Szykuje mi się krwawa jesień

 

Skończyły się wakacje i zrobiło się trochę smutno. No nic, taka jest kolej rzeczy. Trzeba się pogodzić z końcem lata i patrzeć do przodu. Minione wakacje będę wspominał z ogromnym sentymentem. Naładowałem baterie spędzając mnóstwo czasu na świeżym powietrzu, głównie nad morzem i w lasach. Być może niektórzy w to nie uwierzą, ale można mieć fantastyczne chwile i nie dzielić się nimi z całym światem w mediach społecznościowych. To był bardzo aktywny czas, w którym nie zabrakło wielu wyjazdów. Tych bliższych, gdzie w przeciągu 40 minut jazdy samochodem, można było delektować się spokojnym odpoczynkiem nad morzem, z dala od tłumów. Nie zabrakło również dalszych podróży, w tym do ukochanej Hiszpanii.

Parę zdań na temat tego co u mnie.

Jeżeli chodzi o bieganie, to muszę powiedzieć, że w ostatnich tygodniach sprawia mi ono wiele frajdy i na każdy trening wychodzę z ogromną przyjemnością. W sumie, latem zawsze tak jest. Pisałem już o tym niejednokrotnie. Możliwość korzystania w trakcie biegu tylko z 4 części garderoby: butów, skarpetek, koszulki i spodenek, powoduje, że wszystko jest łatwiejsze, a sam ruch jest niemal niczym nieskrępowany😊. Marzę o tym, aby móc tak biegać przez cały rok.

Rozpocząłem przygotowania do startu w maratonie w Walencji, start zaplanowany jest na 1 grudnia.

To jest główna informacja, którą chciałem przekazać w tym wpisie. Kontynuuję współpracę z trenerem Dariuszem, biegam według jego koncepcji i planu. Na razie trening ukierunkowany jest na przygotowanie ogólne, bardziej pod dystans 10 km. Myślę, że pod koniec września zacznę realizować treningi coraz bardziej specyficzne pod dystans maratonu. Póki co, plan treningowy obejmuje 2 mocniejsze jednostki w tygodniu:

  1. zabawę biegową (ZB) – kilkuminutowe żywo biegane odcinki, przeplatane spokojnym truchtem.
  2. spokojny drugi zakres (BC2) – bieg ciągły max. 10km, nie przekraczając wyznaczonego tętna.

Reszta to rozbiegania na samopoczucie, z przebieżkami. Nie zapominam oczywiście o rozciąganiu, rolowaniu i ćwiczeniach, jako prewencja przed kontuzjami.

W ostatnią sobotę sierpnia miałem zaplanowany pierwszy z biegów przygotowawczych do sezonu jesiennego – Biegacze w hołdzie Kazimierzowi Piechowskiemu 10km. Bieg w Tczewie, zawsze w nim startuję i zawsze biegnie mi się bardzo ciężko. To normalne. Bo, żeby dobrze latać jesienią – w wakacje forma powinna być wakacyjna😊.

Tydzień przed biegiem pobiegłem szybkiego parkruna (śr. tempo 3’38/km), w ramach przetarcia. Oddechowo było dość ciężko, wiem, że muszę nad tym popracować w najbliższych tygodniach.

Zauważyłem, że ostatnio mam mały kłopot z pełną mobilizacją przed biegami w Tczewie. Bardzo lubię startować u nas, a to, że na zawody można się udać „za pięć dwunasta”, powoduje, że jestem jakiś rozkojarzony i traktuję zawody jak mocny trening. Sfera mentalna i podejście do startów także do korekty, tym bardziej, że doszły mnie słuchy, że dla niektórych lokalnych biegaczy liczy się głównie to, aby skopać mi tyłek w zawodach😊. Traktuję to jako nobilitację, że jestem punktem odniesienia i dziękuję moim sygnalistom (między innymi PP), którzy rzecz jasna prosili o anonimowość😊.

To oczywiście żarcik. Biegacze w naszym środowisku są bardzo przyjaźni, a rywalizacja odbywa się na zdrowych, koleżeńskich zasadach. Jak to w sporcie, często o zwycięstwie decyduje dyspozycja dnia lub moment w przygotowaniach.

Sam bieg, jak to bieg – do połowy było ok, a w drugiej części trzeba było mocniej popracować. Nic nowego, tak jest zawsze. Na podbiegach noga ładnie szła i z tego się cieszę. Wytrzymałość tempowa – tu mam trochę do poprawy. Ostatecznie zająłem 6 miejsce w klasyfikacji generalnej, 3 w wiekowej.

Organizacja biegu, atmosfera i pozostałe aspekty udanej imprezy biegowej  – jak zwykle u nas na medal. Wiem, że wiele osób przyjeżdża na biegi do Tczewa właśnie ze względu na tę super przyjazną atmosferę i klimat tworzony przez ludzi. Pogoda w tym roku była dla nas – biegaczy łaskawsza niż w latach ubiegłych. Mimo to było ciepło i z wielką ulgą korzystałem z punktów z wodą na trasie (w sumie 4 razy). Muszę też wspomnieć o statuetkach wręczanych podczas dekoracji, które są bardzo ładne. Trochę też zaskoczył mnie Tomek, wywołując na podium i reklamując mojego bloga. To było miłe a fakturę już opłaciłem, tak jak umawialiśmy 😊.

A dzisiaj mamy święto. My, to znaczy moja żona – Anna i ja. 1 września 2001 roku złączyliśmy na zawsze swoje losy przed ołtarzem. Wszystkiego najlepszego dla nas😊.

Hej!

Foto:

Domelonzo Photography

Tomasz Ackermann, Marcin Mrozek