Żarty się skończyły, czyli życiówka w Biegu Kociewskim

 

Z jednej strony chciałem opublikować nowy wpis na blogu już wcześniej, a z drugiej, wolałem poczekać na konkretny pretekst, jakim jest zawsze rywalizacja w zawodach. Siadam więc do pisania w poniedziałek, po udziale w niedzielnym Biegu Kociewskim w Starogardzie.

Na początek napiszę trochę o tym, co działo się u mnie we wrześniu. Treningowo był to intensywny i bardzo owocny czas. Przygotowania do grudniowego maratonu w Walencji wkroczyły w kolejną fazę, w której pojawiły się już specyficzne jednostki pod ten dystans. Były to głównie długie biegi, od 22 do 27 kilometrów w I strefie intensywności (BC1), z szybszymi ok. 5-6 km końcówkami, w strefie II (BC2). Treningi te sprawiały mi sporo frajdy i biegałem je bardzo swobodnie, na niskim tętnie (BC1 – 4’45’’-4’50’’/km, BC2 – 4’15’’-4’10’’/km). Przebiegłem 4 tego typu treningi w soboty lub niedziele. Nie jestem niewolnikiem niedzielnych longów i lubię wykonywać tę jednostkę w sobotę, po wolnym piątku i odpoczynku od biegania. Oczywiście trening tego typu musi uwzględniać tez inne bodźce, więc czasami niedziela jest lepszym wyborem.

Pogoda we wrześniu była zazwyczaj bardzo przyjemna. Ogólnie jesień pogodowo jest genialna dla biegaczy. Oprócz wspomnianych wyżej długich wybiegań, zrobiłem kilka treningów pod kątem zaplanowanego udziału w Biegu Kociewskim na dystansie 10 km.

  1. Tysiączki na stadionie (6x1000m @3’25’’/km/400m trucht)
  2. Dwójki na bulwarze (4x2km @3’40’’-3’35’’/km/5’ trucht)
  3. Mocny parkrun (5km w 18′)

Początkowo planowałem jako przetarcie przed dychą wziąć udział w Biegu Cysterskim na 5km, ale po namyśle zrezygnowałem z tego biegu. W zamian, jako sprawdzian formy, przebiegłem 5km na parkrunie. Szczerze mówiąc, coraz rzadziej chce mi się brać udział w zawodach o przysłowiową „pietruszkę”. Pisałem już o tym kilka razy. Każdy wyjazd na start wiąże się z logistyką, kosztami, luzowaniem w treningu, poświęconym czasem. Stwierdziłem, że lepszym wyjściem będzie dla mnie parkrun, który przebiegłem na podobnej intensywności jak w zawodach, czyli mocno. Jestem teraz na takim etapie, że wolę solidnie przygotować do kilku startów w roku i trzymać amunicję na najważniejsze zawody, niż strzelać ślepakami na prawo i lewo.

Podsumowując, za mną bardzo solidny treningowo wrzesień. Trzymałem tygodniowy kilometraż na poziomie 80-90 kilometrów, dbałem o regenerację, dobre jedzenie i sen. Jeśli uda mi się powtórzyć tę strukturę w październiku – będę zadowolony. To był pierwszy wrzesień, odkąd zacząłem startować w zawodach  w 2014, w którym nie zaliczyłem żadnego startu 😊.

W trakcie treningów jest dużo czasu na rozmyślania i uświadomiłem sobie niedawno, że tak naprawdę nie zostało mi już wiele czasu na poprawianie swoich rekordów życiowych na poszczególnych dystansach, szczególnie na tych krótszych. Szacuję, że to okres około 2-3 lat, może mniej, może więcej. Któż to wie. Powód jest prosty, fizjologii nie da się oszukać i każdy sportowiec w pewnym momencie osiąga punkt, poza którym następuje stopniowy spadek możliwości wysiłkowych a co za tym idzie – wyników. Nie ma w tym wielkiej filozofii i trzeba się z tym pogodzić. Zauważyłem, ze niektórzy hypują się jakimiś dziwacznymi współczynnikami, faworyzującymi mastersów (im starszy zawodnik, tym lepszy współczynnik), nie potrafiąc zaakceptować faktu, że rywalizacja sportowa (a w szczególności lekkoatletyka) opiera się na bardzo prostych i wymiernych zasadach: pobiec szybciej, rzucić dalej, skoczyć wyżej. Uważam, że na pewnym etapie życia warto odpuścić walkę o rekordy i po prostu skupić się na czerpaniu radości z uprawiania sportu. Obiecuję, że ładnie się biegowo zestarzeję i za kilkanaście lat nie będzie potrzeby na mecie tworzyć szpaleru z biegaczy, aby przywitać mnie kuśtykającego do mety 😊.

Na razie jednak walczę.

Bieg Kociewski Starogard; niedziela 05.10.2025

Sobota, dzień przed startem. Cały dzień wolny, dodatkowo bez treningu, bo jutro ważne zawody. Co zrobić z taką ilością wolnego czasu? Znam jeden niezawodny sposób. Wziąć się za porządne sprzątanie całego domu. To jedna z nielicznych okazji, aby solidniej przyłożyć się do generalnych porządków, na które zazwyczaj nie ma czasu lub ochoty.

Jeśli dołożymy do tego przedstartowe napięcie i stresik, połączony z próbą rozstawiania domowników po kątach – to wiem, że jest dobrze i nie będzie problemów z mobilizacją podczas biegu. Tak było i tym razem.

Ubiegłoroczny start w Biegu Kociewskim wspominam najbardziej z jednego powodu. Nie pamiętam lepszej pogody na żadnym biegu, w którym startowałem w Polsce. Ona była idealna na zawody: bezwietrzna, około 10 stopni, po prostu bajka. W tym roku zapowiadało się dużo gorzej, szczególnie pod kątem wiatru. Oczywiście chciałem zaprezentować się z jak najlepszej strony, ale forma była niewiadomą. Tak naprawdę nie wiedziałem w jakim jestem miejscu i zawody w Starogardzie miały to zweryfikować.

Pogoda okazała się całkiem dobra. Momentami wiało w twarz, ale były też fragmenty, gdzie ładnie pchało w plecy. Zacząłem spokojnie, chciałem zostawić dużo sił w nogach na drugą część biegu. Rzadko kiedy jestem w stanie pobiec szybciej drugą piątkę, w biegu na 10km. Tym razem się to udało  i jestem naprawdę zadowolony z przyjętej taktyki biegu. Cały czas miałem wrażenie, że biegnę na czas w granicach 36’15”-36’20”. Nie kontrolowałem obsesyjnie czasu i bardziej wsłuchiwałem się w reakcje organizmu. Po biegu stwierdzam, że miałem lekki zapas. Pamiętam, ze ubiegłym roku padłem ze zmęczenia na mecie. W tym roku tego nie czułem. Jedyne na co mogę narzekać, to na to, że jak zwykle biegłem sam przez większość dystansu, co nie ułatwiało zadania. Na metę wbiegłem z czasem 36’02’’, co było sporym zaskoczeniem, ale sprawiło mi ogromną radość, bo zrobiłem nowe PB. Trochę żałuję, że bardziej się nie postarałem i miałbym 35’ z przodu. W tym momencie tak bardzo mnie to nie martwi. Przed biegiem każdą życiówkę brałbym z pocałowaniem ręki.

Bieg na 10km jest w moim odczuciu najtrudniejszym z tych, na których rozgrywane są najczęściej zawody (5km, 10km, półmaraton, maraton). Od listopada 2022 roku, gdzie pobiegłem w Gdyni 36’06’’, kilkukrotnie, bezskutecznie podejmowałem próby poprawy tego rezultatu. W końcu coś drgnęło.

Bieg Kociewski

10km – 36’02’’ PB

28 miejsce Open (6 kat. wiekowa)

Żeby nie było tak przyjemnie. Wiem w jakim miejscu jestem i ile brakuje mi do najlepszych. Wystarczy, że wspomnę, że w Biegu Kociewskim nie załapałbym się na pudło w kat. M50. W dobrych biegach trzeba latać poniżej 35’30’’ na dychę, aby mieć na to szansę. I to jest coś, co mnie mobilizuje.

Ogólnie, to była bardzo przyjemna niedziela. Po kilku latach ponownie wystartowaliśmy w jednych zawodach z moim chrześniakiem Dawidem a po biegu był czas na dłuższą rozmowę przy kawie w zaufanym gronie.

Następny przystanek – Półmaraton Nadwiślański. To dopiero jest impreza 😊.

Cześć!

Foto & Video: AK-SKA Photo, Anna Główczewska, Karolina Zbrzeźna, UM Starogard