- Bieg Uliczny w Zblewie (5km)
- Wilcza Dycha w Osiecznej (10km)
- Tczew na 5 z Flex Poland (5km)
To zawody, w których wziąłem udział od czasu ostatniego wpisu.
Bieg w Zblewie pod koniec maja, miał charakter typowo szkoleniowy. Stanowił mocne przetarcie przed Wilczą Dychą w Osiecznej, dwa tygodnie później. Początkowo, zamiast tego biegu, chciałem wystartować w Biegu Papiernika w Kwidzynie, ale trener dał czerwone światło, ze względu na niewielką ilość czasu na regenerację.
W zasadzie to wszystko co mam do powiedzenia o tych zawodach. Zazwyczaj trudno mi się zmobilizować na starty, które niewiele wnoszą. Tym razem było podobnie. Dodatkowym niemiłym zaskoczeniem była trasa, która miała być asfaltowa a była w większości szutrowa, z dziurami. Po biegu stwierdziłem, że lepszym rozwiązaniem byłoby pobiec w tym dniu mocnego parkruna w domu, bez ponoszenia kosztów wpisowego i dojazdu. Nie licząc czasu. Kolejna nauczka. Z pozytywów – po biegu jadłem bardzo dobrą grochówkę i drożdżówki. To najczęstsza zaleta małych, lokalnych biegów.
Wilcza Dycha w Osiecznej to już trochę inna bajka. Chciałem zaprezentować się z jak najlepszej strony i solidnie przygotowywałem się do tego startu. Pisałem o tym już kilkakrotnie, to bieg z jedną z najlepszych tras na 10km w woj. pomorskim. Atestowana, asfaltowa, płaska, osłonięta lasem z obu stron. Dlatego pojawiłem się na starcie tego cichego biegu po raz trzeci z rzędu. Pisząc „cichy” mam na myśli jego otoczkę medialną przed i po imprezie. Przekaz jest dość skromny, że tak się wyrażę. Biorąc udział w lokalnych imprezach na swoim podwórku, jestem przyzwyczajony do trochę innych standardów. Spoko, nie ma to większego znaczenia i nie zmienia faktu, że impreza ma dużo zalet, które wymieniłem wcześniej. Brak medialnej oprawy nie przeszkadza również solidnej grupie bardzo dobrych biegaczy z różnych krajów, która co roku staje do rywalizacji o wysokie nagrody finansowe.
Moim celem była walka o ukończenie biegu w jak najlepszym czasie. Full gaz, bez kalkulacji. Gdzieś tam tliła się iskierka nadziei na bieg w okolicach PB, choć zdawałem sobie sprawę, że nie jestem w życiowej formie. W myśl zasady Nosala ” niby człowiek wiedzioł, ale jednak trochę się łudził”. Pogoda do biegania dla mnie była dobra, mimo, że zewsząd słyszałem miauczenie innych biegaczy, że za ciepło i za duszno.
Aby dać sobie szansę na wygraną w totolotka, trzeba najpierw kupić kupon. Ja kupiłem kupon, zacząłem odważnie, ale bez brawury. Pierwszą, łatwiejszą piątkę (z wiatrem w plecy), przebiegłem w tempie na złamanie 36′. To był plan maksimum. Po nawrotce oczywiście nie było już tak łatwo i nie utrzymałem tempa 3’36″/km. Zwolnienie nie było duże, ale drugą część przebiegłem o 30 sekund wolniej niż pierwszą. W konsekwencji, kolejny raz skończyłem bieg na atestowanej dyszce w czasie 36’29”. Na takim poziomie biegam już od około 3 lat i chyba już z dziesięć razy pokonywałem 10km w zakresie wyników 36’10” – 36’30”. Poziom dobry i stabilny ale progresu nie ma.
Być może osiągnąłem już swój sufit i nie będę w stanie pobiec dychy poniżej 36’. Dopuszczam taką możliwość, chociaż głowa prędko nie pogodzi się z takim stanem rzeczy.
Na zakończenie pierwszej części sezonu wybieram zazwyczaj jeden z moich ulubionych biegów: Tczew na 5 z Flex Poland. Lubię piknikową atmosferę tego biegu i taki ogólny chaos i luz panujący wokół. Na bulwarze zawsze kręci się tylu ludzi, że tak naprawdę nie wiadomo kto jest zainteresowany biegiem (mniejszość), kto wesołym miasteczkiem (większość), a kto koncertami (prawie wszyscy).
Największą trudnością, związaną z tymi zawodami, jest całodzienne oczekiwanie na bieg (start o 19:00). Od rana trzeba oszczędzać energię i za bardzo nie przemęczać, co jest dość obciążające dla głowy. Start u siebie w domu zobowiązuje do wzmożonego wysiłku i tym razem było tak samo. Jak co roku, od nie wiem już ilu lat, musiałem bronić swojego miejsca na pudle. Ponownie dałem radę, z czego bardzo się cieszę. Wykrzesałem z siebie naprawdę dużo i wypompowałem do cna. Na mecie musiałem posiedzieć sobie kilka minut, bo kręciło mi się w głowie ze zmęczenia. Po biegu odbyła się ekspresowa dekoracja i można było oficjalnie zakończyć wiosenne starty.
Tak oto wyglądała końcówka tej mało seksownej pierwszej części sezonu. Druga zapowiada się o wiele bardziej ekscytująco, z daniem głównym w postaci grudniowego maratonu. Już niedługo wznawiam treningi po krótkiej przerwie, szykuje się wymagający okres przygotowawczy i dużo biegania. Oby zdrowie dopisywało.
Wszystkiego dobrego i wspaniałego lata Wam życzę, drodzy czytelnicy mojego bloga☀️. Mam nadzieję, że będzie tak gorące jak ubiegłoroczne, choć na razie się na to nie zanosi.
Hej!
G.









