Ten wpis jest w zasadzie kontynuacją poprzedniego, napisałem go podczas pobytu w Barcelonie i okolicach, ale głównie w trakcie lotów, podczas których bardzo dobrze mi się pisze.
Trzy godziny po powrocie do domu z Biegu Tapflo Dycha z Pompą, byłem w drodze na lotnisko w Gdańsku, z którego udałem się do słonecznej Katalonii. To była spontaniczna podróż, dość nietypowa, jak dla tak skrupulatnie planującej wszystko osoby, jak ja. Tego typu wyjazd chodził mi po głowie już od pewnego czasu. Co w nim nietypowego? To, że pojechałem sam. Wolałbym rzec jasna mieć towarzystwo, ale nikomu z moich bliskich nie pasował termin wyjazdu.
„Jeśli potrafisz usiąść sam w kawiarni albo pójść sam do kina — potrafisz wszystko.
Bycie samemu nie oznacza samotności.
To siła.
To sztuka cenić własną obecność.
Być swoim przyjacielem.
Słuchać własnych myśli.
Nie szukać potwierdzenia na zewnątrz.
Wielu ludzi boi się ciszy.
Boi się stolika dla jednej osoby.
Boi się sali bez towarzystwa.
Ale właśnie w takich chwilach rośniemy.
Stajemy się niezależni. Spójni. Wolni.
Bo kto nauczył się być sam ze sobą — ten poradzi sobie z całym światem”.
~ Autor nieznany
Przed wyjazdem miałem dwa założenia. Po pierwsze miało być ciepło, po drugie tanio. Charakter mojej pracy umożliwia mi wykonywanie obowiązków w sposób zdalny. To z kolei pozwala na wyjazd w czasie, kiedy nie ma konieczności wydawania kupy kasy na samolot i pobyt w hotelu. Termin po długim weekendzie majowym jest zatem idealną okazją do spędzenia tygodnia w Hiszpanii, do której zawsze jadę z ochotą. To jest moje miejsce. Poszperałem tu i tam w internecie i dość szybko zorientowałem się, że za relatywnie niewielkie pieniądze można pożyć w ciepłym klimacie, łącząc pracę i odpoczynek.
Nie ma co ukrywać, że aspekt biegowy nie miał znaczenia. Miał. Chciałem potrenować w nowym miejscu. W czwartek ogarnąłem wszystkie formalności związane z lotem, hotelem, transferem i w niedzielę wieczorem wylądowałem w Barcelonie. Moją miejscówką była Calella, miasteczko na wybrzeżu Costa Maresme, oddalone około godzinę od Barcelony. Trochę obawiałem się czy przejazd autobusem z lotniska do Calelli przebiegnie bez problemów, bo wcześniej nie korzystałem z usług nieznanej mi firmy przewozowej, ale obyło się bez niespodzianek.
Od samego początku wprowadziłem porządek dnia, polegający na tym, że wstawałem około 6:30 i robiłem trening. Poranki były rześkie, więc super się biegało. Później w ciągu dnia temperatura przekraczała 20 stopni. Po treningu – śniadanie i zabierałem się do pracy. Po skończonej pracy szedłem na plażę i tam spędzałem czas do wieczora. Potem kolacja i odpoczynek w pokoju. Generalnie nie robiłem nic innego niż zazwyczaj w domu (za wyjątkiem plażowania😁). W czwartek i piątek miałem urlop, więc było więcej czasu wolnego. Wybrałem się pociągiem do Barcelony.
Miasto znam już dość dobrze, więc jakoś specjalnie nie musiałem przygotowywać się do zwiedzania. Planowałem spędzić czas na wałęsaniu po mieście, obserwowaniu ludzi i chłonięciu atmosfery. Nie mogło oczywiście zabraknąć gospodarskiej wizyty na remontowanym Camp Nou i naocznym sprawdzeniu postępu prac. Obiecałem Laurze, że pojedziemy na mecz Barcy na nowym stadionie, musiałem więc osobiście porozmawiać z chłopakami na budowie, aby się pośpieszyli, bo Szczena i Bobik mają już swoje lata i nie będą grali w nieskończoność😉.
Bardzo lubię mentalność Hiszpanów. Mimo temperamentu południowców, nie są nachalni. W większości przypadków, w sytuacjach publicznych są stonowani w reakcjach, nie epatują swoją obecnością. Na zasadzie: jestem obok i w razie potrzeby chętnie Ci pomogę, ale bez narzucania się. Myślę, że my Polacy jesteśmy bardzo podobni, chociaż to tylko taka generalna opinia. Wiadomo że ludzie mają różne charaktery.
Większość ludzi czerpie energię albo górskich wędrówek, albo przebywając nad wodą i na plaży. Ja należę do tych drugich. Wspaniale było wylegiwać się na plaży, na której poza mną było kilka osób, rozmyślając jednocześnie o wszystkim i o niczym. Kasując z pamięci nieistotne myśli, nagromadzone w ostatnich miesiącach, przewijając fejsbuka, czytając książkę. Ładowanie baterii w pełnym, ale jednak nie upalnym, majowym słońcu.
Trenowałem codziennie od poniedziałku do sobotniego wyjazdu włącznie. Nogi po Biegu Tapflo miałem przez trzy dni kołkowate, ale przez ten czas w planie treningowym były tylko rozbiegania z przebieżkami. Kłopotu nie było. Dopiero w czwartek zrobiłem zabawę biegową 8×3’/2′ + 6×30″/60″, którą dopełniłem szybszymi odcinkami 18×45″/75″ w sobotę. Biegałem głównie po szutrowej ścieżce, ciągnącej się wzdłuż wybrzeża Costa Brava, raz byłem na stadionie. Widoczki były bardzo przyjemne a temperatura i warunki idealne. Na bieżąco dostawałem informacje o okropnej pogodzie panującej w Polsce, pod koniec pobytu zacząłem mieć wyrzuty sumienia z powodu tej jawnej niesprawiedliwości🤭.
Jakie mam przemyślenia po tej podróży?
- Podróżowanie stanowi samo w sobie świetną zabawę.
- Podróżowanie w pojedynkę jest genialne, jesteś panem swojego losu i nie musisz niczego uzgadniać.
- Nie lubię spać bez Ani u boku i to był jedyny minus wyjazdu🤭.
- Jeśli znasz 15 – 20 słów w języku kraju, w którym przebywasz, jesteś w stanie porozumieć się w każdej podstawowej sprawie. Ja nie znam hiszpańskiego, ale za każdym razem staram się używać tych kilku słów, które znam, co niesamowicie ułatwia komunikację i sprawia bardzo dobre wrażenie na rozmówcach.
- Mógłbym żyć i mieszkać w zasadzie w dowolnym miejscu w Europie. Nie należę do osób, które definiują swoje życie przy użyciu pojęć: ojczyzna, patriotyzm, ziemia ojców itp. Idee narodowe są mi obce.
- Ludzie są w gruncie rzeczy bardzo podobni do siebie, bez względu na narodowość, kolor skóry czy wyznawaną religię. Z każdym kolejnym wyjazdem przekonuję się o tej banalnej prawdzie.
Posiedziałbym dłużej w tym pięknym miejscu…









