił mnie, aby wystartować w wiosennym maratonie. Już o 9 rano było dość ciepło (około 15 stopni) i współczułem maratończykom, widząc, w jak ciężkich warunkach będą musieli biec.
Ale po kolei.
Do Łodzi wyruszyłem z moją nieodłączną A. – partnerką/talizmanem/maskotką. Tym razem zdecydowaliśmy się na podróż pociągiem. Samochodem trwa to krócej, ale ja zdecydowanie preferuję pociągi, szczególnie w wagonie ze strefą ciszy. Po dotarciu na miejsce, szybki odbiór pakietu startowego i spacer do hotelu. Tutaj taka ciekawostka. Pakiet startowy był bardzo obfity, składał się między innymi z różnego rodzaju medykamentów, leków, maści, probiotyków. Myślę, że apteczka każdego szanującego się emeryta, nie powstydziłaby się takiego zestawu😉.
Na kolację, tradycyjnie przed startem, zjadłem pizzę i wróciłem do hotelu odpoczywać. A. miała jeszcze ochotę na odkrywanie nieznanych zakamarków Łodzi.
Niedzielny poranek przywitał nas pięknym słońcem i lekkim wiatrem. Wszystko miałem już przygotowane do biegu, więc tylko mikro-śniadanie i mogliśmy wyruszać na start.
Zanim przejdę do tego, co działo się w trakcie rywalizacji, mała dygresja.
W poprzednim wpisie wspominałem o nieudanym występie w Gnieźnie, kilka tygodni temu. Po tym starcie pojawiła się chwila zawahania i myślałem, że może nie ma sensu jechać do Łodzi z tak słabą formą. Trwało to dosłownie 1 dzień. Gdy na spokojnie zacząłem sobie o tym myśleć, szybko przyszło otrzeźwienie. Przeprowadziłem ze sobą szczerą, wewnętrzną rozmowę, która brzmiała mniej więcej tak:
„Ku..a Grzechu, nie po to zapierd..ałeś całą zimę, żeby teraz sikać w majtki ze strachu i rezygnować z obranej drogi, przy pierwszym niepowodzeniu. Przypomnij sobie wszystkie dni, kiedy po pracy, po ciemku, przy wietrze, w mrozie, w deszczu, w śniegu, robiłeś wszystkie treningi. Bez względu, czy chciało się wychodzić z domu, czy nie. Przypomnij sobie, że jeszcze nie tak dawno, nie mogłeś zrobić przebieżki bez bólu. Teraz jest czas na to, aby startować a nie zmieniać plany. Rób swoje konsekwentnie, jesteś w dobrej formie”.
Tego typu rozmów ze sobą przeprowadziłem w swoim życiu bardzo wiele. Często pomagały przezwyciężyć kryzysy. Tym razem też tak było. Cieszę się że nie odpuściłem. Generalnie jestem wyznawcą zasady, że motywacji do działania należy szukać wewnątrz siebie. Psychologowie, mentorzy mogą być pomocni w tym procesie, ale jeśli sami siebie nie jesteśmy w stanie zmotywować, to dlaczego ktoś inny miałby to zrobić?
Na rozgrzewce zazwyczaj przenoszę się już w swój świat, koncentruję się na zadaniu i niewiele bodźców z zewnątrz do mnie dociera. Wykonuję wyuczone i sprawdzone schematy: 15 minut truchtu, sprawność, strój startowy, przebieżki, fotka.
Moment startu był dość emocjonujący, poprzedzony motywem z filmu „Ziemia Obiecana” – ciary szły po plecach. Dziesięciokilometrowcy na jednym pasie a maratończycy na drugim. Wystartowaliśmy w przeciwnych kierunkach, w tym samym momencie. Wyglądało to efektownie.
Pierwszy kilometr był łatwy. Mimo, że pod wiatr, biegło się swobodnie. Kłopot pojawił się na drugim kilometrze. Uformowała się grupa, do której dołączyłem. Po kilkuset metrach poczułem, że tempo jest za wolne. Spojrzałem na zegarek i faktycznie: 3’45″/km. Nikt nie kwapił się, aby wziąć na siebie ciężar prowadzenia pod wiatr. Ja również. Jeden oglądał się na drugiego. Grupa biegnąca przed nami była 80-90 metrów z przodu. Bez szans, aby bez szarpania do nich dołączyć. Nie było wyjścia. Musiałem sam ruszyć i przyspieszyć od 3 kilometra. Nikt do mnie dobiegł i tak oto skończyło się moje marzenie o biegu w grupie. Tak było już do mety…
Kolejne kilometry mijały bez większych wydarzeń, sporo było łagodnych podbiegów i odcinków z górki. Ostatnie dwa kilometry to wiatr w plecy. Byłem już zmęczony, ale trzymałem dobre, założone przed startem, tempo. To co najciekawsze w tym biegu, zdarzyło się na samej mecie. Wbiegając do hali Atlas Arena, gdzie usytuowany był finisz, potknąłem się o rozłożony na końcowym odcinku dywan i runąłem jak długi, na 50 metrów przed metą. Nie wiem jak długo leżałem, pewnie z 5 sekund, bo odruchowo wstałem i dobiegłem do końca. Pamiętam, że jak wąchałem dywan, dwie osoby mnie minęły. Na pamiątkę z Łodzi przywiozłem do domu solidnie zdarte kolana i łokcie🤭.
Zegar zmierzył mi czas 36’30”. To bardzo solidny rezultat. Nie oszalałem ze szczęścia, ale szanuję go. Potwierdził, że jestem w dobrej formie.
Po biegu szybko wróciliśmy do hotelu i zjedliśmy porządne śniadanie. Zostawaliśmy w Łodzi do poniedziałku, więc, po krótkim odpoczynku, mieliśmy do dyspozycji praktycznie cały dzień na niespieszne spacery po mieście.
Cóż więcej mógłbym jeszcze napisać? Chyba to, że walka o mój prywatny rekord świata w biegu na 10km nadal trwa. O mamuńciu, jak ja to lubię😊.
Teraz pora pobiegać na swoim podwórku. Już niedługo start w Bieg Tapflo DYCHA Z POMPĄ, a w czerwcu: Tczew na 5 z FLEX Poland. Nie mogę się doczekać tych biegów i mam nadzieję, że pogoda na obu będzie taka, jak w zeszłym roku😊.









