Zmieniam grudzień na październik.
Lipcowy urlop jest już tylko mglistym, choć bardzo przyjemnym, wspomnieniem. Nadszedł czas na konkretny trening.
Po dwóch Walencjach z rzędu, następny maraton pobiegnę w Amsterdamie. Data: 18 października, start i meta na Stadionie Olimpijskim z 1928 roku. Osiemdziesiąt dni od dzisiaj. Jedenaście tygodni i trzy dni — czyli w zasadzie dokładnie tyle, ile przed Walencją trwał mój specyficzny okres przygotowań. Ten, po którym pobiegłem 2:50’55”.
Dlaczego Amsterdam
Kilka rzeczy jest oczywistych. Amsterdam to jedna z najszybszych tras na świecie — płaska. Trzydzieści dwa tysiące ludzi biegnących maraton, ponad sześćdziesiąt tysięcy w trakcie całego weekendu na różnych dystansach. Finisz na bieżni stadionu olimpijskiego. Jeśli szukać biegu, w którym jest duża szansa na wymarzony wynik, to jest to dobry adres.
I jeszcze jedno, dla mnie może najważniejsze: październik zamiast grudnia.
Przed Walencją kluczowe treningi wypadały w październiku i listopadzie, a największym utrudnieniem była ciemność po szesnastej w naszej strefie klimatycznej. Pisałem o tym w relacja z Walencji. Tym razem cały specyficzny okres przypada na sierpień, wrzesień i pierwsze dni października. Ciepło i długo jasno — czyli warunki, w których po prostu lubię trenować i w których od lat wychodzą mi najlepsze rzeczy. Historycznie jesień zawsze była u mnie lepsza niż wiosna. Teraz pierwszy raz cały cykl leży w tym dobrym okresie.
Ryzyko jest oczywiste, choć niezbyt wielkie: sierpniowe upały. Longi i akcenty tempowe w trzydziestu stopniach to nie to samo, co listopadowe dziewięć. Jeśli zajdzie taka potrzeba, będę musiał kombinować z godzinami, ale to nie jest wielki problem.
Nie bez znaczenia jest wspólny maratoński wyjazd z Łukaszem i Andrzejem, który zaplanowaliśmy już w zeszłym roku.
Co zostało z wiosny
Niewiele i nie ma sensu tego owijać. Cztery starty, z których na plus oceniam jeden. Pisałem o tym w Wiosna nie dla mnie i nie będę się powtarzał.
Ważniejsze jest to, że bazę mam zrobioną. Zimę przepracowałem bardzo solidnie i wierzę, że ta praca nie pójdzie na marne. Wiosenne starty nie oddały, ale walić to – liczy się tylko przyszłość. Wchodzę w te jedenaście tygodni z optymizmem, w dobrym zdrowiu. Czuję i wiem, że mam do wykonania bardzo dużo jakościowych treningów, aby stanąć na linii startu dobrze przygotowanym.
Założenia na te jedenaście tygodni
Rozmawiałem z trenerem Darkiem, plan przygotowań jest prosty i opiera się na:
- Założenie pierwsze — objętość w docelowych tygodniach 90 km/tydzień
- Założenie drugie — dalsza praca nad poprawą wytrzymałości specyficznej w planowanym tempie startowym
Przed Walencją słabym punktem była wytrzymałość tempowa — szybkie odcinki nigdy nie były problemem, kłopotem było utrzymanie średniej intensywności na długim dystansie. Trzy miesiące pracy nad tym zrobiły robotę.
Jednostki, które wiem, że będę wykonywać:
- Zabawy biegowe (ZB) w rozmaitych konfiguracjach, np: 8 x 4’/2,5’, 9 x 3’/2’ 4 x 8’/4’
- Specyficzne odcinki tempowe (WT) w zakładanym tempie startowym: 3 x 3km, 3 x 5km, 3 x 6km
- Długie biegi (BD) w narastającym tempie, od 22 do 40km
Struktura tygodnia bez zmian: akcenty w środę i niedzielę lub sobotę, pozostałe dni pracują na te dwa dni. Prosty układ, dopasowany do pracy i domu, a nie do teorii.
Starty kontrolne
Najprawdopodobniej nie będzie żadnych. Koncentruję się na maratonie i tylko na nim. Starty kontrolne mają swoje dobre i złe strony. Jestem już na tyle doświadczony, że w tym roku postanowiłem skupić się na przygotowaniach.
Co dalej
Jeśli ciekawi Cię, jak wygląda przygotowanie do maratonu, kiedy trenuje się po godzinach pracy — najbliższe tygodnie będą najciekawszym okresem. Bo trening maratoński to nie fajerwerki, tylko mozolna, powtarzalna praca, tydzień po tygodniu. Oby zdrowie dopisywało.

