Maraton w Walencji – relacja

 

Udział w zawodach, szczególnie tak dużych jak maraton w Walencji, jest tylko wisienką na torcie. Jest nagrodą, ukoronowaniem wielu miesięcy, które prowadziły do tego dnia, czyli do 1 grudnia 2024. Warto zrobić kilka kroków wstecz, aby poznać szerszą perspektywę i tak też zacznę ten wpis.

Wprowadzenie

Kwiecień 2023 – ukończyłem mój drugi i ostatni jak dotąd maraton w Łodzi. Miałem po nim mieszane uczucia, dominował niedosyt. Uważałem, że spokojnie byłem w stanie pobiec poniżej 3 godzin. Tak się nie stało i zabrało 2 minut. Po tym biegu myślałem, że już nigdy nie stanę na starcie biegu maratońskiego, o czym zresztą pisałem w relacji na blogu.

 Przez cały sezon nie mogłem pozbyć się uczucia zmarnowanej szansy na dobry rezultat. Cierń siedział głęboko. Zastanawiałem się, co mogę z tym zrobić. Odpowiedź przyszła znienacka.

Grudzień 2023 – o starcie w maratonie w Walencji marzyłem od kilku lat. Co roku oglądałem na żywo w telewizji przebieg rywalizacji w tym najlepszym maratonie w Europie, a może i na świecie. Trochę pod wpływem jakiegoś impulsu, a trochę aby spełnić swoje marzenie, zapisałem się na kolejną edycję maratonu w Walencji, który został zaplanowany na 01.12.2024. Wizja udziału w tym biegu była tak odległa w czasie, że nie zawracałem sobie specjalnie głowy tym tematem. Wiedziałem, że w razie czego, zakupiony udział bez problemu odsprzedam. Na maraton w Walencji zawsze jest o wiele więcej chętnych niż dostępnych miejsc, a pula bardzo szybko się wyczerpuje.

Zima/Wiosna 2024 – w tym czasie byłem niemal przekonany, że udział w maratonie w grudniu jest mrzonką. Pomimo, że cały czas trenowałem, ból podbrzusza niewiadomego pochodzenia nie dawał o sobie zapomnieć. Często nie mogłem swobodnie, bez bólu i grymasu na twarzy wykonać szybszej przebieżki. Przebadałem się wzdłuż i wrzesz – wszystko było ok.

Czerwiec 2024 – nie byłem jakoś super optymistycznie nastawiony do rozpoczęcia przygotowań maratońskich, a to był najwyższy czas, aby podjąć decyzję odnośnie docelowego biegu, do którego będę się szykował na jesień. Ostatecznie, po kilku rozmowach z trenerem, zdecydowałem, że podejmę rękawicę i ponownie zmierzę się z królewskim dystansem. Czułem się dobrze, nic nie bolało.

Lato 2024 – z treningu na trening odczuwałem coraz większe zadowolenie z decyzji o przebiegnięciu maratonu, ekscytacja zaczęła rosnąć. Z uwagi na to, że był on zaplanowany 3 tygodnie po biegach niepodległościowych, stanowiących w Polsce umowny koniec sezonu startowego, plan treningowy musiał uwzględniać przesunięcie terminu osiągnięcia najwyższej formy.

Jesień 2024 – bardzo dobry czas. Pogoda była w większość dni genialna do trenowania. Mało było dni deszczowych, wietrznych. Temperatura na zewnątrz sprzyjała aktywności. Miałem szczęście, że podczas najważniejszych jednostek trafiłem na super pogodę. Również starty kontrolne napawały optymizmem. Nie mogłem doczekać się każdego następnego treningu, które wykonywałem z uśmiechem na ustach i uczuciem lekkiego niedosytu. Nie będzie przesadą jak napiszę, że na najważniejszych treningach tempowych czułem się super swobodnie i musiałem się hamować.

Październik/Listopad – w ostatnich dniach października okolice Walencji nawiedziła powódź. Początkowo była to tylko mało znacząca informacja, podawana w mediach. W miarę napływania kolejnych relacji okazało się, jakie skutki przyniósł ten kataklizm. Jednym słowem sytuacja w mieście i okolicach była tak poważna, że organizator przysłał wiadomość, że impreza stoi pod znakiem zapytania. Trasa po którym miał się odbyć maraton nie ucierpiała, jednak w tamtym momencie nie było pewne, czy miasto poradzi sobie z organizacją tak dużej imprezy. To był trudny moment, bo z jednej strony oczywiście rozumiałem powagę sytuacji (ponad 200 ofiar) i konieczność skupienia się mieszkańców na odbudowie zalanych terenów. Z drugiej, byłoby smutno i szkoda wykonanej pracy, która nie zostałaby zweryfikowana w zawodach. Alternatywnego biegu nie było. Ostatecznie, na dwa tygodnie przed startem, maraton w Walencji został potwierdzony. Wydaje mi się, że przeważył argument ekonomiczny. W 2023 ogłoszono, że organizacja maratonu przyniosła miastu ponad 31 milionów EUR przychodu. W obliczu ogromnych strat, spowodowanych przez powódź, weekend maratoński to szansa na podreperowanie budżetu dla wielu firm i usługodawców.

 

Dlaczego Walencja?

Na start w Walencji zdecydowałem się  z wielu powodów. Do najważniejszych muszę zaliczyć:

  1. Niezwykle wysoki poziom sportowy prezentowany przez uczestników biegu. Zarówno tych walczących o zwycięstwo, jak i tysięcy osób podobnych do mnie, traktujących bieganie poważnie, ale zarabiających na życie w inny sposób. Wystarczy wspomnieć, że w 2023 roku aż 570 zawodników „połamało” 2h30’ a 1950 osób uzyskało wynik lepszy niż 2h45’. I wreszcie „trójkołamaczy” w Walencji w ubiegłym roku było aż 5230! Szok. Gdy pierwszy raz dotarła do mnie ta informacja, stało się jasne, że jeśli kiedykolwiek przebiegnę jeszcze maraton, będzie to w Walencji. Tak liczne grono dobrych zawodników zapewniało komfort biegania w dużej grupie, co bardzo ułatwia realizację założonych celów startowych. Bieganie jakiegokolwiek maratonu w Polsce, dla ludzi na moim poziomie, wiąże się z samotnym pokonywaniem zdecydowanej większości dystansu. Do podobnych wniosków doszło tysiące ambitnych biegaczy na różnym poziomie zaawansowania. Dlatego w ostatnich latach kto żyw – wybiera Walencję.
  2. Płaska trasa – jedna z najlepszych w Europie i optymalne warunki pogodowe.
  3. Maraton w Walencji zyskuje z roku na rok coraz większą popularność. Jest imprezą o której bardzo wiele się mówi w środowisku biegowym. Można powiedzieć, że jest obecnie najważniejszą (najbardziej sexy 😊) imprezą w Europie i punktem odniesienia dla innych biegów. Marka imprezy przyciąga ludzi z całego świata, a ja chciałem być częścią tego wydarzenia.

 

Logistyka

Kluczową sprawą w wyjazdach na zagraniczne biegi jest logistyka podroży. Mam już jako – takie doświadczenie w tej materii. Mniej więcej na pół roku przed zawodami, zacząłem intensywnie szukać lotów i mieszkania lub hotelu na czas pobytu w Walencji. Wiedziałem, że pojedzie ze mną Ania, która jest moją żoną i pełni bardzo ważną rolę w trakcie każdego biegu – szczególnie za granicą. Pisząc tę relację po starcie nie przypominam sobie, aby jakoś intensywnie protestowała. Wręcz przeciwnie – wizja hiszpańskiego słońca w grudniu  – to była propozycja z tych trudnych do odrzucenia😊. 

Pobyt w Hiszpanii: 28.11 – 03.12.2024

Wylecieliśmy z Gdańska w czwartek. Podróż zaczęliśmy lotem do Frankfurtu i tam po kilkugodzinnym oczekiwaniu, mieliśmy kolejny lot do Walencji. Z racji tego, że lądowanie w Hiszpanii zaplanowane było na godzinę 23:00, zdecydowaliśmy się przenocować w hotelu przy lotnisku. Następnego dnia po śniadaniu pojechaliśmy do naszego mieszkania, które stanowiło bazę przez kolejne 5 dni. Każdy, kto choć trochę zna mechanizmy rządzące cenami usług wie, że duże wydarzenia, bez względu na ich charakter, powodują wzrost cen (głównie hoteli i lotów). Nie inaczej było też tym razem. Po prostu trzeba wziąć to pod uwagę podczas planowania. Dla mnie, jako osoby zajmującej się zawodowo tym tematem od wielu lat, jest to oczywiste. Są jednak pewne triki, które pozwalają co nieco zaoszczędzić na wydatkach😊.

Lokalizacja naszego mieszkania to nie było ścisłe centrum. Szukając najlepszych opcji noclegowych na nasz pobyt widziałem ceny rzędu 1000 PLN za dobę w centrum, blisko startu. Drogo. Dlatego wybraliśmy mieszkanie oddalone około 5 kilometrów od startu maratonu. Warto wspomnieć, że Walencja jest dość kompaktowym miastem, odległości pomiędzy ważnymi punktami nie są bardzo duże. Zdecydowaliśmy, że będziemy się przemieszczać komunikacją miejską.

Decydując się na rezerwację hotelu czy mieszkania (tak jak w naszym przypadku), nigdy tak naprawdę do końca nie wiadomo, co spotka nas na miejscu i czy rzeczywistość będzie pokrywała się ze zdjęciami widzianymi w internecie. My, od pewnego czasu, podczas zagranicznych podróży wynajmujemy mieszkania poprzez serwis Airbnb i za każdym razem jesteśmy zadowoleni. Tym razem też tak było. Właściciele mieszkania, które zarezerwowaliśmy, okazali się bardzo pomocnymi i życzliwymi ludźmi. Mogliśmy wprowadzić się z samego rana, a w dniu wyjazdu, ze względu na późny lot, mogliśmy zostać do wieczora, co było bardzo wygodne. Dodatkowo zaproponowali nam, że zawiozą nas autem do centrum kongresowego, w którym odbierałem pakiet startowy. Później, jeszcze kilkakrotnie kontaktowali się z nami z pytaniem czy czegoś nam brakuje albo czy potrzebujemy pomocy. Samo mieszkanie spełniło wszystkie nasze oczekiwania, było bardzo komfortowe. We dwójkę mieliśmy do dyspozycji 3 sypialnie, salon, kuchnię, łazienkę i toaletę. Więcej niż było nam potrzeba. Większość posiłków przygotowywaliśmy sami, zaopatrzenie robiliśmy w okolicznych marketach. Do niedzielnego startu jadłem przede wszystkim węglowodany pod każdą postacią, królował oczywiście makaron.

Przedstartową sobotę spędziłem głównie w mieszkaniu. Z aktywności, to tylko poszedłem na około godzinny spacer do Ogrodów Turii. Reszta dnia to kumulowanie energii. Ania za to pojechała zwiedzać.

Wreszcie nadeszła długo wyczekiwana niedziela.

Pobudka o 5:45, małe śniadanie i pojechaliśmy Uberem na start, który odbywał się falami. Byłem zarejestrowany w grupie startującej o 8:25, deklarującej czas na mecie w przedziale 2h50’ – 3h00’. Trudno było mi dokładnie oszacować czas, na jaki jestem przygotowany. Zakładałem, że powinienem pobiec pomiędzy 2h55’ a 2h59’.

Przed wejściem do mojej strefy przebrałem się w strój startowy, buziak + fotka z Anią i trzeba było robić rozgrzewkę. Zabrałem ze sobą 7 żeli. Czułem spokój ale również strach, ekscytację, niepewność – jak zawsze przy okazji dużego wydarzenia. To była ta chwila, na którą długo czekałem – spełniało się marzenie. Moment rozpoczęcia maratonu był wzruszający. Organizatorzy oddali hołd tym, którzy ucierpieli w wyniku październikowych zniszczeń, na skutek powodzi. W kilku językach wybrzmiało Przesłanie Wdzięczności, a po nim odegrano hymn Comunitat Valenciana. Temperatura na starcie 13 stopni, bezwietrznie. Dzień ledwie się budził. Tak miało być. Bajka.

Na starcie było bardzo tłoczno. Przez pierwsze pięć kilometrów biegło się w takim tłumie, że jedyne o czym myślałem, to tylko to, aby się nie wywalić. Na początku oczy trzeba było mieć dookoła głowy. Mimo, że ulice były dość szerokie, biegliśmy bark w bark, noga w nogę. Każdy szukał swojego miejsca w peletonie tysięcy zawodników. Trudno to wyrazić słowami. Po biegu dotarły informacje, że zdarzyły się wypadki na starcie, gdzie biegacze przewracali się na siebie, powodując kontuzje.

Po około pięciu kilometrach sytuacja się poprawiła i zrobiło się luźniej. Biegło się swobodnie, ustabilizowałem tempo mniej więcej na poziomie 4’05’’/km i utrzymywałem je do półmetka. Pierwszego żela zjadłem między 6 a 7 kilometrem i tak już do końca maratonu, mniej więcej co 6 kilometrów, brałem kolejne (w sumie zjadłem 6 żeli).

Jeśli myślimy o dobrym wyniku w maratonie, pierwsza część dystansu powinna być przebiegnięta na dużym luzie. Jeśli w okolicach połówki jest już ciężko – szansa na dobry rezultat jest bardzo mała. U mnie było dobrze. Oczywiście, czułem w nogach przebiegnięty dystans, ale zapas sił był.

Szczerze mówiąc niewiele pamiętam z całej trasy. Pisząc te słowa, kilka dni po biegu, próbuję sobie przypomnieć jakieś ciekawe sytuacje z trasy, które warto byłoby przytoczyć. Nic nie przychodzi mi do głowy. Pamiętam tylko stukot butów setek biegaczy o asfalt. Biegłem bardzo skupiony i niewiele rozglądałem się na boki. Jedyne co, na jednym z punktów z wodą, niefortunnie stanąłem na jakiejś nierówności i stopa bardzo mi się wygięła. Przez sekundę zrobiło mi się gorąco, bo od razu wyobraziłem sobie skręcenie kostki. Na szczęście nic złego się nie stało i mogłem spokojnie biec dalej.

Zastanawiałem się czy wytrzymam biec w tempie 4’05’’ – 4’10’’ do końca. Po trzydziestym kilometrze czułem się jeszcze dobrze, ale w okolicy 35 było już ze mną krucho. Pojawiły się kłopoty. Pozostało 7 kilometrów. Dużo i mało. Zaczynały łapać mnie skurcze mięśni dwugłowych uda i czułem, że długo już  nie pociągnę. Musiałem zwolnić o kilkanaście sekund na kilometr i kilka razy stanąć. To pomagało i mogłem dalej biec. Gdy teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że biegłem tylko sercem i głową. To jest maraton, trzeba zacisnąć dupę i dobiec. Udało się. Ostatnie kilkaset metrów to już uśmiech na twarzy i radość, pomimo ogromnego zmęczenia. Finisz na niebieskim dywanie –  chwila o której marzyłem – stała się faktem. Ukończyłem kolejny maraton z rekordem życiowym: 2:57’39’’😊.

Co ciekawe, jedną z pierwszych myśli po biegu, kiedy już chwilę odpocząłem, była ta, że chciałbym ponownie w przyszłym roku przebiec maraton w Walencji. Nie przez przypadek ten bieg rozpala serca biegaczy z całego świata. Wiem, że wiele osób myśli o tym maratonie. Mogę z całego serca polecić go każdemu. Wszystko jest na najwyższym poziomie: organizacja, trasa, otoczka. Biegi w Polsce rzecz jasna nie mają się czego wstydzić, za wyjątkiem kultury kibicowania, która w Hiszpanii jest na poziomie niespotykanym u nas. Mogę pół żartem – pół serio powiedzieć, że jeśli chcesz sprawdzić, jak dużo brakuje Ci do najlepszych – przyjedź do Walencji a boleśnie się o tym przekonasz. Tutaj niemal każdy znajdzie lepszego od siebie 😊.

A tak wyglądają statystyki z tegorocznej edycji w Walencji: ilości finisherów:

Poniżej 2h30’ – 512 osób

Poniżej 2h45’ – 1916 osób

Poniżej 3h – 5201 osób

Poniżej 3h30’ – 12 640 osób

Czy jestem z siebie zadowolony? Oczywiście! Co prawda w końcówce straciłem około 2 minuty i wynik mógł być lepszy, ale jest taki, jaki jest. Czy to moje ostatnie słowo? Mam nadzieje, że nie. Apetyt na bieganie mam dalej bardzo duży, więc po odpoczynku wracam na biegowe ścieżki bawić się bieganiem i walczyć o swoje osobiste rekordy świata 😊.

Tak przedstawia się moja krótka historia maratońskich potyczek:

2016 Poznań – 3:09’39’’

2023 Łódź – 3:02’25’’

2024 Valencia – 2:57’39’’

 

Ile to kosztuje?

Widziałem ostatnio, że pakiet startowy na przyszłoroczny maraton w Berlinie kosztuje 200 EUR. No to już jest bardzo drogo, jak na moje standardy. Dla wielu ludzi to kwota poza zasięgiem, Sądzę, że organizator jednak nie będzie miał problemów z wyprzedaniem pakietów. 

Marzenia nic nie kosztują, ich realizacja już niestety tak. No dobrze, podaję realne kwoty, które poniosłem w związku z maratonem w Walencji:

  1. Pakiet startowy na maraton – 100 EUR (około 430 PLN). Zapisałem się w pierwszym dniu, kiedy było to możliwe, w grudniu 2023
  2. Loty – 2 osoby: Gdańsk – Walencja – Gdańsk (z jednym międzylądowaniem we Frankfurcie) z dwiema małymi walizkami – 1775 PLN
  3. 1 noc w hotelu + 4 noce w wynajętym mieszkaniu z pełnym wyposażeniem – 2750 PLN
  4. Transport po mieście – korzystaliśmy z autobusów, metra i taxi (Freenow i Uber) – około 200 PLN
  5. Inne drobne wydatki – około 100 PLN

Jedzenia oczywiście nie liczę, bo w domu też trzeba kupować jedzenie. Ceny w sklepach, restauracjach są bardzo podobne do tych w Polsce. Cały koszt 6 – dniowego wyjazdu to 5255 PLN. Czy to dużo czy mało, to już każdy może samodzielnie odpowiedzieć sobie na to pytanie. Na pewno taki wyjazd można zorganizować taniej. Wszystko zależy od kwoty, którą możemy przeznaczyć. Moją strategią kosztową przy tym wyjeździe było rozłożenie wydatków na wiele miesięcy. W jednym kupiłem loty, w kolejnym mieszkanie i tak dalej. Dzięki temu budżet domowy nie był obciążony od razu pełną kwotą. Niestety, zaplanowanie startu w maratonie w Walencji wiąże się z decyzją, którą trzeba podjąć bardzo wcześnie. Zapisy na przyszłoroczną edycję (07.12.2025) już ruszyły. To jest ten moment 😊.

Po starcie zostawaliśmy jeszcze w mieście na parę dni. To był czas na spokojne zwiedzanie, długie spacery i delektowanie się słoneczną i ciepłą Walencją. Było genialnie!

Na koniec chciałbym jeszcze raz podziękować Wam wszystkim za kibicowanie, wsparcie i dobre słowa. Szczególnie jestem wdzięczny moim najbliższym oraz trenerowi Darkowi Ossowskiemu. Przygotowywanie się do maratonu było wielką frajdą i sprawiło mi dużo satysfakcji.

W tym roku zamierzam jeszcze przygotować jeden wpis na bloga, podsumowujący cały sezon, ale to za jakiś czas. Na razie pora wrócić do rzeczywistości 😉.

Cześć!