Blaski i cienie przygotowań maratońskich

 

Wstęp

Do wpisu na temat blasków i cieni przygotowań do maratonu skłoniły mnie rozmowy, jakie w ostatnim czasie odbyłem z kolegami biegaczami. Chciałem to spisać, dopóki pamiętam jak było naprawdę — bo „pamięć maratońska” działa jak pamięć po remoncie mieszkania: po pół roku człowiek pamięta tylko efekt.

Kiedy ktoś mówi, że „przygotowywał się do maratonu”, zwykle myślimy o świadomym wysiłku: silna wola, poranne wstawanie czy treningi po zmroku. Po kilku cyklach przygotowań wiem, że to nieprawda. Silna wola wystarcza na trzy tygodnie. Potem decyduje coś zupełnie innego — organizacja, rodzinny dialog, aby poradzić sobie z obowiązkami, umiejętność odpuszczania i trzeźwa ocena własnego zmęczenia.

Maraton to nie jest test charakteru. To projekt. I jak każdy projekt ma harmonogram, budżet, ryzyka i moment, w którym wszystko się może się rozsypać.

 

BLASKI

 

Struktura, która porządkuje wszystko

Plan treningowy to nie tylko lista treningów — to szkielet, na którym opiera się cały tydzień. Przykładowo, jeśli w środę rano zamierzam zrobić trening tempowy, to we wtorek wieczorem muszę zjeść odpowiednio obfitą i jakościową kolację, aby mieć paliwo do biegania. Skoro w niedzielę o 8:00 wychodzę na 25 czy 30km, to niemal całą sobotę poświęcam na regenerację, aby mięśniowo wytrzymać 2 godzinny trening.

To działa też w drugą stronę i to jest ciekawsze: uporządkowany trening porządkuje pracę i całe życie. Jeśli wiem, że o 17:30 wychodzę biegać, to nie ma opcji, żeby o 17:15 zaczynać nowe zadanie. Ustalony termin to najlepszy sposób na opanowanie przeciekającego przez palce czasu (np. scrolowanie w telefonie – lubię to tak jak wszyscy!).

Progres, który da się zmierzyć

Jeśli treningi idą zgodnie z planem, wzrost formy można często zauważyć z tygodnia na tydzień. Tyle samo kilometrów, ta sama pętla, a kilka sekund na kilometrze szybciej niż sześć tygodni temu. Lub tętno niższe o kilka kresek. To bardzo fajnie wpływa na morale i od razu humor się poprawia.

U mnie w sierpniu tak właśnie było. Zrealizowałem zaplanowane jednostki, po których czułem się coraz lepiej, mimo, że ich trudność wzrastała.

Efekty uboczne, które przyjemnie zaskakują

  • Sen. Wszyscy wiedzą, że to jest decydujący czynnik jeśli chodzi o regenerację. Jak nie ma dobrego snu, inne metody można włożyć między bajki. Łącznie z wszystkimi aplikacjami do medytacji czy suplementami. Ciągle muszę nad tym pracować.
  • Alkohol. Dwa kieliszki wina czy drink = słaby sen i zepsuty trening następnego dnia. Niestety, tak to funkcjonuje, szczególnie jeśli nie ma się 20 lat. Kalkulacja robi się banalnie prosta.
  • Jedzenie. Przestajesz jeść „cokolwiek” nie dlatego, że jesteś na diecie, ale dlatego, że czujesz różnicę na 25 kilometrze. Dieta wysokowęglowodanowa jest cudowna.
  • Energia w ciągu dnia. Paradoks, który trudno wyjaśnić: więcej wysiłku fizycznego = więcej energii do pracy umysłowej.
  • Odporność na stres. Po kilku tygodniach intensywnych treningów, nawyk akceptowania chwilowego dyskomfortu przekłada się na codzienne, stresujące sytuacje.

Długie wybieganie jako reset głowy

Dwie godziny bez bezmyślnego grzebania w telefonie, bez powiadomień, tylko muzyka w słuchawkach. Nie znam drugiej takiej sytuacji w moim tygodniu. Pierwsze 30–40 minut to jeszcze rozgrzewka – przeżuwanie tego, co zostało z poprzedniego dnia. Potem coś się przełącza i pojawiają się myśli, na które w normalnym trybie nie ma miejsca — te wymagające dłuższego namysłu.

Ostatnio układałem sobie w głowie plan tego wpisu, zastanawiałem się głównie nad cieniami przygotowań do maratonu. Skupienie na biegu i niejako wyłączenie myślenia to jest najbardziej niedoceniana korzyść z biegania i jednocześnie ta, którą najtrudniej wytłumaczyć komuś, kto nie biega.

Ludzie

W przygotowaniach nie ma zbyt wielu momentów do spotkań czy wspólnych treningów, bo każdy realizuje swój indywidualny plan treningowy. Tak rozumiem pojęcie „samotność maratończyka”. Zdarzają się jednak momenty, kiedy najbliżsi koledzy, skupieni wokół podobnego celu, spotykają się i doskonale bawią w swoim towarzystwie, przy bezalkoholowym piwie. Tak jak my z Andrzejem i Łukaszem, kilka dni temu.

 

CIENIE

 

Rachunek rodzinny

To część, która jest najtrudniejsza do napisania uczciwie, więc większość blogów ją pomija. Moim zdaniem to najciekawszy fragment wpisu.

Czternaście tygodni bezpośrednich przygotowań po około 8 godzin tygodniowo, to prawie 120 godzin. Mówimy tylko o bieganiu. Pomijam trening uzupełniający, czas potrzebny na przygotowanie do treningów, higienę mięśni, rozciąganie itp. To nie jest czas wzięty z powietrza — jest wzięty z konkretnego miejsca. U mnie: z sobotnich i niedzielnych przedpołudni i z wieczorów w tygodniu. To znaczy, że ktoś inny w tym czasie robił rzeczy, które normalnie robilibyśmy razem albo które robiłbym ja. Mówiąc robilibyśmy, mam na myśli Anię.

Podam konkretny przykład. Moja żona jest nauczycielką. W związku z tym w lipcu i sierpniu ma najwięcej czasu i ochoty na atrakcje, takie jak koncerty, wyjście do teatru, spontaniczny wypad na zakupy do miasta czy późny powrót w środku tygodnia.

U mnie wygląda to odwrotnie. W pracy latem dużo się dzieje, do tego dochodzą coraz cięższe treningi, po których najchętniej leżę na sofie i nic nie robię. Nie mam siły i ochoty na dodatkowe atrakcje. Kilkukrotnie, w ostatnim czasie, odmówiłem Ani wspólnego wyjścia na koncert i spektakl i nie ukrywam, że mam z tego powodu wyrzuty sumienia. Z drugiej strony wiem, że chcąc dać sobie szansę na dobry wynik w Amsterdamie, nie mogę traktować regeneracji jako opcjonalnej — i doskonale wiem, że to zdanie brzmi jak wygodna wymówka.

Powiem więcej, bo słyszałem to nie raz, z ust różnych osób. Sportowiec nawet na takim amatorskim poziomie jak ja, musi być swego rodzaju egoistą, bo to pomaga ciągle się rozwijać. Całe szczęście i mówię to serio, Ania nie jest osobą, która bez męża nie jest w stanie dobrze się bawić i nie czeka na to, aż zaszczycę ją swoją obecnością.

Wspólne sobotnie i niedzielne leniwe śniadania, które przedłużają się do południa, to także są chwile, których mi brakuje.

Nie skarżę się. Wiem, na co się pisałem, więc nie jestem zaskoczony. Wybrałem to sam i prawdopodobnie wybrałbym jeszcze raz — i to jest w tym najmniej wygodne. Gdyby ktoś mi ten czas odebrał, miałbym na kogo narzekać. A tak nie mam. W listopadzie wracają śniadania do południa – tyle mogę obiecać 😊.

Kumulacja zmęczenia

Tego w planie nie widać. Kolejne tygodnie to w tabelce zwykłe wiersze: rosnąca objętość, akcent w środę, akcent w niedzielę. Na papierze wygląda niewinnie.

Wszedłem w docelową objętość 90 km tygodniowo, i tu zaczyna się rzecz, która nie jest oczywista: najcięższe nie są dni z akcentami. Akcent ma swoją energię, jest cel, jest tempo do utrzymania, wiadomo po co się wyszło. Najcięższe są zwykłe rozbiegania dzień po nim. Wolne kilometry na nogach, które jeszcze nie odpuściły po wczorajszym. Tak ma być. To jest zaplanowane. Darek mówi wprost, że w tym miejscu cyklu mam być  już trochę zmęczony i że gdybym nie był, to znaczyłoby, że robię za mało.

Nie długie wybiegania, nie interwały. Właśnie te bezbarwne, powtarzalne, niekończące się kilometry, których jedyną funkcją jest to, że mają być zrobione. Wielu twierdzi, że maraton wygrywa się na nich. I one są nudne. Obie rzeczy są prawdą jednocześnie.

Koszty, o których nikt nie mówi na starcie

Nie piszę tego, żeby odstraszyć. Piszę, bo „bieganie to najtańszy sport” do momentu, w którym zaczynasz biegać na poważnie. Pomijam koszt butów. To jedyna pozycja, której nikt nie kwestionuje i ponosi ją każdy kto biega — bez względu na to po co biega.

Nie żałuję żadnej z tych wydanych złotówek i nie zamierzam się z nich tłumaczyć. Chodzi tylko o to, żeby nie opowiadać, że wystarczą buty i las. Wystarczą — na początku. Potem rachunek rośnie razem z ambicjami i to jest uczciwa kolejność rzeczy, o ile ktoś ją zna zawczasu.

Pozycja

Koszt

Opłata startowa

650 PLN

Loty + mieszkanie + pobyt

3700 PLN

Fizjoterapia / masaże

600 PLN

Żele, suplementy (białko, węglowodany, elektrolity)

350 PLN

RAZEM

5 300 PLN

Presja jednego dnia

Czternaście tygodni pracy zostanie ocenione przez jedną liczbę, uzyskaną w jednym dniu, w warunkach, na które nie mam wpływu. To jest w tym wszystkim najbardziej trudne do zaakceptowania i jednocześnie to jest cała istota rzeczy.

Trening jest sprawiedliwy. Jeśli zrobię sto jednostek porządnie, a pięć spartaczę, to i tak zostaje sto porządnych. Zły dzień w środę odrabia się w piątek. W maratonie tego mechanizmu nie ma. Osiemnastego października o poranku będę miał jedno podejście i nie ma znaczenia jak wyglądał sierpień.

Lista rzeczy, których nie kontroluję, jest krótka i całkiem konkretna.

Pogoda — Amsterdam w połowie października bywa idealny i bywa mokry z wiatrem.

Żołądek, który przez cały cykl zachowywał się wzorowo i nie ma żadnej gwarancji, że tak zostanie na trzydziestym kilometrze.

Samopoczucie w dniu startu, na które składa się sen w obcym łóżku, jedzenie z poprzedniego wieczoru i pobudka o piątej.

Tłok — na starcie stanie trzydzieści dwa tysiące osób i pierwsze kilometry przebiegnę w tempie, na jakie pozwoli mi tłum, a nie w tym, które mam zapisane w planie.

Godzę się z tym, bo to jest cena za to, że ten dzień jest bardzo ważny. Gdyby były trzy podejścia i możliwość poprawki, nie chodziłbym z tym przez czternaście tygodni w głowie.

 

Zakończenie

To wszystko, co mam do powiedzenia o blaskach i cieniach. Napisałem to głównie dla dwóch osób. Dla kolegi, który pyta, czy warto się brać za maraton — żeby wiedział, na co się pisze i żeby nikt mu nie sprzedał wersji o silnej woli i porannym wstawaniu. I dla siebie za pół roku, kiedy pamięć maratońska zrobi swoje i zostanie mi tylko efekt.

Jeśli przechodziłeś przez to samo lub masz inne doświadczenia, daj mi znać, będzie mi miło. Ciekawi mnie czy u Ciebie rachunek rodzinny jest również największym cieniem.

G.