Ciężko było mi zebrać się do napisania kolejnego wpisu na bloga, ale w końcu jest dobry czas.
Gdyby w styczniu czy lutym ktoś powiedział mi, że wiosna będzie tak słaba biegowo w moim wykonaniu, to bym go odesłał do lekarza. Tego od głowy. Ale było jak było. Łącznie tylko 4 starty (2x5km, 1x10km, półmaraton), z których na plus oceniam jeden – ten najdłuższy.
Muszę szczerze powiedzieć, że po pierwszym wiosennym starcie w Biegu Szpęgawskim (5km), trochę zeszło ze mnie powietrze i do końca czerwca nie zdołałem się już „odwinąć”. Forma była taka se – średnia. Co prawda półmaraton w Gdyni w trudnych warunkach dobrze mi poszedł i byłem zadowolony, ale ogólnie w zawodach szału nie było. W przyszłym roku zamierzam zmienić politykę startową na wiosnę i ważne zawody zaplanować na okres od lutego do końca marca/początku kwietnia – przed okresem pylenia. Bo tak naprawdę wiosenne słabsze wyniki to u mnie nie przypadek. Kiedy zaczyna pylić, oddech siada, a każdy szybszy bieg zamienia się w walkę z własnymi płucami zamiast z zegarem. Skoro nie przeskoczę kalendarza natury, to spróbuje przeskoczyć swój – ważne starty przesunę na okres, gdy powietrze jest jeszcze czyste.
W maju miałem trochę drobnych dolegliwości – głównie z mięśniem dwugłowym uda. Niby nic groźnego, ale musiałem skorzystać z fizjoterapii i przez kilka tygodni trenowałem na pół gwizdka. W czerwcu wszystko było już ok i zacząłem już coraz poważniej myśleć o przygotowaniach do jesiennego maratonu w październiku.
W poprzednich latach kończyłem sezon wiosennych startów biegiem Tczew na 5 z Flex, po którym następowała tygodniowa przerwa na odpoczynek. W tym roku potraktowałem udział w tym biegu trochę inaczej, jako punkt wyjściowy – początek przygotowań maratońskich. Czuję się dobrze, mam trochę czasu do dyspozycji, więc szkoda marnować go na nicnierobienie. Tym bardziej, że lato jest krótkie a pogoda sprzyja bieganiu. Dodatkowo właśnie rozpoczynam 2-tygodniowy urlop, więc będzie można poświęcić więcej czasu na odpoczynek i regenerację po treningach.
Jeśli chodzi o start w Tczew na 5 z Flex, to w tym dniu było bardzo gorąco, ale warunki były takie same dla wszystkich. Uzyskałem czas 18’05’’, jeden ze słabszych na tym dystansie w ostatnich latach. Sytuacja startowa pod kątem jesiennego maratonu jest jaka jest, czeka mnie dużo pracy.
Bardzo się cieszę na myśl o nadchodzących przygotowaniach. Na pewno będą one skupiać się na poprawie wytrzymałości, niezbędnej podczas maratonu. W ostatnich latach bardzo dobrze wychodziły mi treningi zaplanowane przez Darka pod ten dystans, mam nadzieję, że tak będzie dalej.
Cel jest ten sam, o którym wspominałem już wcześniej – październikowy maraton w Amsterdamie. Po Walencji apetyt urósł i nie ukrywam, że gdzieś z tyłu głowy kołacze mi się myśl o kolejnej życiówce. Konkretnymi liczbami na razie nie chcę rzucać – najpierw kilka solidnych tygodni pracy, a dopiero potem ocena, na co realnie mnie stać. Jesienią wrócę do tematu i rozliczę się z tych planów tu, na blogu.
Chcę postawić sprawę jasno i żeby to dobrze wybrzmiało. W moim podejściu do biegania nic się nie zmienia, pomimo pewnych turbulencji. Priorytety zostały już dawno wyznaczone i z tej drogi nie ma odwrotu. Bieganie długodystansowe uczy pokory i cierpliwości, a słabsze okresy muszą się zdarzać. Kto tego nie rozumie, szybko rezygnuje z biegowej pasji. Może jestem dziwny, ale nigdy nie inspirowałem się biegowymi influencerami czy innymi mentorami mentalnymi. Siłę czerpałem z poczucia własnej wartości, wiary w wykonaną pracę i systematyczność. No bo kto ma we mnie wierzyć, jeśli sam nie jestem przekonany o swojej zajebistości?
Tak to widzę.
Fot: Domelonzo Photography










