Wiosna nie dla mnie

 

Dzisiaj chciałbym zacząć trochę inaczej, od krótkiej refleksji piłkarskiej. Okazja jest nadzwyczajna, bo nigdy wcześniej nie zdarzyło się (i raczej już się nie powtórzy), aby polski piłkarz opuszczał klub po zakończeniu kontraktu w blasku jupiterów, jako legenda klubu. Chodzi oczywiście o FC Barcelonę i Roberta Lewandowskiego.

Mecze reprezentacji narodowych traktuję jako „zło konieczne”. Wiem, że wielu się nimi ekscytuje, dla mnie są przykrym przerywnikiem w sezonie ligowym. Jak byłem młodszy, futbol ciekawił mnie bardziej, teraz często nudzi potwornie. Ogólnie, mecze są zbyt długie a 90 minut, w obecnych czasach, to okres, w którym nie sposób skupić uwagi tylko na jednej czynności. Przebodźcowanie.

Jestem wiernym kibicem FC Barcelony od 35 lat. Jako kilkunastoletni chłopak, nawet w najśmielszych snach nie mogłem sobie wyobrazić, że będę naocznym świadkiem sytuacji, w której dwóch Polaków będzie w kadrze mojego ukochanego klubu, a jeden z nich będzie odgrywał w nim czołową rolę przez 4 lata. A jednak to się wydarzyło.

Robert Lewandowski to nie jest mój ulubiony piłkarz, ale według mnie zasługuje na najwyższe uznanie jako ambasador Polski w świecie. Nie mam wątpliwości, aby ustawić go w jednym rzędzie z Piłsudskim, Wałęsą, Janem Pawłem II, Chopinem, jako punkt odniesienia w promowaniu naszego kraju. Doskonale rozumiem dlaczego Robert Lewandowski tak dobrze czuł się w Katalonii, już od samego początku. Ciężko to wytłumaczyć, ale gdy wielokrotnie publicznie mówił o tym, że Barcelona, to jego miejsce na ziemi, czułem, że wiem o czym mowa. Kwintesencją pobytu Lewandowskiego w Barcelonie były ostatnie tygodnie, kiedy wiadomo było, że kontrakt nie zostanie przedłużony. Jego zachowanie na fecie z okazji zdobycia mistrzostwa, szacunek i respekt jaki otrzymał od ludzi, podczas pożegnania na Camp Nou, to było coś pięknego i wzruszającego. Messi, Luis Suarez, Pique, Ronaldinho i wiele innych legend klubu, z różnych względów nie miało takiego pożegnania jak Robert Lewandowski, który wiedział, kiedy zejść ze sceny. Trzeba uczciwie powiedzieć, że w wielu meczach tego sezonu już nie prezentował swojego najwyższego poziomu.

Na szczęście zostaje Fumador 😊.

……………………………………………

17.05.2026 Bieg Tapflo Dycha z Pompą

Poprzedni wpis skończyłem zdaniem: za moment maj. Będzie cieplej? Hmmm … pomijając długi weekend majowy – sytuacja nieszczególnie się poprawiła. Po półmaratonie w Gdyni (25.04.2026), miałem zaplanowany start w lokalnej imprezie w Tczewie: Bieg Tapflo Dycha z Pompą (10km).

W tym roku odbyła się 4 edycja tej fajnej imprezy, której uczestnikiem można zostać pod warunkiem posiadania „szybkiego palca”. Z tego co słyszałem, pula pakietów rozeszła się w kilkadziesiąt sekund. Po ubiegłorocznym biegu proponowałem organizatorom uruchomienie pre-rejestracji na edycję 2026, ale się nie usłuchali, więc w tym roku nie będę wujkiem dobra rada.

Tak naprawdę, prawie wszystko co miałem do napisania o biegu Tapflo Dycha z Pompą, zrobiłem już przy okazji trzech poprzednich edycji.

2025:

Bieg Tapflo Dycha z Pompą – rozdział III

2024:

Bieg Tapflo – Dycha z Pompą

2023

Lizanie ran i poszukiwanie formy

 

Scenariusz imprezy co roku jest bardzo podobny, więc nie chcę się powtarzać. Jeśli mógłbym coś dodać, to za każdym razem, jeśli tylko jest okazja, chwalę organizatorów za brak koszulki biegowej w pakiecie startowym. Natomiast klapeczki Kubota – klasa, jestem wiernym fanem 😊. Duży ręcznik również zawsze się przyda.

Mówiąc szczerze, po półmaratonie nie czułem się zbyt dobrze. Co prawda spokojne treningi nie sprawiały żadnych trudności, ale na kluczowych – budujących jednostkach nie wyglądało to zbyt optymistycznie. Znam swój organizm i wiem przy jakiś prędkościach i obciążeniach powinienem czuć określony rodzaj i poziom zmęczenia. Był on nieadekwatny do wkładanego wysiłku. Dodatkowo, przyplątało się drobne, irytujące przeciążenie w okolicy przywodziciela. Byłem trochę zniechęcony i rozważałem nawet w pewnym momencie rezygnację z biegu. Rozmawiałem o tym z Anią, kilka dni przed startem, która znając mnie, była zaskoczona, że o tym wspominam.

Ostatecznie zdecydowałem, że pobiegnę. Start nie wiązał się z żadnym wyjazdem, pogoda zapowiadała się idealna do biegania, głupio było nie pobiec u siebie w domu. Wystartowałem w tempie 3’40’’/km i było ono w miarę komfortowe w początkowym etapie. Po wbiegnięciu na wał, na nawrotce minimalnie przyspieszyłem i oderwałem się od 5 osobowej grupki, z którą biegłem od startu. Wypracowałem około 100 -150 metrów przewagi, którą utrzymałem do mety. Na więcej nie było mnie stać. Zająłem 7 miejsce w klasyfikacji generalnej (2 w wiekowej). 

Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności i nastawienie przed startem, jestem zadowolony z uzyskanego rezultatu i zajętego miejsca. Trochę obawiałem się, że będę totalnie męczył bułę, ale wstydu nie było. Z drugiej strony, bieganie 36’30’’ na dychę to nie jest poziom, który mnie podnieca. Takich biegów mam na swoim koncie kilkanaście. Na dzisiaj taki jest mój poziom i szanuję osiągnięty rezultat.

Najbardziej emocjonującym elementem Biegu Tapflo Dycha z Pompą jest ceremonia nagradzania i losowanie nagród, których co roku nie brakuje. Dopisało mi szczęście i mam 200 PLN do wydania na buty, których nigdy za wiele.

Co dalej? Myślę, że sezon wiosennych startów dla mnie się już zakończył. Na biegi wokół komina nie chce mi się jeździć a na szybkie bieganie widoków na razie nie ma. Muszę poczekać na zakończenie sezonu pylenia drzew. Pod koniec czerwca pewnie wystartuję w „Tczew na 5”, bo to bieg, który bardzo lubię.

Pomimo nieco słabszego okresu, w dalszym ciągu kocham bieganie i zamierzam trenować dalej oraz konsekwentnie walczyć o moje prywatne rekordy świata. Na horyzoncie zaczyna się pojawiać jesienny maraton, więc ekscytacja będzie coraz większa.

Cześć!

 

Fot: Domelonzo Photography, PCS Tczew, Marian Fotografii

Video: Anna G.