Za nami kolejny miesiąc i najwyższa pora napisać parę słów na bloga. Początek września to zazwyczaj trudny moment u wielu ludzi. U mnie jest podobnie. Nie przepadam za tym okresem końca wakacji i rozpoczęcia roku szkolnego. Musi minąć kilka tygodni, nim układ i porządek poszczególnych dni/tygodni całej rodziny, wróci na stare tory. Trzeba to przetrwać.
Tegoroczne wakacje pod względem ulubionego plażowania określiłbym jako słabe – porównując do ubiegłorocznych. Jak tylko była jako-taka pogoda, wsiadaliśmy z Andżelą w auto i łapaliśmy opaleniznę. Tych dni nie było za wiele. Całe szczęście Hiszpania nie jest aż tak daleko i zawsze można zaplanować jakiś spontaniczny wypad😊.
Florian Pyszel, w swoim ostatnim podcaście Świat Okiem Biegacza, stwierdził, że nikt już nie czyta blogów. Możesz zatem, drogi czytelniku, uważać się za wyjątkową osobę, oddając się lekturze tego wpisu. A tak serio, tematyczne blogi, taki jak mój, na pewno mają swój najlepszy okres już za sobą. Czy to mi w jakikolwiek sposób przeszkadza? Absolutnie nie, dlatego, że nie traktuję pisania jako sposób na zarabianie czy monetyzowanie czegokolwiek. Osoby, które chciałyby wydusić parę groszy ze swej biegowej pasji są aktywne w mediach społecznościowych, które de facto „społecznościowe” są już tylko z nazwy. Nie wiem czy macie podobne spostrzeżenia. Ja widzę, że zaangażowane w publikowanie treści są niemal wyłącznie osoby, których nadrzędnym celem jest reklamowanie i sprzedaż określonych produktów czy usług. Jestem już na tym tle tak wyczulony, że szerokim łukiem omijam tego typu wypociny.
Wracając do blogów, wierzę, że ciekawe treści się obronią. Dla mnie jako osoby, która uważnie obserwuje to, co się dzieje w szeroko pojętym środowisku biegowym, ważne jest poszukiwanie nowych materiałów, czy to w formie podcastów, artykułów czy filmów. Osobie osadzonej w tej tematyce już ponad 10 lat, coraz trudniej o inspirację. Z tego też powodu niedawno wyautowałem się ze Stravy, która w moim odczuciu stała się przeraźliwie nudna. A może po prostu po pewnym czasie wszystko powszednieje?
W ostatnim wpisie wspominałem, że w lipcu nie biegało mi się zbyt dobrze. Przewidywałem, że sierpień będzie dużo bardziej przyjemny i tak rzeczywiście się stało. Wróciła radość z biegania, noga zaczęła dość swobodnie się kręcić i treningi kończyłem z uśmiechem na ustach. Na razie realizuję plan, który kładzie nacisk na dystans 10km.
W sierpniu wykonałem kilka mocniejszych treningów, w sumie przebiegłem prawie 330 kilometrów, co jak na moje możliwości czasowe i okres przygotowań, jest wynikiem całkiem ok.
Sierpniowe sobotnie poranki spędzałem najczęściej na stadionie, wykonując trening wytrzymałości tempowej.
- 2 serie (7 x 400m)/ przerwa 200m
- 4 x 1600m/ przerwa 5’30’’
- 3km/ przerwa 1km + 2km/ przerwa 1km + 1km
- 7 x 800m/ przerwa 3′
Celowo nie piszę o prędkościach odcinków, bo one niewiele mówią, bez odniesienia do innych jednostek i całego planu. Przerwy w truchcie.
Drugim akcentem w tygodniu były środowe drugie zakresy (BC2). Do tego rozbiegania z przebieżkami, elementy siły biegowej (skipy), raz w tygodniu i niedzielne dłuższe biegi 17-19km. Nie zapominałem o ćwiczeniach ogólnorozwojowych, wzmacniających mięśnie.
Miesiąc zakończyłem udziałem w zawodach na dystansie 10km – Biegacze w hołdzie Kazimierzowi Piechowskiemu. Raz na jakiś czas udział w zawodach jest niezbędny, nawet, jeśli to start typu C. Test nie wypadł olśniewająco. W sumie to żadna niespodzianka, bo nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek był w formie pod koniec sierpnia. Biorę udział w Biegu Piechowskiego co roku i za każdym razem jest to męczenie buły. Na myśl przychodzi mi słowo „pokora”, która doskonale wpisuje się ubiegłoniedzielną Ewangelię (Łk 14, 1. 7-14), którą być może mieliście okazję wysłuchać.
Już na rozgrzewce czułem, że ciężko będzie mi zmobilizować się do wytężonego wysiłku w trakcie zawodów. Po 3 kilometrach stwierdziłem, że nic sensownego w tym dniu nie nabiegam, więc ustawiłem sobie tempomat na znośne 3’50’’/km i postanowiłem dotelepać się jakoś do mety. Wspomnę, że 3’50’’/km to zazwyczaj moje tempo półmaratońskie. Jestem już na tyle doświadczony, że wiem, kiedy jest szansa na dobre bieganie a kiedy trzeba lekko odpuścić i nie wypruwać flaków. W tym dniu po prostu nie miałem w sobie woli walki, z czego nie jestem specjalnie dumny. Na szczęście z mobilizacją na kolejne zaplanowane starty nie będzie problemu (Bieg Kociewski, Półmaraton Nadwiślański, Valencia Maraton).
- Biegacze w hołdzie Kazimierzowi Piechowskiemu
- 10km – 37’53’’
- 6 miejsce open (2 kat. wiekowa)
To, co mogę zrobić, to trenować dalej z pełną wiarą, że forma będzie rosła i osiągnie swój szczyt podczas najważniejszego startu 7 grudnia. Zdrowie jest, chęci są, walka o osobiste rekordy świata trwa.
Fot: Domelonzo Photography, Powiatowe Centrum Sportu w Tczewie







