Bardzo często trenuję słuchając muzyki i podcastów, a trwająca teraz jesień to jeden z najprzyjemniejszych okresów w roku. Ostatnio biegam dość dużo, więc siłą rzeczy tego słuchania jest więcej. Podczas odtwarzania jednej z playlist na Spotify, trafiłem na utwór, który bardzo zarezonował z moim aktualnym nastrojem.
Bardzo prosty przekaz o życiu tu i teraz, nie odkładaniu na później swoich marzeń, w mistrzowski sposób wyrażony niepowtarzalnym głosem Piotra Fronczewskiego.
W październiku pogoda sprzyjała nam biegaczom. Wiele było dni bezdeszczowych i bezwietrznych. Można było wykonać jakościowe treningi w dobrych warunkach. Ci z nas, którzy startowali w zawodach, mieli możliwość pokazania pełnię, wypracowanej latem, formy.
6 dni po starcie w Biegu Kociewskim wykonałem bardzo ciekawy, zaordynowany przez trenera, trening. 40 kilometrów w narastającym (o 10 sekund co 10 kilometrów) tempie, od 5’10’’/km do 4’15’’/km. Zamysł tej jednostki był taki, aby zrealizować około 3 godzinny, spokojny bieg, dając bodziec w postaci długiego – maratońskiego – wysiłku. Wcześniej nie robiłem takiego treningu i byłem ciekawy jak organizm zareaguje na ten impuls. W tym dniu warunki do biegania były wprost idealne. Przez 35 kilometrów musiałem się bardzo mocno pilnować i zwalniać, niemal do truchtu. Jedynie na ostatnie 5 kilometrów trochę puściłem nogi. Myślałem, że będę mięśniowo bardzo zmęczony, ale okazało się, że adaptacja nastąpiła szybko i już po dwóch dniach praktycznie nie czułem zmęczenia. Ten trening bardzo motywująco wpłynął na moje mentalne nastawianie do dalszej pracy. Potwierdził, że robota idzie w dobrym kierunku i zgodnie z planem.
Kolejne jednostki, szczególnie akcenty, wykonywałem z dużą swobodą i luzem. Nie lubię podniecać się udanymi pojedynczymi treningami i na ich podstawie definiować aktualnej formy. Po prostu dokładałem następne klocki w przygotowaniach – krok po kroku.
Podzielę się z Wami pewnym spostrzeżeniem. Jak wielu z Was, czytelników moich wpisów, obserwuję w mediach społecznościowych (Strava, Youtube, facebook) czołowych polskich influencerów biegowych. Z punktu widzenia prezentowanego poziomu sportowego, są to zawodnicy tzw. semi-pro. Dużo lepsi ode mnie i mi podobnym, słabsi od najlepszych w kraju. Niektórzy nazywają ich półamatorami, co jest bardzo niefortunnym określeniem. Generalnie ich podejście do uprawianego sportu jest na tak profesjonalnym poziomie, że trudno to sobie wyobrazić. Cechą charakterystyczną tych osób jest szczegółowe relacjonowanie wszystkich aspektów związanych z bieganiem. Począwszy od wykonywanych treningów z analizą temp i przerw odcinków, poprzez dietę, metody i środki regeneracji, aż do opisywania swoich obozów przygotowawczych i udziału w zawodach.
Cały ten przekaz jest bardzo interesujący dla większości biegaczy, którzy czerpią garściami informacje z pierwszej ręki, od bardzo dobrych zawodników. Aktywność w mediach społecznościowych powoduje, że influencerzy zyskują wielu fanów, a to z kolei przyciąga firmy z szeroko pojętej branży biegowej. Z tego co obserwuję, najbardziej popularni są w stanie utrzymać się, zarabiając na swojej pasji. I bardzo dobrze, że tak jest! Kibicuję im i życzę jak najlepiej.
Jest jeszcze druga strona medalu. Chcąc wpływać na innych i zyskiwać nowych obserwatorów, trzeba ciągle tworzyć nowe treści. Najlepiej, aby były one niebanalne i pobudzające do interakcji. A co wzbudza największy zachwyt braci biegowej w internecie? Oczywiście super treningi. Zauważyłem, że większość biegaczy aktywnych w social mediach wykonuje bardzo dużo ciężkich jednostek, stając się niejako „niewolnikami” intensywnego trenowania. Nie jestem trenerem, więc nie odważę się oceniać ich skuteczności. Sam też nieraz łapię się na tym, że stwierdzam, jak blado wyglądają moje treningi, porównując je do tych, które wykonują najbardziej popularni biegacze. Wydaje mi się, że duża ekspozycja swoich działań w internecie, chcąc – nie chcąc powoduje ogromną presję, którą nakładają na siebie te osoby. Nie zazdroszczę im tego, a w szczególności komentarzy „wujków dobra rada”, które pojawiają się jak grzyby po deszczu, po nieudanych startach.
Półmaraton Nadwiślański – Tczew, 27.10.2024
Zastanawiałem się nad tym, jak będzie wyglądała moja blogowa relacja z biegu, na temat którego, w poprzednich kilku latach, napisałem już tyle dobrego. Uwierzcie mi, nie jest łatwo wymyślić nowe peany😊.
Może zacznę tak. W przedstartową sobotę pojechałem odebrać pakiet startowy. Gdy tylko wszedłem do sali, z uśmiechem przywitał mnie Tomek słowami: „dostałeś żółtą kartkę i mam nadzieję, że wiesz z jakiego powodu”. Trochę udawałem, że nie wiem o co mu chodzi, ale prawdę mówiąc domyśliłem się co ma myśli. Kilka dni wcześniej, podczas rozmowy z Marcinem na stadionie, dowiedziałem się, że niektórzy zastanawiali się, dlaczego nie ma mnie na Biegu Sambora, który odbył się kilka dni wcześniej. Przecież zwyczajowy, listopadowy termin biegu, został zmieniony na moją prośbę, po ubiegłorocznym wpisie na blogu, w którym sugerowałem, aby Sambor odbywał się przed biegami nadwiślańskimi. Muszę powiedzieć, nie spodziewałem się, że prawie rok po opublikowaniu posta, ktokolwiek będzie jeszcze pamiętał o czym pisałem. Po raz kolejny przekonałem się, że mam wielu wnikliwych czytelników, co napawa mnie wielką radością😊.
Co do Biegu Sambora – na pewno jeszcze nie raz wezmę udział w tym fajnym wydarzeniu. W tym roku nie biorę udziału w Grand Prix Powiatu Tczewskiego i priorytety są inne. Dostać żółtą kartkę od Tomka za faul taktyczny przed polem karnym – żaden wstyd. Każdy trener w takiej sytuacji poklepałby mnie po ramieniu i pochwalił przy całej drużynie.
Przed startem zakładałem bieg na początku w tempie około 3’50’’/km, z ewentualną korektą w zależności od samopoczucia. Warunki były bardzo korzystne, więc nastawienie bojowe. Półmaraton traktowałem jako docelowy sprawdzian przed najważniejszym startem tej jesieni, za 5 tygodni. Była to idealna okazja do przetestowania nowego sprzętu (koszulki startowej i butów), a także przyjmowania żeli w zawodach. Chciałbym przy tej okazji podziękować Robertowi Sadowskiemu ze Sklepu Biegacza w Gdańsku, za możliwość sprawdzenia i przymierzenia kilku par butów no i za zniżkę😊.
Sam bieg podzieliłbym na dwie części. Pierwsza, mniej więcej do 12 kilometra i druga – pozostały dystans. W pierwszej części, praktycznie od startu, biegłem według założeń. Pierwsza trójka poleciała i tyle było ich widać we mgle. Biegłem na 4 pozycji a na plecach „usiadło mi” mi dwóch kolegów. Obaj z mojej kategorii wiekowej. Sytuacja taka utrzymywała się do wspomnianego 12 kilometra. Był to bieg bardzo komfortowy, taki jaki powinien być półmaraton w początkowej fazie. Znając profil trasy wiedziałem, że trzeba zachować dużo sił na drugą część.
Miałem nadzieję, że rywale osłabną i pomknę samotnie do mety, ale tak się nie stało. Trochę znudziło mi się przez cały czas nadawać tempo i zrozumiałem, że rywalizacja miedzy naszą trójką rozstrzygnie się w końcówce. Postanowiłem rozegrać sytuację taktycznie i zacząłem chować się za plecami kolegów. Druga część Półmaratonu Nadwiślańskiego jest naznaczona solidnymi podbiegami i zbiegami. Biegnie się przez to trudniej. Byłem już zmęczony, ale wiedziałem, że w końcówce zdołam przyspieszyć. Tak też się stało. W okolicach 20 kilometra stwierdziłem, że nie ma na co czekać i długim finiszem, bez większych problemów, wygrałem rywalizację o 4 miejsce i zwycięstwo w kategorii wiekowej.
Dziękuję panowie (Bartek, Damian) za wspólny bieg!
- Wynik:
- Półmaraton – 1:21’08’’ (3’50’’/km)
- 4 miejsce Open (1 kat. wiekowa)
Podsumowując:
- Mięśniowo super – nowe buty dobrze się sprawdziły, na drugi dzień ledwo co czułem, że przebiegłem półmaraton.
- Bardzo dobrze rozegrany bieg taktycznie – bez szarpania, mając cały czas w głowie cel główny za 5 tygodni.
- Dobre samopoczucie i bieg w komforcie w tempie około 3’45”-50’’/km przez większość dystansu.
To tyle, jeśli chodzi o zmagania w półmaratonie, z mojej perspektywy.
Udział w Półmaratonie lub Maratonie Nadwiślańskim stanowi tylko preludium do dania głównego, jakim jest gala podsumowująca. To wydarzenie samo w sobie, o czym pisałem już niejednokrotnie. Tym razem, na własne oczy, przekonał się o tym między innymi trener Darek, który wziął udział w biegu po raz pierwszy. Z tego co widziałem i słyszałem, nie po raz ostatni.
A na deser, kontynuując terminologię kulinarną, tradycyjne sympatyczne spotkanie naszego klubu Biegający Tczew, gdzie przy piwku i pizzy dzieliliśmy się swoimi spostrzeżeniami i wrażeniami z tego emocjonującego dnia.
Dziękuję za kibicowanie na trasie i gratulacje na mecie. Wszystkie okrzyki słyszę bardzo wyraźnie w trakcie biegu. Organizatorom za kolejne emocje biegowe i świetną atmosferę. Specjalne podziękowania dla wolontariuszy i fotografów😊.
G.
PS. Mimo, że sezon 2024 jeszcze trwa, myślę już o przyszłym roku. W okresie ferii zimowych, w drugiej połowie lutego 2025 planujemy wyjazd na około 10 dniowy obóz biegowy, połączony z rodzinnym wypoczynkiem w Santa Poli, w Hiszpanii. Piszę planujemy, bo zainteresowanie wspólnym wyjazdem potwierdził jeden z moich dobrych kolegów – biegaczy. Jeśli chciałbyś/chciałabyś wspólnie potrenować w dobrych warunkach, w super miejscu – możesz się ze mną skontaktować. Zorganizowanie takiego wyjazdu nie jest trudne, o czym przekonałem się w tym roku. Relacja z wyjazdu po tym linkiem.
Foto: Domelonzo Photography, Patryk Niewiadomski – Foto, Laura Główczewska, Barbara Plutowska :).









