To był świetny bieg. Długo na niego czekałem i doczekałem się swojej nagrody w postaci bardzo solidnej życiówki: 2:50’55’’. Być może nawet nieosiągalnej dla zdecydowanej większości osób uprawiających bieganie amatorsko, w swoim wolnym czasie.
O udziale w maratonie w Walencji myślałem już od kilku lat. Obserwowałem co roku relację z biegu, który w szybkim tempie wyrósł na lidera spośród wszystkich europejskich maratonów. Poziom sportowy, trasa, cała otoczka, atrakcje w mieście, pogoda oraz sprawny marketing organizatorów, kierujący ofertę głównie do biegaczy z zagranicy. To główne elementy składowe sukcesu maratonu w Walencji. Nie można oczywiście zapominać o powszechnej kulturze biegowej w Hiszpanii. Walencja tutaj króluje. Ilość terenów do biegania, ścieżek – zachwyca. Trudno to opowiedzieć, trzeba zobaczyć na własne oczy.
Marzenie udało mi się zrealizować w ubiegłym roku, kiedy po raz pierwszy wziąłem udział w tym kultowym wydarzeniu. Pierwszą myślą po przekroczeniu mety była wtedy chęć ponownego przebiegnięcia Walenckiego maratonu. Pisałem o tym w zeszłorocznej relacji na blogu. Kilka dni później byłem już zapisany na edycję 2025.
Start A na ten rok został wiec szybko ustalony. Początek roku nie należał do łatwych: zapalenie płuc, sprawy rodzinne, nie pozwalały skupić się na bieganiu. Wszystko ma swoje priorytety (niestety). W związku z tym, wiosną szału w wynikach w zawodach nie było. Nastawiałem się na jesień, bo uwielbiam trenować jak jest ciepło i długo jasno. Chociaż latem pogoda nie była pięciogwiazdkowa, wykonałem bardzo solidny trening, stanowiący fundament pod specyficzny okres przygotowań – typowo maratoński. Trwał on 3 miesiące, od września do końca listopada.
Przygotowania
Od razu chciałbym zaznaczyć i podkreślić rolę trenera Darka w moich przygotowaniach. Była ona nie do przecenienia i jestem bardzo zadowolony, że trafiłem na takiego dobrego fachowca. Kilkukrotnie, w okresie w którym współpracujemy, rozmawialiśmy o tym, że spokojnie mógłbym sam sobie układać treningi, bo mam doświadczenie i wiedzę na temat środków i metod, stosowanych w treningu. Pewnie tak jest, ale z mojej perspektywy zupełnie nie o to chodzi. Trenując sami siebie nie jesteśmy w stanie spojrzeć na cały obraz sytuacji z tzw. lotu ptaka, bez emocji, na chłodno. Zazwyczaj mamy wówczas tendencję do wykonywania takich treningów, które lubimy i do unikania tych mniej ulubionych. W moim przypadku tak jest. Zdecydowanie wolę osobę trenera, który „trzyma łapę” na całym procesie. Podsumowując, trener zaproponował plan treningowy, który ja z wielką przyjemnością i praktycznie w 100% zrealizowałem. Mówię całkowicie szczerze.
Tegoroczne przygotowania maratońskie były obiektywnie cięższe niż te ubiegłoroczne. Po pierwszym, zapoznawczym roku wspólnych treningów, stwierdziliśmy, że trzeba dołożyć do pieca, aby móc myśleć o poprawie wyników. Latem poprosiłem Darka o taki plan, po realizacji którego, będę miał szansę przebiec maraton w tempie 4’00″/km. Wydawało się to trudne ale osiągalne.
Główne założenia.
- Zwiększenie ogólnej objętości z około 80 km do 90 km w tygodniu. Oczywiście to wartości uśrednione.
- Bardzo mocny fokus na poprawę wytrzymałości tempowej do dystansu maratonu.
Punkt 1 nie wymaga szczególnych wyjaśnień. Jeśli chodzi o punkt 2, ogólnie mówiąc, skupiałem się na dostosowaniu włókien mięśniowych do wymagań, jaki niesie za sobą długi bieg. O ile nigdy nie sprawiały mi trudności szybkie odcinki na dużej intensywności, to moją słabą stroną było utrzymanie średniej intensywności na długim dystansie. Dlatego w trakcie ostatnich 3 miesięcy wykonałem szereg jednostek, mających na celu poprawę wytrzymałości:
- 4 x 2km narastająco w tempie szybszym o ok. 30’’/km od startowego
- 6km + 4km + 2km narastająco od docelowego tempa startowego do około 15’’/km szybciej
- 20 x 400m w tempie zawodów na 10km
- 12 x 1km w tempie półmaratońskim
- 2 x 5km + 1 x 3km narastająco – piątki około 10’’/km wolniej a trójka w tempie maratońskim
- 3 x 4km – tempo maratońskie
Oprócz tych treningów w intensywności okołostartowej, biegałem oczywiście regularnie longi, od 22 do 30km. Nie zabrakło kultowej 40-tki, która weszła bardzo swobodnie, tydzień po starcie w półmaratonie. Cieszyłem się, widząc jak mało kosztują mnie te biegi w porównaniu do zeszłego roku. Biegałem szybciej a średni HR wychodził o około 5 -7 kresek niżej.
Organizm bardzo ładnie reagował na te bodźce. Treningi wykonywałem z zapasem, na niskim tętnie i nie musiałem się po nich długo regenerować. À propos regeneracji. Bardzo dbałem o ten aspekt codziennej rutyny biegacza. Przez ostatnie miesiące nie angażowałem się w żadne zbędne czynności, mogące potencjalnie mieć negatywny wpływ na regenerację. W praktyce, poza czasem poświęconym na pracę i obowiązki rodzinne, czas spędzałem w łóżku lub na sofie w pozycji horyzontalnej. Wyeliminowałem nawet saunowanie, które bardzo lubię, ale stwierdziłem że to dodatkowy mocny bodziec dla organizmu, który nie przyniósł wcześniej spodziewanych efektów. Nie będzie dużą przesadą jak napiszę, że byłem trochę jak mnich: praca, jedzenie, bieganie. I tak codziennie😊. Bliscy czasami się śmiali ze mnie, kiedy wychodząc z domu, widzieli mnie leżącego na łóżku, a po kilku godzinach nieobecności i powrocie, ja dalej znajdowałem się w tej samej pozycji. Tak było.
Myślę, że regeneracja po treningach miała kluczowe znaczenie. Dzięki takiemu podejściu, do wszystkich kluczowych akcentów podchodziłem wypoczęty i zrelaksowany, co oczywiście miało wpływ na jakość wykonywanych jednostek.
Starty kontrolne również pokazywały, że przygotowania do maratonu zmierzają w dobrym kierunku. Byłem zadowolony zarówno z Biegu Kociewskiego na 10km, jak i Półmaratonu Nadwiślańskiego. Jeśli chodzi o pogodę to generalnie warunki były bardzo dobre. Wielką zaletą grudniowego maratonu jest to, że kluczowe treningi przypadają na październik i listopad, które od kilku lat są najlepszymi miesiącami do biegania w Polsce. To już nie te lata, kiedy na Wszystkich Świętych chodziło się na groby w kopnym śniegu i mrozie. Pewnie wielu z Was pamięta te czasy. Teraz można spokojnie biegać do połowy listopada w dobrych warunkach. Utrudnieniem jest za to bardzo krótki dzień i ciemności na dworze po godzinie 16. Dobrego przygotowania nie ułatwia też fakt, że grudzień to jednak nie jest typowy okres startowy w naszej strefie geograficznej i nie jest prosto utrzymać koncentrację, zdrowie, pozytywne nastawienie do czekającego wyzwania.
Ostatnim ciężkim treningiem było 12 x 800m zaplanowane na stadionie, na 10 dni przed startem. To miał być końcowy szlif, ale dwa dni wcześniej napadało sporo śniegu i musieliśmy z Łukaszem Kunowskim, także biegnącym Walencję, odśnieżyć cały 1 tor na stadionie. Trochę nam zeszło i mimo, że wydawało się nam, że mamy zapas czasu przed zapadnięciem ciemności, nie zrealizowaliśmy tej jednostki w całości. Dodatkowo nagle zrobiło się zimno i nawierzchnia stała się bardzo śliska. Nie było sensu ryzykować kontuzji na ostatniej prostej przed godziną 0 i przerwaliśmy tę nierówną walkę. To był w zasadzie jedyny trening, który nie poszedł mi jak po sznurku. Taka anegdota. Byłem pewien, że trener pochwali nas za decyzję i nie pomyliłem się.
Logistyka wyjazdu
W tym roku było trochę trudniej, bo nie ma już bezpośrednich lotów z Gdańska do Walencji. W tamtą stronę wylatywaliśmy z Warszawy, co wiązało się z dodatkową podróżą i noclegiem w hotelu. Natomiast zorganizowanie wszystkich pozostałych części składowych wyjazdu, przyszło mi już dużo łatwiej, bazując na ubiegłorocznym doświadczeniu. Kluczową sprawą było dla mnie wynajęcie mieszkania jak najbliżej miejsca startu. Po to, aby nie stresować się dodatkowo czy dotrę na czas w poranek startowy.
Zastosowałem podobną do zeszłorocznej strategię dotyczącą zakupu poszczególnych usług, z których najbardziej kosztowne były przeloty i mieszkanie. Starałem się rozłożyć koszty na jak najwięcej miesięcy przed startem, dzięki czemu budżet domowy nie ucierpiał zbyt mocno. W przypadku dużych eventów w atrakcyjnych miejscach, ceny rosną dwu/trzykrotnie. Trzeba to wkalkulować.
Dotarliśmy z Anią do Walencji w czwartek rano i od razu poszedłem sobie na dyszkę rozbiegania w Ogrodach Turia. Pewnie to nie był game changer, ale zarówno w czwartek, jak i piątek na rozruchu, miałem na sobie spodenki startowe z wszystkimi 6 żelami i butelką węgli w płynie, które zamierzałem zabrać ze sobą na maraton. Chciałem po prostu przyzwyczajać się do biegania z „nadbagażem”, co jest pewnym wyzwaniem, bo na zwykłych treningach nie mamy ze sobą tyle ekwipunku.
Pozostało cierpliwie czekać na start. W piątek odebraliśmy pakiet startowy, pochodziliśmy po centrum miasta i dzień szybko zleciał. Ania zauważyła, że nie jestem już tak podekscytowany startem i całą otoczką, jak poprzednio. To prawda, za pierwszym razem ponoć wszystko smakuje najlepiej. Tym razem czułem się na maratonie w Walencji jak stary wyga, nie było czym się podniecać😊. W sobotę zrobiło się bardzo ciepło, niemal letnio. Umówiliśmy się na kawę z Łukaszem i Magdą, w przepięknym kompleksie Ciudad de las Artes y las Ciencias. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się i trzeba było wracać do mieszkania odpoczywać (naszych dziewczyn to nie obowiązywało, rzecz jasna). Sobota trochę mi się dłużyła, chciałem już mieć za sobą ten maraton. Ostatnie godziny przed startem to czas, kiedy nastawienie mentalne jest kluczowe.
Wspomnę jeszcze o jedzeniu. Za namową trenera zastosowałem w tym roku skrócony protokół ładowania węglowodanami przed maratonem. Pokrótce, najpierw na tydzień przed startem przez 4 dni ograniczyłem o około 50% ilość spożywanych węglowodanów. Następnie od środy do niedzieli starałem się znacznie zwiększyć ich ilość w jedzeniu. Wbrew pozorom nie jest to taka prosta sprawa. Makaron, ryż, kasze, ziemniaki, słodkie przekąski, żelki, ciastka itp. Wciskałem w siebie tego tyle, ile mogłem, aż w sobotę wieczorem stwierdziłem, że węgle wychodzą mi uszami. Gdy w niedzielę rano, przed startem jadłem bułki z dżemem na śniadanie, myślałem, że się porzy…😊. Ale warto było.
Start
Nareszcie nadszedł ten dzień. Na linię startu z mieszkania mieliśmy około 1 kilometra, więc wraz z rzeszą maratończyków, pokonaliśmy ten dystans pieszo. Fajnie było udać się na pewniaka do swojej strefy, nie musieć się specjalnie zastanawiać nad tym, w którą stronę się udać.
Przed samym startem jestem już raczej myślami na trasie i nie chce mi się za dużo mówić. Ania doskonale o tym wie i bardzo się cieszę, że była ze mną w tym ważnym momencie.
Trasa maratonu w Walencji jest genialna. Każdy, kto interesuje się bieganiem o tym wie. Przez pierwsze 5km szukałem swojego miejsca w peletonie, starałem się biec ostrożnie. Głównie po to, aby nie zostać przypadkowo popchniętym lub przewróconym. Miałem około 40 sekund straty do założonego tempa, ale wiedziałem, że tak będzie, wiec się tym nie przejmowałem. Po tym początkowym odcinku, zrobiło się trochę luźniej i wszedłem w swój rytm biegu. Bez problemu trzymałem tempo 4’00’’/km przez kolejne kilkanaście kilometrów.
Wszystko szło jak po sznurku. Żel co 7 km, picie wody na każdym punkcie, polewanie karku i głowy. Musiałem się hamować, aby nie przekraczać założonego tempa. Oddech był bardzo swobodny, nogi nie bolały, piko belo. Połowa dystansu równo w 1h25min. Oczywiście to niewiele znaczyło. Już nie raz się o tym przekonałem, jak trudno dowieźć wynik w drugiej części biegu.
Kolejne kilometry mijały dość szybko i dotarłem do 30 kilometra. Zaczynał się maraton i pierwsze oznaki zmęczenia. Zaczęło się robić ciepło, ale nie myślałem o tym. Pamiętam, że we wszystkich moich dotychczasowych startach maratońskich, najtrudniejszy był odcinek pomiędzy 35 a 40 kilometrem. Za każdym razem łapałem dużą bombę i musiałem się zatrzymywać. Tym razem tak nie było, choć w pewnym momencie dopadły mnie skurcze mięśni dwugłowych uda. Przestraszyłem się, że historia się powtarza. Zwolniłem o około 5 – 7 sekund na kilometr i po jakimś czasie odpuściło. Postanowiłem dobiec do mety dość asekuracyjnie, aby nie kusić losu. Wiedziałem, że wynik będzie bardzo dobry, wystarczyło tego nie spartolić, nawet kosztem straty kilkudziesięciu sekund. Gdyby nie zagrożenie skurczami, mógłbym przyspieszyć w końcówce, bo energetycznie i mięśniowo nie byłem wyjechany.
Finisz na niebieskim dywanie to nagroda za wysiłek, czas na celebrację, wspomnienie wszystkich, których kochamy i dla których jesteśmy ważni. Wspaniały moment.
Szybko przeszedłem na umówione miejsce spotkania z Anią i mogliśmy zacząć świętowanie. Tego samego dnia wieczorem wracaliśmy do domu. Zostało nam kilka godzin w prawdziwie letniej pogodzie w Walencji. Wypiliśmy piwko, zjedliśmy obiad i wylegiwaliśmy się w pełnym słońcu na trawie, w pobliżu mety. Mimo zmęczenia, czułem się bardzo dobrze, mogłem normalnie funkcjonować i jeszcze sporo spacerowaliśmy po mieście.
Podsumowanie
Co mogę więcej napisać? Chyba tylko to, że wszystko się udało. Przed biegiem z pocałowaniem ręki i bez gadania brałbym w ciemno 2:53’00’’. Ogólnie, byłem bardzo dobrze przygotowany. Czułem to, ale w maratonie nic nie jest pewne przed biegiem. Trzeba wykazać się odpornością psychiczną i szczególnie na tydzień przed zawodami pokazać „stalowe jaja”, kiedy niepewność próbuje przejąć nad nami kontrolę.
Mam też świadomość tego, że mój wynik jest totalnie anonimowy, biorąc pod uwagę poziom sportowy w Walencji. Wystarczy spojrzeć na klasyfikację:
Miejsce Open: 3156 (273 w kategorii wiekowej).
Poprawiłem się o ponad 1200 miejsc w porównaniu do 2024 – jak to brzmi 😊.
Buty: Asics Metaspeed Sky Tokio – bajka.
Odżywianie: 7 żeli Trec, w tym 1 przed startem (4 z kofeiną) + 200 ml węglowodanów w płynie (Carbonox) – mocno trenowałem jedzenie na longach i to przyniosło efekt. Są jeszcze rezerwy.
Straty: 3 paznokcie 😊.
Historia startów maratońskich:
2016 Poznań – 3:09’39’’
2023 Łódź – 3:02’25’’
2024 Valencia – 2:57’39’’
2025 Valencia – 2:50’55’’
Zakończę tak jak lubię: walka o osobiste rekordy świata trwa. Jeśli masz możliwość wzięcia udziału w maratonie w Walencji – nie wahaj się ani chwili. To niezapomniana przygoda.














