Kwietniowe starty: Bieg Szpęgawski i Gdynia Półmaraton

 

Kwiecień minął, pora na podsumowanie ostatnich tygodni.

Nie wszystko poszło tak, jak sobie wyobrażałem. Szczególnie Bieg Szpęgawski, ale po kolei. Kwietniowe starty miał dać odpowiedź na to, jaką formę wypracowałem przez zimę. Historycznie, moje wyniki na wiosnę zawsze były dużo słabsze niż jesienią. Wiem dlaczego tak jest i trudno mi przełamać tę tendencję. Ładowanie akumulatorów podczas żmudnej zimy to nie jest metoda, która w moim przypadku przynosi rewelacyjne wyniki.

 

12.04.2026 Bieg Szpęgawski (5km)

Na Bieg Szpęgawski do Starogardu, jechałem w bojowym nastroju i chęcią zameldowania się na mecie z wynikiem około 17 minut. Treningi wskazywały na to, że jest to możliwe. Rzeczywistość okazała się nie tak przyjemna jak zakładałem i skończyłem bieg z wynikiem 17’23’’. Tragedii nie było, ale rezultat daleki od oczekiwań. Najtrudniejszym do zaakceptowania był fakt, że w tym dniu nogi „nie chciały biec”. Już od połowy dystansu wiedziałem, że nic dobrego nie nabiegam. Walczyłem, mobilizowałem się, ale po wbiegnięciu na wiadukt, gdzie rozpoczynał się długi finisz, już nie miałem z czego dołożyć. To było rozczarowujące. Nie sam wynik, ale to, że nie było mocy w nogach. Pewnie to nie był czynnik decydujący, ale alergia na pyłki drzew, która mocno dała mi się we znaki, nie pomogła zrealizować założeń.

 

25.04.2026 Gdynia Półmaraton

Docelowym wiosennym startem był półmaraton w Gdyni. Zimowe przygotowania były zatem skoncentrowane właśnie na tym dystansie i w sumie nic dziwnego, że 5-tka dwa tygodnie wcześniej poszła gorzej niż bym chciał. W okresie pomiędzy jednym a drugim startem wykonałem w zasadzie jeden mocny trening: 4x2km w tempie planowanego tempa półmaratońskiego (od 3’50’’ do 3’40’’/km). W tygodniu startowym już nic i tak się nie poprawi, więc bardziej skupiałem się na odpoczynku niż forsownych treningach. Nie będę ukrywał, że trochę obawiałem się tego startu. Fizycznie nie czułem się w 100% formie. Niby wszystko było ok, ale widziałem, że do dyspozycji z jesieni trochę brakuje.

Warunki na starcie były trudne: zimno, przelotny deszcz i mocny wiatr, którego nie znoszę. Stwierdziłem, że ambitnym planem na bieg w tej sytuacji będzie próba zbliżenia się do rekordu życiowego i pokonania półmaratonu poniżej 1:20’. Już nie pamiętam kiedy ostatnio brałem udział w zawodach rozpoczynających się o tak późnej porze (20:30). Zazwyczaj biegam wieczorem, więc to dość naturalna pora dla mnie, zdecydowanie lepsza niż np. 15 czy 16:00.

Na rozgrzewce czułem się bardzo swobodnie i luźno. Na starciem ustawiłem się za pacemakerem i miałem plan przez cały czas chować się przed wiatrem w grupie biegnących ze mną osób. To była dobra decyzja, bo widziałem biegnących samotnie, walczących non stop z mocnymi podmuchami. Muszę powiedzieć, że pomimo słabych warunków pogodowych, biegło mi się naprawdę bardzo przyjemnie. Pierwsze 10 kilometrów to odczuwalne tempo pomiędzy I a II zakresem, mogłem swobodnie rozmawiać i spokojnie trzymać się czoła grupy, nie wychylając się przed prowadzącego Kamila, który biegł równo, bez zbędnego szarpania tempa. Było tak, jak powinno być na półmaratonie, czyli do połowy tempo komfortowe. Zacząłem analizować ewentualne scenariusze na drugą część i trochę kusiło, aby zostawić grupę i przyspieszyć. Na to było jednak za wcześnie.

Postanowiłem, że jak będę się dobrze czuł, to ruszę na około 3 kilometry przed metą. Do tego momentu, przez cały dystans trzymałem plecy Kamila i nie wyściubiałem nosa przed grupę. Druga dycha już oczywiście była trochę cięższa ale w dalszym ciągu nogi były świeże.

Półmaraton w mojej ocenie jest o tyle fajnym dystansem, że praktycznie przez większość czasu biegnie się we względnym komforcie a przy tym daje dużo satysfakcji z powodu przebiegniętej ilości kilometrów. W ostatnich latach bije rekordy popularności wśród biegaczy startujących w zawodach i pakiety wyprzedają się bardzo szybko.

Tak jak planowałem, po 18 kilometrze zostawiłem towarzyszy biegu i ostatnie 3 przebiegłem już samotnie. Nadrobiłem kilkadziesiąt sekund i wydawało się, że spokojnie na mecie zamelduję się przed upływem 1:20’. Tak się jednak nie stało, bo ku mojemu zdziwieniu (później okazało się, że nie tylko mojemu), końcowe kilometry dziwnie się wydłużyły. Do 19 kilometra wskazania GPS w zegarku niemal idealnie pokrywały się z sygnalizacją według flag, a końcowe były dłuższe o około 100 metrów. Tym sposobem zameldowałem się na mecie w oficjalnym czasie 1:20’25’’, pokonując półmaraton w średnim tempie 3’46’’/km.

Ogólnie jestem bardzo zadowolony z tego występu: podjąłem i zrealizowałem dobrą strategię biegu, na mecie czułem się zmęczony, trudno byłoby mi dać z siebie jeszcze więcej, szczególnie w kontekście tego, co wydarzyło się później. Zastanawiałem się czy o tym pisać, bo nie lubię takiego pitolenia w stylu: „co by było gdyby”. Czuję, że normalnych warunkach pogodowych pobiegłbym w tym dniu około 1:18’. Tak się nie stało i tyle.

W drodze powrotnej do domu i przez większość nocy miałem „bliskie spotkania z muszlą klozetową”. Mówiąc bez eufemizmów: rzygałem jak kot. Musiał mnie trawić jakiś wirus, który znalazł swoje ujście po dużym wysiłku.

Chciałbym jeszcze wspomnieć o medalu, który otrzymywali na mecie uczestnicy biegu. Nie jest to element, który jest dla mnie szczególnie istotny w bieganiu, ale ten medal jest naprawdę bardzo elegancki. Oceniam go jako najładniejszy z wszystkich 187, które posiadam.

Podsumowując, moje kwietniowe starty oceniam łącznie w skali szkolnej na dostateczny plus. Z jednej strony nie ma się do czego przyczepić, bo w dalszym ciągu prezentuję stabilną, równą formę. Z drugiej wyniki na mecie weryfikują wszystko a apetyty były większe.

To co zapamiętam z kwietnia, to dojmujący chłód, panujący przez cały miesiąc. Każdego roku jest tak samo i zawsze, sam nie wiem dlaczego, mnie to zastanawia.  W naszej strefie klimatycznej przyroda dopiero zaczyna się budzić do życia po zimie. A za moment maj. Będzie cieplej?